Oligarchia pod ostrzałem

Oligarchia pod ostrzałem

Na sztandarach ruchu „oburzonych z Wall Street” koktajl postulatów: prawa człowieka, równość płci, ochrona środowiska, prawa zwierząt. Ale chodzi głównie o obrzydzenie kondycją moralną współczesnego kapitalizmu.
Publicznie bankierzy mówią, że rozumieją gniew demonstrantów. Prywatnie, że protestują ekstremiści, tłumek fanów „sex, drugs and rock’n’roll", którzy mają za dużo czasu. „Usługi finansowe to jedna z ostatnich rzeczy, które robimy w tym kraju, i robimy to dobrze. Więc miejmy do  tego szacunek” – cytuje „New York Times” opinię pracujących na Wall Street. Bankierzy mają pretensje do kongresmenów, których wspierają swymi pieniędzmi, że się za nimi nie wstawiają.

Podstawowa rekomendacja – siedź cicho, nie gardłuj, aby cię nie wzięli na celownik. Kilka gwiazd finansów zerwało z tą zasadą. John Paulson, który zarobił miliardy, stawiając na krach rynku nieruchomości, głośno się broni: „W Nowym Jorku górny jeden procent mieszkańców płaci 40 proc. podatków dochodowych" – napisał i przypomniał, że jego firma stworzyła 100 świetnie płatnych miejsc pracy. Prezes Citibanku Vikram Pandit obrał inną taktykę: uznał sentymenty demonstrantów za zrozumiałe, przyznał, że  „zaufanie między instytucjami finansowymi i obywatelami USA zostało złamane” i że Wall Street powinna je odbudować.

Walka klas

Kiedy prezydent Obama bronił w Kongresie planu podwyżki podatków dla  najbogatszych, przekonywał, że „to nie narzędzie walki klasowej, ale  matematyka". Na to z lewej strony pojawiły się głosy: „Nie, panie prezydencie, to jest walka klas, czas ją wreszcie wygrać, bo to korporacje i bogaci ją zaczęli i w niej triumfują. A cenę za ten triumf płaci klasa średnia, kiedyś chluba Ameryki, dziś w bolesnych skurczach”. W gruncie rzeczy to samo – choć innym językiem – mówią ludzie, których o  ciągoty lewicowe trudno posądzać.

„Oczywiście, Stany Zjednoczone są unikatowe. Podobnie jak mamy najbardziej na świecie zaawansowaną gospodarkę, wojsko i technologię, mamy także najbardziej rozwiniętą oligarchię" – mówił ekonomista Simon Johnson w czasie przesłuchania przed komitetem ekonomicznym Kongresu USA. Johnson, były główny ekonomista Międzynarodowego Funduszu Walutowego, profesor Massachusetts Institute of Technology, związany jest z Peterson Institute for International Economics, szacowną instytucją, w której radzie zasiadają Paul Volcker i Leszek Balcerowicz, Jean-Claude Trichet, Maurice R. Greenberg, były szef AIG, a także ojciec cudu gospodarczego Singapuru, były premier Lee Kuan Yew – czyli śmietanka mało socjalistyczna.

Za początek współczesnej walki klasowej w USA niektórzy uznają rok 1971, gdy Lewis F. Powell, później wieloletni sędzia Sądu Najwyższego USA, w  przekonaniu, że kapitalizm jest atakowany, napisał w raporcie dla  przyjaciela w Amerykańskiej Izbie Handlu o potrzebie kontrataku amerykańskiego systemu wolnej przedsiębiorczości. Jego rekomendacje stały się zalążkiem nowoczesnego ruchu konserwatystów, którzy postanowili przekonać Amerykanów, że co dobre dla bogatych prezesów firm, jest dobre dla wszystkich. Do ludzi, którzy odegrali w tych działaniach kluczową rolę, należą m.in. bracia Koch, multimiliarderzy finansujący Tea Party (ich fortuna ustępuje jedynie majątkom Billa Gatesa i Warrena Buffetta).

W kręgach politycznych utkana przez nich ideologiczna sieć nazywana jest Kochtopus (nawiązanie do Octopusa, czyli ośmiornicy). W wyniku politycznych decyzji Ronalda Reagana i Billa Clintona dramatycznie wzrosło znaczenie sektora finansów w strukturze gospodarki USA i zwiększyła się koncentracja bogactwa w rękach nielicznych. Wielkie banki zyskały prestiż, który pozwolił im spekulować bez granic. Gdy się uda, same spijają śmietankę. Gdy im się powinie noga, cenę zapłaci reszta społeczeństwa.

Władcy Wall Street i nie tylko

W 1986 r. na sektor finansowy przypadło 19 proc. zysków amerykańskich korporacji. W pierwszej dekadzie XXI w. – 41 proc. W ślad za tym poszły krociowe zarobki. Apetyt Wall Street na eleganckie modele matematyczne, które uwiarygodniały interesy, przyniósł lukratywne posady ekonomistom z  prestiżowych uczelni. W Ameryce, gdzie bogactwo jest mniej przedmiotem zazdrości, a bardziej szacunku, władcy świata finansów stali się obiektem publicznej admiracji. Jednocześnie banki i reszta sektora finansów stały się jednym z głównych źródeł finansowania kampanii politycznych.

