Otake Polskę walczyłem

Otake Polskę walczyłem

Mówi, że chciał już przejść na emeryturę, ale nie może, bo miliony same się pchają do portfela. Kocha latanie, ale bez żalu robi z lotniska centrum handlowe. W kryzysie „cash is the king” – podkreśla.
– Gotówka jest królem. Przepraszam, że ja w takim stroju, ale właśnie przyleciałem z Francji –  Zbigniew Niemczycki wita się ubrany w niebieską zwiewną koszulę i białe spodnie. Za oknem pochmurny grudniowy dzień, a on strzaskany na mahoń. 64-letni biznesmen miał przejść na emeryturę. Kupił nawet rezydencję na  Lazurowym Wybrzeżu i elegancki jacht. Chciał już zacząć korzystać z  uroków życia, ale… ciągnie wilka do lasu.

W zeszłym tygodniu gmina Wiązowna zatwierdziła plan budowy wielkiego centrum handlowego w  Góraszce. Niemczycki zapowiada, że na należących do niego terenach, tam gdzie organizował pikniki lotnicze, teraz zbuduje wraz z francuskimi inwestorami największe z warszawskich centrów handlowych.

To nie  wszystko. Pod Poznaniem Niemczycki właśnie rozkręca fabrykę leków w  kapsułkach. Klienci – największe koncerny farmaceutyczne – ustawiły się w kolejce. Planowany zysk w 2012 r. to 40 mln zł. Do tego kilka spektakularnych nieruchomości biurowych i luksusowy hotel Bryza w  Juracie, może jedyny na świecie, gdzie goście pierwsi kłaniają się właścicielowi.

Przez ten napływający z wielu stron „cash" Zbigniew Niemczycki będzie królem w nadchodzącym kryzysie, kiedy o gotówkę trudno. Już przebiera w propozycjach.

Po co mu te nowe biznesy, kiedy mógłby już zacząć odcinać kupony?

– No, jakoś ciągle mi się chce –  odpowiada biznesmen. 

Amerykański sen

Amerykańską karierę Niemczyckiego umożliwiła seria szczęśliwych zbiegów okoliczności. Jakim cudem dostał paszport i w 1977 r. wyjechał do USA? Jak to się stało, że szef międzynarodowej korporacji uczynił go swoim asystentem? Jak to się stało, że jakiś „Mr Zbig" z Polski produkował kreskówki dla hollywoodzkiego studia Hanna-Barbera Cartoons?

– Bo ja jestem lucky man – odpowiada, rozkładając ręce.

Po ukończeniu Politechniki Warszawskiej był – razem z Andrzejem Olechowskim – jednym z  pierwszych didżejów w Warszawie. Otwierał dyskotekę w Bristolu, prowadził koncerty Trubadurów i Zdzisławy Sośnickiej. Gdy wziął ślub, zamarzyła mu się podróż do USA. Paszport dostał, bo akurat reżim na  chwilę zelżał. Zamieszkał u rodziny w Indianapolis.

– Uwielbiam Amerykę, bo ludzie energiczni mogą tam zrobić karierę jak wystrzeleni z  katapulty, przeciętniacy mają dobrze, nawet miernym pozwala się żyć jako tako – mówi.

Ameryka nie dała dyplomowanemu inżynierowi wiele – pracę pomocnika elektryka w firmie produkującej sprzęt rolniczy. Losem wygranym na loterii okazało się przypadkowe spotkanie na korcie tenisowym z Beurtem SerVaasem, biznesmenem, który od 30 lat trząsł Indianapolis, właścicielem korporacji Curtis International. SerVaas przyszedł na kort, ale nie pojawił się jego tenisowy partner. Zagrał więc z Niemczyckim.

Wkrótce później w fabryce sprzętu rolniczego doszło do awarii instalacji elektrycznej. Akurat na zmianie Niemczyckiego. Odkryciem, że przyczyną zwarcia był źle dobrany transformator, Polak oszczędził firmie sporych strat. Wraz z  bezpośrednim przełożonym został wezwany, by zdać raport przed szefem wszystkich szefów. Okazał się nim… znajomy z kortu.

– Dlaczego nie  powiedziałeś, że jesteś inżynierem? – spytał SerVaas.

– Miałbym za  wysokie kwalifikacje jak na elektryka – odparł Niemczycki.

Z miejsca dostał awans.

SerVaas specjalizował się w przejmowaniu upadających firm, ich restrukturyzacji i odsprzedaży z zyskiem. Praca u jego boku była dla  Niemczyckiego najlepszą szkołą biznesu.

