Krajobraz po linczu

Krajobraz po linczu

Gdy sześć lat temu kilku mieszkańców Włodowa zlinczowało bandytę, który terroryzował całą wieś, wszyscy stanęli za nimi murem. Wspierali ich, zbierali pieniądze na adwokatów. Także wchodzący w tym tygodniu na ekrany film „Lincz” pokazuje solidarne Włodowo. Ale dzisiaj po tamtej wspólnocie nie ma już śladu.
Czy dobrze, że film powstał? – zastanawia się Jagoda Rybak, jedna z  bohaterek tamtych wydarzeń. – Odgrzebuje stare sprawy, a ludzie chcieliby o nich zapomnieć. Kiedyś mówili jednym głosem. Teraz bywa różnie. Więcej jest takich, co się wstydzą, że są z Włodowa. Ze wsi, gdzie zabito człowieka. Jedna sąsiadka nawet jak trafiła do szpitala, nie chciała podać swojego adresu – mówi. Za kilka dni, kiedy „Lincz" Krzysztofa Łukaszewicza wejdzie na ekrany, o Włodowie znowu zrobi się głośno. Tak jak sześć lat temu, gdy siedmiu tutejszych mężczyzn pobiło śmiertelnie 60-letniego recydywistę Józefa Ciechanowicza. Ciechanek już w dzieciństwie uchodził za zwyrodnialca. W podstawówce próbował wydłubać koleżance oko stalówką. Potem przez ponad 30 lat, z krótkimi przerwami, siedział w więzieniu. Za napady, pobicia, kradzieże, gwałty. To właśnie w tych przerwach zastraszał mieszkańców dwóch warmińskich wsi – Włodowa i pobliskiego Brzydowa. Kiedy Ciechanek wychodził po odsiedzeniu wyroku, na ludzi padał strach. Od rencistów pobierał haracz. Jak ktoś nie chciał dać, bił. Terroryzował sklepową. Policja ignorowała kolejne doniesienia o napadach i groźbach, a Ciechanowicz chodził po wsi z tasakiem i coraz częściej przebąkiwał, że musi komuś łeb rozwalić, bo już mu się chce do  „domu", czyli do więzienia.

1 lipca 2005 r. wszedł na podwórko Tomasza i  Marleny Winków, szukał Jagody Rybak, której matka była jego konkubiną. Jagoda zabrała matkę do siebie po tym, jak recydywista skatował ją, dźgając śrubokrętem. Teraz też Jagoda matki nie oddała, więc Ciechanek rozwalił jej butelkę na głowie. Na podwórku zaczęła się bijatyka. W  końcu Ciechanowicz uciekł, ale zagroził, że zabije synka Winków, Adriana. Tego samego dnia siedmiu mężczyzn – a wśród nich Tomasz Winek, jego dwaj bracia i ojciec Marleny – dopadło Ciechanowicza pod lasem. W  ruch poszło to, co kto akurat miał pod ręką: łopaty, kije, samochodowy resor…

Prawie prawda

– Te sceny w filmie są jak żywe – mówi Marlena Winek, która zobaczyła „Lincz" jako pierwsza we wsi. Reżyser przywiózł im film do domu, obejrzeli go sobie na DVD. Dziś Winkowa trochę się wstydzi, że kiedy reżyser pojawił się u nich rok temu, to go pogoniła. Mąż jeszcze za nim za bramę wyskoczył, tak mieli dość mediów. Koniec końców i tak zdjęcia kręcono w innym miejscu. Dlaczego? – Bo nie byłoby we wsi spokoju. Wszyscy by chcieli zagrać. Każdy by się pchał i swoją wersję opowiadał. Ze sto lat by to wszystko nagrywali – dogaduje Jagoda Rybak.

Marlena twierdzi, że film jest prawdziwy w 90 proc. Kilka sytuacji reżyser sobie wymyślił. – Na przykład w ciążę z Amelką to ja zaszłam, jak mąż wyszedł z więzienia, a nie wcześniej. I dziecka, chwała Bogu, nie straciłam. A w  areszcie się chłopakom taka krzywda nie działa, nie było napaści ani gwałtów – mówi.

Ale generalnie reżyser miał intuicję. Ciechanowicz łazi jak żywy. To samo spojrzenie, ruchy, nawet włosy ma takie same. Świetnie się ten aktor Komasa spisał. W domu Winków sprawą linczu żyło się przez cztery lata. Najpierw bracia na sześć miesięcy trafili do aresztu. Potem wyszli, ale proces sądowy się przeciągał. W styczniu 2009 r. wyrokiem Sądu Okręgowego w Olsztynie Tomasz, Krzysztof i Mirosław Winkowie zostali skazani na cztery lata więzienia. W grudniu tego samego roku prezydent Lech Kaczyński ułaskawił ich. – Do momentu ułaskawienia rozmawialiśmy z mężem na ten temat cały czas. Rano, w nocy, przy obiedzie, przy kolacji. Nie dawaliśmy sobie psychicznie rady z tym, co  nas czeka. Tomek nie wyobrażał sobie powrotu do więzienia, a ja życia bez Tomka – wspomina dziś Marlena. Zostałaby sama, bez pracy, za to z dzieckiem na utrzymaniu. Na pomoc bliskich nie mogła liczyć. Matka Tomka sama wymaga opieki. We wsi nie  jest tajemnicą, że stara Winkowa pije. Ma ograniczone prawa rodzicielskie wobec jednego z synów z drugiego małżeństwa. Pierwszy mąż dawno umarł, drugi się powiesił.