Decydenci w Waszyngtonie uwierzyli, że istnienie ogromnych instytucji finansowych i niczym nieskrępowany rynek kapitałowy są nieodzowne dla pozycji Ameryki. Pomogły, oczywiście, związki personalne między Wall Street i Waszyngtonem, gdy regułą stała się wędrówka ze  świecznika finansów w okolice Białego Domu. Dotyczy to zwłaszcza banku inwestycyjnego Goldman Sachs – zarówno w obecnej administracji, jak i w  poprzednich, roi się od byłych wysokich funkcjonariuszy tej firmy.

Sekretarz skarbu w administracji Busha Hank Paulson wcześniej był jej prezesem. Na tymczasowego zarządcę ratowanego przez rząd kosztem 85 mld dolarów kolosa ubezpieczeniowego AIG wyznaczył byłego bankiera Goldman Sachs, Edwarda Liddy’ego. Rządowym funduszem TARP, z którego pochodziły pieniądze dla ratowanych banków, administrował inny absolwent Goldmana, Neel Kashkari. Goldmanem kierowali Robert Rubin, sekretarz skarbu w  administracji Clintona, i Stephen Friedman, szef doradców ekonomicznych George’a Busha, a także Jon Corzine, który część własnej fortuny wydał na zdobycie miejsca w Senacie USA, a do niedawna był gubernatorem stanu New Jersey.

Z Goldman Sachs przyszedł obecny szef Banku Światowego Robert Zoellick. Finansowa oligarchia i polityka rządów to niejedyni winowajcy kryzysu. Nadmierne zadłużenie przeciętnego Amerykanina dołożyło swą cegiełkę. Ale to zadłużenie nie byłoby możliwe, gdyby banki robiły solidnie to, co do nich należy: oceniały ryzyko, a nie dmuchały dla własnych zysków w balon bez granic.

Lecz Waszyngton wierzył w  zapewnienia Alana Greenspana, szefa amerykańskiego banku centralnego, i  prezydenta Busha, że gospodarka stoi na mocnych fundamentach i że szalona eksplozja skomplikowanych instrumentów finansowych to symptom zdrowia.

Kapitalizm do remontu

Odbierając 14 października w Normandii z rąk byłego prezydenta Francji Valery’ego Giscarda d’Estaing nagrodę Prix Tocqueville, Zbigniew Brzeziński odwołał się do refleksji Alexisa de Tocqueville’a o źródłach siły Ameryki. Tocqueville już w 1835 r. pisał, że choć ówcześni Amerykanie dbali o swoje interesy, to instynktownie rozumieli, że  szacunek dla wspólnego dobra stanowi warunek ich własnej pomyślności. To  rozumienie się zagubiło.

Brzeziński przypomniał, że uboższe 90 proc. rodzin posiada tylko ok. jednej czwartej całego majątku prywatnego, a do najbogatszego jednego procentu należy przeszło jedna trzecia. Większość członków Kongresu i znaczna część elity administracji rządowej mieści się w tym najwyższym procencie. Rażące dysproporcje dochodów nie budziły wyraźnego sprzeciwu, dopóki reszta nieźle sobie radziła. Ale już sobie nie radzi.

To nie wolny rynek, ale system rynkowy zbudowany pod dyktando najsilniejszych, prywatyzacja sukcesu i uspołecznienie porażki doprowadziły do korozji kręgosłupa i atrofii moralności. Pozostawienie tego bez remontu kiepsko wróży Ameryce. Ale nie tylko jej. „Kapitalizm w tym wydaniu nie przetrwa obecnego stulecia. Masy pracujące będą żądać sprawiedliwości i równości, spojrzą wszyscy wszystkim do kieszeni" – przestrzegał Lech Wałęsa w czasie Europejskiego Forum Nowych Idei w Sopocie w końcu września, gdy w Nowym Jorku trwały protesty. Przekonanie, że sprawcy kryzysu uszli bezkarnie, otrząsnęli pyłek z eleganckich garniturów, zainkasowali premie i pomaszerowali rześko dalej, dopadło ludzi wszędzie.

Jedynie Islandia pokazała wierzycielom gest Kozakiewicza. Irlandia zdjęła ze swych banków praktycznie jakąkolwiek odpowiedzialność. Pakiet pomocy dla Grecji od początku był przede wszystkim sposobem ratowania banków francuskich i niemieckich, których sejfy wypchane są greckimi obligacjami. Dziś Cato Institute, bastion wolnego rynku i ograniczonej roli państwa, stawia znak równości między ruchem Occupy Wall Street i Obamą i przypomina – słusznie – że nieważne, jakie podatki płacił Steve Jobs.

Zapomina jednak, że Steve Jobs eksperymentował na własny rachunek, a nie rachunek podatnika, i tworzył coś, co ułatwiało i wzbogacało nasze życie, a nie iluzje i bańki mydlane, które pękając, produkują jedynie rany i ból.

Okładka tygodnika WPROST: 43/2011
Więcej możesz przeczytać w 43/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także