Sztandar wyprowadzić

Sztandar wyprowadzić

Pudrowanienic już nie da. SLD czeka rewolucja albo zejście ze sceny. Tylko rewolucjonistów jak na lekarstwo.
Wreszcie ten wcale niełatwy dzień dobiega końca. Zostałem przywódcą śpiącej, obolałej, sfrustrowanej, pobitej w wyborach partii. Nigdy nie  przypuszczałem, że coś takiego mnie spotka" – zanotował w swoim dzienniku pod datą 29 lipca 1989 r. Mieczysław Rakowski.

Właśnie objął przywództwo PZPR po wybranym na prezydenta Wojciechu Jaruzelskim. Jeszcze nie wiedział, że partii pozostało kilka miesięcy życia i że to  jemu przyjdzie wyprowadzić sztandar. Choć, jak wynika z zapisków, przeczuwał rychły schyłek. Stary świat się walił, ale latem 1989 r. nikt jeszcze dobrze nie wiedział, co wyrośnie na gruzach partii komunistycznej.

Dezorientacja w szeregach PZPR narastała. Komu jesteśmy jeszcze potrzebni? – pytali co bardziej świadomi towarzysze. 

Miller wybaczający

– Czy dziś wyczuwa pan coś z atmosfery tamtego czasu? – pytam szefa klubu SLD Leszka Millera. To najlepszy adresat tego pytania, w 1989 r. był prawą ręką Rakowskiego. I pewnie za kilka dni znajdzie się w  podobnej roli – jako szef partii „śpiącej, obolałej, sfrustrowanej i  pobitej w wyborach".

– Nie. Wtedy było ogromne zaskoczenie z powodu klęski w czerwcowych wyborach. W SLD tego nie ma. Spodziewano się przecież, że wynik wyborczy nie będzie dobry – spokojnie odpowiada Miller.

Ale że aż tak zły? Że SLD przegra nawet z pospolitym ruszeniem Palikota? Nie, tego nie spodziewał się nikt. Choć paradoksalnie Miller jest beneficjentem klęski. Pozwoliła mu ona raz jeszcze stać się mężem opatrznościowym lewicy, mimo że dopiero co usychał w politycznym niebycie.

– Rozpoznaje pan stare kąty po tych wszystkich latach? –  pytam.

– Wiele się zmieniło. To, co mnie najsilniej uderza, to stan wewnętrznego napięcia. Nigdy jeszcze nie było tak silne. Ludzie są z  sobą potwornie skonfliktowani.

– A pan zamierza ich godzić?

– Tak. W tej partii jest miejsce i dla Napieralskiego, i dla Olejniczaka. I w ogóle dla wszystkich kiedyś wypchniętych, o ile nie popełnili czynów sprzecznych z prawem. Proponuję swoistą abolicję.

– Ale pan sam jest stroną w wielu konfliktach. Choćby z Olejniczakiem, bo nie wpuszczał pana na listy wyborcze w 2005 i 2007 r.

– Już nie. Nawet najbardziej bolesne wspomnienia nie mogą mi przesłaniać przyszłości. Chociaż… Jest jedna osoba, której nie potrafię wybaczyć. Markowi Borowskiemu, bo  zdradził SLD, wyprowadzając ludzi do własnej partii.

– A kiedy teraz się mijacie na sejmowym korytarzu, to co?

– Nic. Mówimy sobie „dzień dobry".

Nie czas na rewolucję

W najbliższą sobotę konwencja wyborcza SLD. Grzegorz Napieralski odchodzi, do gabinetu na Rozbrat wprowadzi się jego następca. Kto nim będzie?

Giełda nazwisk kandydatów nie oszałamia. Na razie zgłosiła się trójka działaczy dalszego planu, bez większych szans.

Eurodeputowanej Joannie Senyszyn, jak słyszę w SLD-owskich kuluarach, w rzeczywistości zależy na stanowisku wiceprzewodniczącej. – I będzie je miała. Potrzebujemy wyrazistej osoby, zdolnej podjąć rywalizację z Palikotem na  froncie kulturowym – słyszę od ludzi z otoczenia Napieralskiego.

Debiutujący w Sejmie poseł Marek Balt z Częstochowy też startuje głównie po to, aby nagłośnić nazwisko i powalczyć o pozycję w śląskich strukturach SLD. W swoim mieście jest już wystarczająco znany jako autor propozycji obłożenia pielgrzymujących na Jasną Górę specjalnym podatkiem. Zielonogórski radny Artur Hebda również nie ma szans na fotel lidera. Poza swoim miastem jest praktycznie anonimowy.