– Doktor SerVaas miał kilkoro dzieci, ale nie przejawiały talentu do biznesu. Więc zostałem jego adoptowanym synem, a za każdy sukces dostawałem pakiet udziałów w  rodzinnej firmie – wspomina Niemczycki.

Po fali bankructw amerykańskich farmerów w latach 80. przemysłowiec miał na zbyciu sporo używanego sprzętu rolniczego. A gdyby tak spróbować sprzedać to w Polsce? –  zastanawiał się SerVaas.

Papa Smerf i dziurawa dętka

W ten sposób Niemczycki został asystentem do spraw Europy Wschodniej. Wrócił do Polski zaraz po stanie wojennym, wyposażony w kapitał z  Ameryki. Jednym z pierwszych biznesów było… wysyłanie dziurawych dętek do USA. Były przerabiane na wsad do produkcji opon Uniroyal. Wiekowy już Beurt SerVaas do dzisiaj każdą rozmowę z Niemczyckim rozpoczyna od: – A  pamiętasz, Zbigniew, jak te dętki woziliśmy do Stanów, ha ha ha?!

Potem ktoś podpowiedział Niemczyckiemu, że chylące się ku upadkowi studio filmowe w Bielsku-Białej zatrudnia światowej klasy plastyków animatorów. Z przygotowanym krótkim filmem pokazowym poleciał do USA. Znajomość z  SerVaasem otworzyła mu drzwi do biura samego Billa Hanny, współwłaściciela studia Hanna-Barbera w Hollywood. Sekretarka producenta cztery razy uprzedzała Niemczyckiego, że ma tylko 15 minut, bo potem pan Hanna wychodzi na lunch do Paramount Pictures.

Na widok kasety wideo Hanna oświadczył, że niczego nie potrzebuje. Jakoś się udało go  nakłonić, by choć grzecznościowo rzucił okiem. Po pierwszych ujęciach chwycił za telefon i zawołał Josepha Barberę. Na lunch poszli już we  trzech. Wkrótce potem bielskie studio otrzymało od Hanny-Barbery zamówienie stulecia. Powstały w nim dziesiątki odcinków wyświetlanych na  świecie filmów animowanych – m.in. „Smerfów".

Będzie tu pan bezpieczny

– To były pionierskie czasy. Nigdy potem nie miałem już tego poczucia, że inwestując pieniądze, realnie zmieniam kraj – wspomina Niemczycki.

Kiedy na początku lat 90. na warszawskim Mokotowie zaczynał budowę Curtis Plaza, pierwszego w stolicy biurowca klasy A, kilka sąsiadujących kwartałów ulic można było kupić za 6 mln dolarów. Marzyło mu się wtedy zbudowanie nowoczesnej dzielnicy wraz z biurowcami i galerią handlową. Realizację planów uniemożliwił światowy kryzys w nieruchomościach. Amerykańscy wspólnicy nie chcieli wydać ani centa na ten cel.

– I  pomyśleć, że to wszystko było do kupienia – wzdycha dziś Niemczycki, patrząc z okna swojego gabinetu na Galerię Mokotów i sąsiadujące biurowce. 20 lat temu z okien Curtis Plaza widać było głównie krzaki i  pofabryczne budynki.

– Pomyślałem, że Polacy będą kupować telewizory. Za  szczyt luksusu uchodziło wówczas posiadanie produkowanego na radzieckiej licencji rubina, a porządny sprzęt można było kupić za dolary w Peweksie – wspomina biznesmen.

Tym razem znajomości SerVaasa pozwoliły na  zorganizowanie spotkania z właścicielem japońskiej firmy produkującej sprzęt elektroniczny marki Orion. Niemczycki wynegocjował wyłączność na  Polskę i od razu podpisał gigantyczny kontrakt z Baltoną.

– Na naszym rynku były już oriony, tyle że produkowane na Węgrzech. Dlatego zdecydowałem, że nasze telewizory będą nazywać się Otake, od nazwiska japońskiego właściciela firmy – wspomina Niemczycki.

Polscy pracownicy ręcznie zamieniali naklejki Orion na Otake. Gdy Japończyk przyjechał do  Polski, ujrzał swoje nazwisko na telewizorze w hotelu i na ulicznych reklamach. Nawet na festiwalu w Sopocie, gdzie zaprosił go Niemczycki, cała scena zastawiona była napisami Otake. Ucieszył się, że jest taki popularny.

