Vega, czyli gwiezdny chłopiec

Vega, czyli gwiezdny chłopiec

O tym, jak został inżynierem dusz, czemu już nie musi być pierwszy na światłach, a także jak stracić 50 kilogramów i znaleźć w życiu radość i harmonię, Małgorzacie Sadowskiej opowiada reżyser „Stawki większej niż śmierć” Patryk Vega.
MAŁGORZATA SADOWSKA: Producent filmu „Kac Wawa" postanowił pozwać recenzenta za zjechanie filmu. Czy pan, autor wyszydzanego „Ciacha”, miał ochotę zaciągnąć krytyka do sądu?

 PATRYK VEGA: Recenzje mają coraz mniejsze znaczenie, szczególnie w  przypadku filmów, które stają się wydarzeniami masowymi. Nieważne, czy ludzie mówią wówczas o nim źle, czy dobrze, każdy i tak chce to zobaczyć i wyrobić sobie zdanie. Dziś rolę recenzji coraz częściej przejmują wpisy na forach, które są dla widzów bardziej wiarygodne niż teksty w  gazetach.

„To »Ciacho« jest czerstwe" – napisał jeden z krytyków, dodając, że  gdyby za złe filmy karano więzieniem, powinien pan dostać dożywocie. Naprawdę nie ruszają pana takie słowa?

Staram się izolować od opinii innych ludzi. Tylko ja wiem, ile włożyłem serca w pracę, ile wysiłku kosztował mnie film, i nie potrzebuję, żeby ktoś mi mówił, czy jest lepszy, czy gorszy od innych moich dokonań. Sam wiem, ile to dla mnie znaczy. A co do recenzentów, to parę lat temu autor „Gazety Wyborczej" dokopał mi za „Pitbulla”, że to jednowymiarowy świat, nieprawdziwy obraz policji i degrengolada. A przy okazji „Ciacha” ten sam człowiek napisał, że jest fanem genialnego „Pitbulla”. W ciągu kilku lat zmienił diametralnie zdanie na temat mojego filmu? „Ciacho” pokazywałem producentce „Matriksa” i „Titanica”, która stwierdziła, że  jest to bardzo fajny film w kategorii „Głupi i głupszy”. Jeśli ktoś spodziewał się „Hamleta”, to się zawiódł. Chciałem nakręcić odmóżdżającą komedię, z żartami o seksie analnym. I to się udało. Film jest dobrze zrobiony, ma wielu fanów, zobaczył go milion widzów i powiódł się jako przedsięwzięcie finansowe. 

Nie wszyscy są jednak zadowoleni. Tomasz Karolak wyznał, że wstydzi się udziału w „Ciachu".

To kwestia jego słabej konstrukcji psychicznej. Na premierze Tomek był bardzo zadowolony z udziału w „Ciachu" i gratulował mi filmu. Myślę, że  w momencie, gdy rozpoczęła się nagonka, uległ presji mediów. Większość ludzi myśli stadnie i nie potrafi tego zmienić, szczególnie jeśli nie ma  silnej osobowości.

„Pitbull", „Ciacho”, teraz „Stawka większa niż śmierć”. Zrobił pan trzy kompletnie różne filmy. Czy coś je łączy poza pańskim nazwiskiem w  czołówce?

 Moje podejście do pracy i odpowiedzialność za film jako przedsięwzięcie finansowe. Nie abstrahuję od oczekiwań widowni. Podchodzę do tego jak inżynier: począwszy od wyboru tematu, przez wybór obsady, a później cały film – tak, jak to się robi w Stanach – rozrysowuję na wykresie. Taki wykres ma kilkadziesiąt metrów długości, przypomina EKG i wyznacza poziom zaangażowania widzów. Tam są kategorie takie jak: zainteresowanie, koncentracja, emocje, wielkie emocje. Gdy się okazuje, że między piątą a dwunastą minutą w scenariuszu nie dzieje się nic, co  mogłoby podtrzymać uwagę widzów, wiem, że muszę coś zmienić: to może być szybsze wejście w scenę czy dowcip – coś, co sprowokuje reakcje. Przewiduję, kiedy ludzie mają się śmiać czy płakać, i planuję to co do  minuty. Jestem zwolennikiem badań fokusowych. Kiedy robię film, kilkakrotnie organizuję pokazy testowe, których efekt ma wpływ na  montaż. Staram się dać ludziom to, czego pragną, jednocześnie nie robiąc niczego wbrew sobie.

Gdzie w tych wykresach jest Patryk Vega? Na przykład w „Stawce większej niż śmierć"?

Mam w sobie gwiezdne dziecko, któremu pozwoliłem nie dorosnąć. Ono jest moim paliwem przy robieniu filmów. Ten chłopiec bywa łobuziakiem, megalomanem, jest w scenach akcji, w poczuciu humoru, uwielbia komedie w  stylu „Druhen", a czasem zagląda na www.chamskiedowcipy.pl. Mam także inne osobowości, ale temu dziecku w każdym filmie pozwalam dojść do  głosu.

Jaki dowcip pana ostatnio rozbawił?

Nie będę cytował, bo mnie pozwą. Często bawią mnie żarty politycznie niepoprawne.

Interesuje pana zysk, badania, wykresy. Dlaczego w takim razie robi pan filmy, a nie zajmie się jakimś innym biznesem?

