Piracki proceder rośnie niemal wprost proporcjonalnie do szybkości rozwoju techniki komputerowej. Założyć piracką wytwórnię może dziś praktycznie każdy. Skończyły się czasy, gdy potrzebny był do tego bardzo drogi sprzęt. Wyposażeniem nielegalnej firmy fonograficznej składa się ze średniej klasy peceta, na którym można skopiować płytę, wydrukować okładkę i wykonać dowolne nadruki na krążku. Przez godzinę domorosły pomysł pirat może wyprodukować 6-7 tej samej jakości, co oryginały nielegalnych płyt. Profesjonalista dokupi jeszcze jeden komputer i będzie kradł dwa razy szybciej.
Walka z piractwem stała się o wiele trudniejsza. Namierzanie nielegalnych wytwórni przypomina szukanie igły w stogu siana. Podejrzani są wszyscy posiadacze sprzętu komputerowego. Piratuje się w mieszkaniach prywatnych, akademikach, a także po nocach w biurach, gdzie każde stanowisko pracy wyposażone jest w komputer.
W wielu krajach nie istnieje świadomość, że kopiowanie i odsprzedawanie nagrań po niższej cenie jest zwykłym złodziejstwem. Szczególnie w biedniejszych państwach, płyta z muzyką traktowana jest jako dobro luksusowe, wytwarzane przez bogaczy, którym nie zaszkodzi żadna strata.
Dopiero niedawno władze Ukrainy wprowadziły i przepisy antypirackie, a nawet zaczęły wymuszać ich przestrzeganie. Jednak nie zrobiono tego z powodu chęci walki z nielegalną dystrybucją płyt kompaktowych. Ukraińcy zostali do tego zmuszeni przez międzynarodowe organizacje finansowe, które zagroziły, że wstrzymają kredyty i programy pomocowe przyznawane dla tego kraju. Sukces? Niepełny. "Piraty" zniknęły z ulic ukraińskich miast. Można je teraz kupić od kolegi z Uniwersytetu lub od mężczyzny, wskazanego przez handlującą wódką w kijowskim metrze babuszki.
W Polsce piractwo jest ścigane od wielu lat. Mimo to albumy prawie wszystkich wykonawców kupuje się jeszcze przed ich oficjalną premierą na bazarach. Nic nie dają urządzane tam co pewien czas spektakularne "naloty" policjantów. Zysk jest zbyt duży, a popyt ogromny.
Nie odstraszają też kary. Najczęściej jest to konfiskata płyt i mało dotkliwe kary finansowe, nierzadko niższe niż podatki, które płacą sprzedawcy legalnych krążków.
Mariusz Kowalczyk
Walka z piractwem stała się o wiele trudniejsza. Namierzanie nielegalnych wytwórni przypomina szukanie igły w stogu siana. Podejrzani są wszyscy posiadacze sprzętu komputerowego. Piratuje się w mieszkaniach prywatnych, akademikach, a także po nocach w biurach, gdzie każde stanowisko pracy wyposażone jest w komputer.
W wielu krajach nie istnieje świadomość, że kopiowanie i odsprzedawanie nagrań po niższej cenie jest zwykłym złodziejstwem. Szczególnie w biedniejszych państwach, płyta z muzyką traktowana jest jako dobro luksusowe, wytwarzane przez bogaczy, którym nie zaszkodzi żadna strata.
Dopiero niedawno władze Ukrainy wprowadziły i przepisy antypirackie, a nawet zaczęły wymuszać ich przestrzeganie. Jednak nie zrobiono tego z powodu chęci walki z nielegalną dystrybucją płyt kompaktowych. Ukraińcy zostali do tego zmuszeni przez międzynarodowe organizacje finansowe, które zagroziły, że wstrzymają kredyty i programy pomocowe przyznawane dla tego kraju. Sukces? Niepełny. "Piraty" zniknęły z ulic ukraińskich miast. Można je teraz kupić od kolegi z Uniwersytetu lub od mężczyzny, wskazanego przez handlującą wódką w kijowskim metrze babuszki.
W Polsce piractwo jest ścigane od wielu lat. Mimo to albumy prawie wszystkich wykonawców kupuje się jeszcze przed ich oficjalną premierą na bazarach. Nic nie dają urządzane tam co pewien czas spektakularne "naloty" policjantów. Zysk jest zbyt duży, a popyt ogromny.
Nie odstraszają też kary. Najczęściej jest to konfiskata płyt i mało dotkliwe kary finansowe, nierzadko niższe niż podatki, które płacą sprzedawcy legalnych krążków.
Mariusz Kowalczyk