A kto z  ekstraklasy? Z tym jest problem. Do decydującej rozgrywki powinni stanąć kandydaci popierani z jednej strony przez Aleksandra Kwaśniewskiego i  Wojciecha Olejniczaka oraz Grzegorza Napieralskiego z drugiej. Zdecydowanie mocniejsze karty ma jednak odchodzący lider SLD.

Bo grupa Olejniczaka jest w rozsypce. Wszystko runęło, gdy tuż po wyborach przymierzany do najwyższych stanowisk Ryszard Kalisz w wyborach na szefa klubu przegrał z Millerem.

– Nie zaakceptowano moich propozycji, więc nie będę kandydował na przewodniczącego SLD – mówi nam Kalisz.

A może Olejniczak? – Musiałoby zostać spełnionych kilka warunków – deklaruje. –  Tej partii nie pomoże kolejna restrukturyzacja, potrzebna jest rewolucja. Po pierwsze, wszystkie dotychczasowe programy w odstawkę, czas skonstruować nową wizję. Wystąpienie Sikorskiego w  Berlinie byłoby dobrym punktem wyjścia. Po drugie, trzeba odejść od  dotychczasowego modelu kierowania partią. Rozbić spółdzielnie, stworzyć zarząd składający się z wszystkich najważniejszych osób w partii i  zobowiązać je do zaangażowania się na 100 proc.

Czy to warunki do  spełnienia? Tydzień przed konwencją nic na to nie wskazuje. Stronnicy Olejniczaka prowadzą więc rozmowy z potencjalnymi kandydatami zastępczymi – Katarzyną Piekarską i Markiem Siwcem. Ich szanse na sukces są jednak niewielkie.

Kogo poprze Napieralski? Leszka Millera. Pod warunkiem oczywiście, że Miller wystartuje, bo dziś się przed tym wzbrania. – Zakładam, że paleta kandydatów się powiększy i będzie z  czego wybierać – zapewnia.

Tyle że zmęczonej i wyjałowionej partii dawno nie stać na wystawienie plejady gwiazd. Więc Miller nie będzie miał wyjścia: zapewne bez entuzjazmu wystartuje i wygra.

Samiec alfa po przejściach

Dlaczego Miller? Jego rządy skończyły się przecież dla SLD katastrofą, partia już się po nich nie podniosła. A do tego w oczach takich ludzi lewicy jak publicysta Janusz Rolicki to on ponosi główną odpowiedzialność za tożsamościowe rozmycie Sojuszu. Jako premier złamał wszelkie lewicowe tabu: poszedł na „imperialistyczną" wojnę w Iraku, przed referendum europejskim zawarł kompromis z Kościołem, otoczył się rekinami biznesu, poparł podatek liniowy.

Sam Miller nie zamierza się dziś z niczego tłumaczyć. – Doskonale znam argumenty wszystkich panów Rolickich, są do bólu przewidywalne. Jednak to nie oni, tylko ja stanąłem przed fundamentalnymi wyzwaniami, które były przed Polską –  odbija piłeczkę.

Wszystko to jednak już dziś nieważne. W  zdziesiątkowanej partii liczy się coś innego. Leszek Miller jest przecież bohaterem mitu o dawnej potędze SLD. Przypomina czasy, gdy Sojusz wygrywał wybory, a on sam stał się czołowym samcem alfa polskiej polityki. Gdy teraźniejszość skrzeczy, a wyroków przyszłości aż strach wyglądać, natura ludzka chętnie zwraca się ku dawnej chwale.

Pytanie, ile zostało ze starego Millera. Dziś to 65-latek po przejściach.

– Jest już innym człowiekiem. I widać po nim upływ czasu. Mówisz do niego, on niby słucha, ale masz wrażenie, że przysypia – mówi polityk z otoczenia Napieralskiego.

Kolejny: – Łagodny, wręcz nostalgiczny. Czasem wystarczy lekko tupnąć i od razu idzie na kompromis. Dla Grzegorza to wymarzony kandydat.

Sobotnie wybory to tylko przygrywka przed przypadającym na  czerwiec przyszłegoroku kongresem SLD. A wybrany teraz szef będzie raczej liderem tymczasowym. Dziś zresztą partia bardziej żyje nie tym, kto zostanie docelowym przywódcą, tylko w jaki sposób ten ktoś zostanie wybrany.

Idea, która ma przywrócić życie usychającej partii, to  prawybory. Pozostaje kwestia, jak je zorganizować. Pomysłów jest kilka. Wojciech Olejniczak kreśli wizję z udziałem tych, którzy do SLD należą, należeli w przeszłości albo chcą należeć. Każdy mógłby prosto z ulicy przyjść na zjazd powiatowy, wypełnić deklarację członkowską i zagłosować na kandydata na szefa partii. To sposób na rozbicie partyjnych koterii i  obezwładnienie wszechwładnego aparatu.

