Wątpliwe by w odniesieniu do wizyty Władimira Putina w Polsce ktokolwiek sięgnął po określenie "historyczna". Rosyjski prezydent wpadnie do Warszawy po drodze z Paryża, nie wystąpi w Sejmie, nie będzie mu towarzyszyła małżonka.
"Historyczność" wymagałaby gestu, który przydałby wizycie Putina w Warszawie głębszy sens. Tymczasem do ostatniego dnia przed rozpoczęciem wizyty nie było wiadomo, czy Putin zdecyduje się choćby na złożenie kwiatów przed pomnikiem Powstania Warszawskiego. Rezygnacja z wystąpienia w Sejmie oznacza, że prezydent Rosji nie ma do Polaków przesłania wykraczającego poza protokół dyplomatyczny. Lista przygotowanych do podpisania umów też nie jest imponująca. Nie będzie ważnej dla nas umowy o wzajemnej ochronie inwestycji; przed prezydencką wizytą nie udało się też zamknąć pertraktacji dotyczących kluczowej dla Polski sprawy zakupu rosyjskiego gazu.
Na razie musi nam wystarczyć to, że Putin w ogóle się w Warszawie pojawi. To kończy prawie ośmioletnią "zimną wojnę", w tle której stał opór Rosji wobec wstępowania Polski do NATO. Obserwowany w ostatnich miesiącach powrót do normalności w kontaktach polsko-rosyjskich też ma związek z NATO, choć tym razem konkluzje są dokładnie odwrotne - prozachodni kurs Putina powoduje, że także w stosunkach z Polską zadrażnienia stają się niepotrzebne.
Wymiar gospodarczy naszych kontaktów z Rosją to już całkiem inna sprawa. Wykrojenie choćby kawałka z coraz lepiej zapowiadającego się "rosyjskiego tortu" okazuje się dla nas wyjątkowo trudne. Tu rządzą twarde prawa biznesu, i niezależnie od wszelkich gestów dobrej woli prezydencka wizyta niewiele może w tej dziedzinie zmienić. Dopóki nie będziemy mieli do zaoferowania Rosjanom takich warunków prowadzenia handlu jakie może zaoferować Zachód - a prędko to nie nastąpi - dopóty będziemy w Moskwie traktowani jak partnerzy drugorzędni. To dlatego na wizytę w sąsiedniej Polsce Władimir Putin zdecydował się dopiero po dwóch latach pełnienia urzędu prezydenta. Z kanclerzem Schroederem zdążył się w tym samym czasie spotkać osiem razy.
Jarosław Giziński
"Historyczność" wymagałaby gestu, który przydałby wizycie Putina w Warszawie głębszy sens. Tymczasem do ostatniego dnia przed rozpoczęciem wizyty nie było wiadomo, czy Putin zdecyduje się choćby na złożenie kwiatów przed pomnikiem Powstania Warszawskiego. Rezygnacja z wystąpienia w Sejmie oznacza, że prezydent Rosji nie ma do Polaków przesłania wykraczającego poza protokół dyplomatyczny. Lista przygotowanych do podpisania umów też nie jest imponująca. Nie będzie ważnej dla nas umowy o wzajemnej ochronie inwestycji; przed prezydencką wizytą nie udało się też zamknąć pertraktacji dotyczących kluczowej dla Polski sprawy zakupu rosyjskiego gazu.
Na razie musi nam wystarczyć to, że Putin w ogóle się w Warszawie pojawi. To kończy prawie ośmioletnią "zimną wojnę", w tle której stał opór Rosji wobec wstępowania Polski do NATO. Obserwowany w ostatnich miesiącach powrót do normalności w kontaktach polsko-rosyjskich też ma związek z NATO, choć tym razem konkluzje są dokładnie odwrotne - prozachodni kurs Putina powoduje, że także w stosunkach z Polską zadrażnienia stają się niepotrzebne.
Wymiar gospodarczy naszych kontaktów z Rosją to już całkiem inna sprawa. Wykrojenie choćby kawałka z coraz lepiej zapowiadającego się "rosyjskiego tortu" okazuje się dla nas wyjątkowo trudne. Tu rządzą twarde prawa biznesu, i niezależnie od wszelkich gestów dobrej woli prezydencka wizyta niewiele może w tej dziedzinie zmienić. Dopóki nie będziemy mieli do zaoferowania Rosjanom takich warunków prowadzenia handlu jakie może zaoferować Zachód - a prędko to nie nastąpi - dopóty będziemy w Moskwie traktowani jak partnerzy drugorzędni. To dlatego na wizytę w sąsiedniej Polsce Władimir Putin zdecydował się dopiero po dwóch latach pełnienia urzędu prezydenta. Z kanclerzem Schroederem zdążył się w tym samym czasie spotkać osiem razy.
Jarosław Giziński