Ale Polak chciał sam produkować telewizory. Tanie, dobre i do kupienia za złotówki, a nie w dolarowej Baltonie. I oto jak na życzenie zjawił się dyrektor Unitry z Mławy – z prośbą o ratowanie pogrążonej w  kryzysie firmy. W wydzierżawionej na 40 lat tamtejszej hali zakładu usług wodnych powstała montownia telewizorów. To początek słynnej marki Curtis, która w latach 90. zawojowała polski rynek. U Niemczyckiego pracował co szósty mieszkaniec miasta. Nawet król mławskich Romów przyjął przedsiębiorcę na wystawnej kolacji w swojej willi z  charakterystycznymi wieżyczkami. Stwierdził: – Nasze interesy nie  krzyżują się, będzie pan tu bezpieczny, powodzenia.

Gdy na przełomie wieków cały świat zaczął przenosić produkcję do Chin, Niemczycki sprzedał fabrykę Koreańczykom z LG. Zachował jedynie zakład tworzyw sztucznych, który produkuje obudowy do telewizorów. – Po co mi marketing, budowanie marki i walka o wielkość sprzedaży. To pochłania kapitał i siły. Niech inni się z tym męczą – wzrusza ramionami, tłumacząc, że wygodniejsza jest rola poddostawcy, lecz takiego, bez którego LG nie może się obyć.

Zaliczył tylko jedną wpadkę biznesową – z  pierwszą prywatną firmą lotniczą w Polsce White Eagle. Śmigłowce przewoziły przesyłki dla poczty i firmy kurierskiej UPS, a boeingi transportowały tysiące Polaków na wakacje do Egiptu i Tunezji. Miał już jedną trzecią rynku czarterów w Polsce, gdy LOT postanowił wysadzić go z  siodła. Niemczycki, który kocha samoloty (sam lata od 16. roku życia), zwlekał z trudnymi decyzjami o restrukturyzacji, aż wreszcie – gdy już firmę sprzedał – ledwie odzyskał zainwestowane pieniądze.

Wolę komfort

Niemczycki prowadzi interesy w amerykańskim stylu. Nadużywa słowa „cash", ale potrafi czarować roztaczanymi wizjami. Kolekcjonuje kontakty z wpływowymi postaciami w Europie i do grona przyjaciół zalicza księcia Alberta z Monako. Zapamiętuje imiona przedstawionych osób – nawet dostawcy papieru biurowego. W towarzystwie szybko skraca dystans i  zaprzyjaźnia się. Jest tak dobry w przekonywaniu do swoich pomysłów, że  nawet lewicowego premiera Leszka Millera potrafił namówić do obniżenia podatków od firm do 19 proc., co rozkręciło polską gospodarkę. Na  początku tego roku prowadził krucjatę przeciw artykułowi 585 Kodeksu spółek handlowych, który mówi o odpowiedzialności karnej za działanie na  szkodę własnych firm. Nie po to – jak zapewnia – by bronić przed prokuratorem swojego przyjaciela Ryszarda Krauzego, ale dla dobra 1,3 tys. przedsiębiorców, którym stawiano zarzuty z tego artykułu.

Te polityczne kwalifikacje doceniają koledzy. Po raz czwarty wybrali go na prezesa Polskiej Rady Biznesu, skupiającej szefów i właścicieli największych prywatnych firm w Polsce. Gdy zaś parę lat temu przy okazji wspólnego oglądania opijania meczu piłkarskiego w restauracji w  Konstancinie powołano „alternatywny rząd" biznesmenów, Niemczyckiemu przydzielono rolę premiera.

On sam jednak nigdy nie robił interesów z  rządem. – Może mógłbym mieć dziś więcej, niż mam, ale postawiłem na  komfort i spokojny sen – komentuje zatrzymanie byłego szefa UOP gen. Gromosława Czempińskiego.

Okładka tygodnika WPROST: 49/2011
Więcej możesz przeczytać w 49/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 5
  • nieznany IP
    Amoże by tak wspomóc biednych
    • Michał Maltan IP
      Ja już słyszałem o tej Góraszce. Już wieszano psy na Niemczyckim z tego powodu. A tu proszę wyjaśnienie samo się znalazło. I dobrze.
      Nareszcie jakaś kariera bez prywatyzacji w tle. Panie Zbigniewie powienien Pan się teraz zając pisaniem książek i wykładami w na uczelniach. Czas ie podzielić sukcesem z innymi
      • Marek IP
        Brawo Panie Zbigniewie-gratuluje i tak dalej prosze trzymac.Wspaniały człowiek z pomysłem na biznes i zycie.