Do swoich rodziców Marlena też nie  mogłaby się zwrócić. Tam ojciec dzieli pieniądze. A z nim nie widuje się nawet w święta. Popsuło się między nimi po tym, jak Marlena złożyła obciążające go zeznania. Powiedziała w sądzie, że kiedy ojciec z łopatą poszedł na miejsce linczu, to Ciechanowicz jeszcze żył. Marlena przyznaje, że patrzyli na nią jak na wariatkę, bo obudziła się z tymi zeznaniami dość późno. Liczyła na to, że ojcu starczy odwagi i przyzna się sam. Ludziom we wsi to się jednak nie spodobało. Złośliwi twierdzą, że obciążyła ojca, żeby pomóc mężowi.

Marlena przekonuje, że powiedziała prawdę. – Nikomu nie życzę, by musiał wybierać, tak jak ja musiałam, między mężem a ojcem. Ale jak mi wtedy z rodziny mówili: „ty się zastanów, mężów można mieć wielu, a ojca się ma jednego", to im odpowiadałam: „powiedz to moim dzieciom"... Syn Winków Adrian za tydzień pójdzie do komunii. To on bawił się na podwórku, gdy Ciechanowicz groził im siekierą. Miał wtedy trzy lata i niewiele pamięta. Na razie nie  zadaje pytań. – Ale kiedyś dorośnie i zapyta: „dlaczego tatuś zabił?” Jakiś dzieciak go palcem wytknie, a na wyroku napisane jak wół „zabójstwo” – martwi się Jagoda Rybak.

A Marlena wie, że mąż z synem wtedy nie będzie umiał pogadać. Za bardzo jest zamknięty w sobie, trudno mu znaleźć właściwe słowa. – Prędzej by to wszystko wykrzyczał. Tylko do  kogo ma krzyczeć, do mnie? Jak ja czuję tak samo? Marlena nie wie, na  ile jej mąż uporał się z przeszłością, a na ile tłamsi ją w sobie. Słaby nie jest. Życie go zahartowało. Jest drwalem, pracuje nawet w święta. Zresztą oboje dostali ostrą szkołę życia. Jak Tomka wzięli do aresztu, Marlena miała niewiele ponad 20 lat. Jej koleżanki rozbijały się jeszcze po dyskotekach, a ona musiała iść do roboty.

Droga podziału

Włodowo to sielska wieś na Warmii. Kilkanaście domów, mały kościółek na  wzgórzu, jeden sklep i przystanek PKS. Marlena i Jagoda mówią, że ludzie są tu specyficzni. Każdy żyje dla siebie, pilnuje swoich spraw. Człowiek się tu czuje raczej samotny. Na początku, owszem, bardzo wszyscy Winkom pomogli. Powołali komitet, zrobili zbiórkę na pierwszego adwokata. Ale  dziś po chwilowej wspólnocie z 2005 r. nie ma już śladu. Nawet sam Ciechanek z perspektywy czasu wydaje się ludziom jakby mniej straszny.

– Mnie tam on nigdy nic złego nie zrobił – stwierdza właścicielka okazałego domu pod lasem. – I tak sobie czasami myślę, że  on przecież też człowiek był. Nie zwierzę, prawda? Jagoda mieszka we  Włodowie od 28 lat, ale nie przyjaźni się z nikim poza Marleną. – Tutaj wielu ma manię wielkości. A ja język mam niewyparzony. Chroń mnie, Panie Boże, od przyjaciół, a z wrogami sobie sama poradzę. Bo ile jest dróg we  Włodowie, tyle podziałów – mówi. Jedna taka droga przecina centralny punkt wsi i biegnie od sklepu do domu Wiesławy Przerwy, dawnej przewodniczącej Komitetu Społecznego Włodowa, dzięki któremu Winkowie w  najgorszych chwilach dostali wsparcie. Wiesława Przerwa ma we wsi posłuch, mimo że nie jest stąd. Przyjechała do Włodowa 14 lat temu z  Wielkopolski. W tym roku zdecydowała się na dokształcanie w Instytucie Terapii Środowiskowej, bo marzy jej się staż w gminnej komisji rozwiązywania problemów alkoholowych.

A problem alkoholowy jest tu w  prawie każdym domu. O trzech braciach Winkach Przerwa mówi dobrze. Porządne chłopaki, choć ludzie różnie o nich gadają. Ona też dostała się na języki po tej całej sprawie, bo jako przewodnicząca komitetu i „osoba elokwentna" często pokazywała się w mediach. No to potem usłyszała, że  robi z siebie gwiazdę. Jednak pani Wiesława ma do Winków swoje żale.