Ale jest też koncepcja znacznie węższa, którą popiera Napieralski. Przewodniczącego również wybiera się już na zjazdach powiatowych, jednak głosami dotychczasowych członków SLD. Kongresowi krajowemu pozostałoby przyklepać ich werdykt.

Sobotnia konwencja będzie ważna, bo wybrany wtedy przewodniczący zdecyduje o  kształcie prawyborów. Z tego powodu Miller, który już nie ma wielkich ambicji, byłby Napieralskiemu bardzo na rękę.

Czy jest inny świat?

Słucham tych wszystkich rozważań z powątpiewaniem. Prawybory? Piękna sprawa, ale pod warunkiem że staną do nich mocni kandydaci z wyrazistymi wizjami. Ale czy na takim ugorze coś w ogóle wyrośnie? Fakty są nieubłagane: Napieralski poległ z kretesem. W debacie po exposé premiera Tuska media wybijały emocjonalne słowa Palikota, a nie Leszka Millera –  choć to szef klubu SLD był bardziej rzeczowy. Projekty ustaw zgłaszane przez wyjątkowo pracowity klub SLD (m.in. alternatywny wobec zapowiedzi rządu pomysł wydłużenia wieku emerytalnego) też nie robią furory.

Sam Miller zresztą bagatelizuje Palikotową konkurencję: – To jest partia bogatych antyklerykałów. Dominują w niej przedsiębiorcy o poglądach tak liberalnych, że Balcerowicz przy nich to socjalista. Z badań zresztą wynika, że ogromną większość wyborców Palikot odebrał Platformie, a nie nam.

A jaka jest lewicowa wiarygodność Millera? Gdy dekadę temu wygrywał wybory, ton europejskiej lewicy nadawali Tony Blair i Gerhard Schröder. Ich wspólny manifest proklamujący tzw. trzecią drogę miał wytyczać socjaldemokracji nowe szlaki. Ale dziś ten porządek chwieje się w  posadach, a młodzi ludzie w całej Europie coraz śmielej kwestionują ograniczający demokrację dyktat wielkich instytucji finansowych. W  Polsce to zjawisko również będzie narastać.

Co na to Leszek Miller? Tłumaczy: – Ciągle warto czytać manifest Blaira i Schrödera. On pokazuje, że bez wzrostu gospodarczego nie byłoby czego dzielić. A  warunkiem wzrostu jest konkurencyjna gospodarka.

Dzwonię do Artura Hebdy, radnego z Zielonej Góry, który zamierza kandydować na szefa SLD. Opisywano mi go jako „młodego, który czyta Naomi Klein". W SLD uchodzi to za ekstrawagancję, choć mowa o autorce słynnego manifestu nowej lewicy, demaskującego praktyki wielkich korporacji.

– Czasem słyszę od  kolegów z partii, że jestem lewakiem – przyznaje Hebda. – Ale to nie jest mój problem. Mam 38 lat i niejedno doświadczenie życiowe za sobą. Potrafię zdefiniować swoją lewicowość. I mam nadzieję, że wielu ludzi z  SLD kiedyś uwierzy, iż jest inny świat od tego, w którym oni się znajdują.

– Na lewicy też są inne światy, chociażby w „Krytyce Politycznej". Tam bardziej by pan pasował – wtrącam.

– Poznałem Sławka Sierakowskiego i go cenię. Ale ja czuję się związany z SLD. Taki mam rodowód. Mój dziadek Mieczysław Hebda był w latach 70. pierwszym sekretarzem KW PZPR w Zielonej Górze.

Chłopy, wasze zdrowie!

29 stycznia 1990 r. Sztandar PZPR już wyprowadzony, delegaci powołali nową partię. Na czele SdRP Aleksander Kwaśniewski i Leszek Miller. A  Mieczysław Rakowski notuje w dzienniku:

„Sala Kongresowa opustoszała. Byliśmy zmęczeni, bo przecież nie był to łatwy dzień. Mimo to  odczuwaliśmy potrzebę porozmawiania o tym, co działo się na sali. Ktoś zaproponował szklaneczkę whisky. Na zapleczu sceny stał fortepian. Stanęliśmy przy nim. Olek, Leszek, Marek Ungier, Marek Siwiec i ja, ale  nie na długo. Żegnając się, powiedziałem: no, chłopy, za wasze zdrowie i  powodzenie. Za dziesięć, piętnaście lat lewica stanie twardo na nogi".

Akurat tamto pokolenie aż tak długo nie musiało czekać.

Okładka tygodnika WPROST: 49/2011
Więcej możesz przeczytać w 49/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także