– Nieraz im mówiłam, że ludziom trzeba było za tę zbiórkę podziękować. Nie  wystawnie, zwyczajnie. Choćby ognisko zrobić. Przykro mi też było, jak przyjechał do nich reżyser ten film pokazywać, to mnie nawet nie  zaprosili. Potem po całej wsi się chwalili, że mają zaproszenie na  uroczystą premierę, ale mnie to Marlena radziła do produkcji dzwonić. Nieładnie – żali się. Marlena przyznaje, że po kominkach nie lata, na  kawki nie chodzi. Jej życie kręci się wokół domu. Nie chce, żeby Tomek wystawał z innymi chłopami pod sklepem i pił piwo. Ciechankiem też na co dzień już nie żyją. Teraz ważna jest komunia Adriana i to, że ich młodsza córka Amelka zaraz pójdzie do szkoły. Że trzeba spłacać kredyty i znaleźć pracę.

Marlena jest po zawodówce handlowej. W zeszłym tygodniu miała nawet jedną rozmowę wstępną, ale wielkich nadziei sobie po niej nie robi. Szuka pracy fizycznej. W swoim zawodzie raczej nic nie  znajdzie, bo musiałaby jeździć do Olsztyna, do Tesco, na trzy zmiany. A  ktoś się przecież musi dziećmi zająć.

Bliżej lepszego świata

Mecenas Małgorzatę Lubieniecką, która z ojcem broniła braci Winków od  drugiego procesu do ułaskawienia, mimo wieloletniej praktyki pewne sprawy wciąż bulwersują. Trudno jej pogodzić się z faktem, że dwaj funkcjonariusze policji winni zaniedbania spokojnie odeszli na  wcześniejszą emeryturę, założyli sklep i świetnie prosperują, a Marlena nie może znaleźć pracy. – Za prowadzenie sprawy adwokaci nie wzięli od  nas grosza. Przyjeżdżają z prezentami dla dzieci, pomogli w spłacie kredytu, jak było krucho z pieniędzmi – opowiada Marlena.

Lubienieccy przyjadą też w maju, na komunię Adriana. – Ta nasza przyjaźń jest inna niż taka spod sklepu we Włodowie. Można powiedzieć, że bardziej intelektualna. Oni są inaczej wychowywani, wykształceni, w pewnym sensie lepsi. Jak przyjeżdżają, to się za każdym razem czegoś nowego dowiem, czegoś nauczę – mówi z dumą Winkowa. Mecenas Lubieniecka odwiedza Winków przynajmniej dwa razy w miesiącu. Po pierwszym wyroku, kiedy Marlena i  Tomek mieli kryzys, bywała u nich co tydzień. Widziała, że nie wytrzymują całego tego napięcia.

– Cztery lata niepewności, czy Tomek nie pójdzie do więzienia. Przecież to i miastowy, wykształcony człowiek nie dałby rady. A co dopiero ludzie, dla których wszystko jest albo czarne, albo białe – mówi. – Któregoś dnia przyjechaliśmy do nich z  Łukaszewiczem, reżyserem filmu, a mała Amelka wybiegła do nas z kołem ratunkowym na szyi. Za nic nie dała sobie tego koła zdjąć. W kółko powtarzała, że jest nad morzem. No to postanowiliśmy zebrać kasę i ją nad to morze wysłać. Każdy z ekipy filmowej złożył się po 50-100 zł. Wróciliśmy ze słoikiem pełnym pieniędzy – wspomina Małgorzata Lubieniecka.

Niedaleko dna

Tomek i Marlena Winkowie wyszli na prostą. Gorzej sprawa ma się z braćmi – Krzysztofem i Mirkiem. Tomek stara się im pomagać, jak może. Załatwia zlecenia, daje pracę. Ale poza tym nie bardzo mają się na kim wesprzeć. – Żyją blisko, ale osobno – mówi Marlena. O tym, co było sześć lat temu, prawie nie rozmawiają. Mirek ma dziewczynę w innej wsi i głównie tam przesiaduje. A Krzysiek w ogóle się nikomu nie opowiada. Nigdy nie  wiadomo, gdzie jest i co robi.

Proboszcz (prosił o anonimowość) wie, że  w rodzinie Winków nie dzieje się dobrze. Problem dotyczy zwłaszcza synów z drugiego małżeństwa starej Winkowej. Radzą sobie jeszcze gorzej niż  Tomek, Krzysiek i Mirek. Są młodsi. Najmłodszy, dziewiętnastolatek, wychowywał się w domu dziecka. Wszyscy popadają w drobne konflikty z  prawem. Na pytanie, jak im pomóc, ksiądz odpowiada: – Remontujemy kościół. W ten sposób chcielibyśmy tchnąć w nich lepszego ducha…

Okładka tygodnika WPROST: 19/2011
Więcej możesz przeczytać w 19/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0