Ależ ja mam interesy poza kinem, które dają mi poczucie bezpieczeństwa. W życiu zmierzam do tego, by znaleźć stabilizację finansową, która pozwoli mi robić filmy dla przyjemności, a nie z konieczności płacenia rachunków za światło. Nie chcę przyjmować każdego projektu tylko dlatego, by się utrzymać. Postanowiłem zgładzić w sobie konsumpcyjnego człowieka jego własną bronią. Chcę mieć wystarczająco dużo pieniędzy, by  nie musieć o nich myśleć.

Kino bywa ryzykiem nie tylko finansowym. Czy wchodząc na plan „Stawki…", czuł pan presję oczekiwań; czy bał się pan, że może nie sprostać wyzwaniu?

Nie. Ze strachu nie jest w stanie się zrodzić nic dobrego. Dlatego nigdy nie myślę o tym, co się stanie, jak mi nie wyjdzie, co powiedzą inni. Trzeba podążać za własnym marzeniem. Za instynktem. Nie skończyłem szkoły filmowej. Jedynym kierunkowskazem jest moja intuicja.

Kiedy po raz pierwszy podążył pan za marzeniem o robieniu filmów?

 Gdy miałem 15 lat i przeczytałem „Milczenie owiec" i „Czerwonego smoka”. To był orgazm literacki. Zaczynałem od animacji komputerowych, zostałem zresztą wpisany do polskiej „Księgi rekordów Guinnessa”, jako najmłodszy ich twórca [Patryk Vega jest autorem animowanej czołówki do legendarnego programu „5-10-15” – przyp. red.]. Nie dostałem się do szkoły filmowej w  Łodzi, napisałem za to scenariusz, który był koszmarną kliszą – historią pojedynku zawodowego zabójcy z seryjnym mordercą. Miałem wtedy 18 lat i  zamarzyłem sobie, żeby w tym filmie zagrała Małgosia Foremniak. Moja mama podeszła kiedyś do niej w parku, powiedziała, że syn napisał scenariusz. Małgosia poprosiła, żebym przyniósł tekst, poznała mnie ze  swoim ówczesnym mężem, producentem Waldemarem Dzikim, który dał mi pracę.

Był pan aż tak zdeterminowany, żeby kręcić filmy?

Absolutnie. Zanim zacząłem poważnie zajmować się kinem, zostałem totalnie przeczołgany. Przez jakieś dziesięć lat miałem na głowie komorników, wyrzucali mnie z mieszkań, ze studiów za nieopłacone czesne, miałem poblokowane karty kredytowe…

…student z kartami kredytowymi? To chyba nie było aż tak źle?

 Byłem pomysłowy. A karty zadłużyłem, wykorzystując fakt, że jest jeden dzień, gdy można już pobrać pieniądze na kolejny miesiąc, jeszcze przed spłaceniem poprzednich. Wpadłem w ogromne problemy finansowe, z których zacząłem wychodzić, dopiero gdy miałem 26 lat. Tamte doświadczenia i  bieda zaznana w dzieciństwie na zawsze ustawiły mój stosunek do  pieniędzy, bo już nigdy nie chciałbym czegoś takiego przeżyć.

Czyli czego?

Bezsilności, zdania na łaskę innych, upokorzenia i stresu, który przychodził z każdej strony. Tu wyrzucają mnie ze szkoły, tam matka, która samotnie mnie wychowywała, ma zadłużone mieszkanie, mnie nie stać na kupienie jedzenia. Gdy moja ówczesna narzeczona raz na miesiąc kupiła coca-colę, to było dla nas święto.

Pamięta pan, kiedy zarobił swoje pierwsze pieniądze?

 Te pierwsze, które były dla mnie wtedy megakwotą i które pozwoliły mi wziąć oddech, to było 1000 zł za streszczenie thrillera od Pawła Karpińskiego, producenta „Klanu". A te naprawdę duże zarobiłem za  scenariusz „Pierwszego miliona” – jakieś trzydzieści parę tysięcy złotych. Wcześniej poważne pieniądze zarabiałem przez chwilę, jako czternastolatek, handlując na giełdzie komputerowej nielegalnym oprogramowaniem. Wówczas dorobiłem się sporych pieniędzy, bo w weekend zarabiałem dwukrotną pensję swojej mamy. Umeblowałem mieszkanie, zrobiłem remont, kupowałem pralki i tego typu sprzęt – w ósmej klasie podstawówki. Potem to się skończyło, ale do dziś został we mnie rodzaj niepokoju, poczucie, że nawet jeśli mam na koncie sporą sumę, nie mogę spocząć na laurach. Wciąż planuję do przodu, nieustannie zabezpieczam się na przyszłość. Powoli zbliżam się do sytuacji, w której będę mógł czerpać stałe dochody z kilku źródeł, co da mi iluzję stabilizacji.

Kiedy zaczął pan zarabiać poważne pieniądze – szastał pan nimi, odreagowując ciężkie czasy, czy – przeciwnie, zaczął oszczędzać?

 Niestety, jestem typem zakupoholika i dopiero uczę się sobie z tym radzić. Tłumaczę sobie, że po prostu jestem estetą, który uwielbia obcować z pięknymi przedmiotami. Ale efekt jest taki, że wydałem majątek na rzeczy takich firm jak Tiffany. Do 26. roku życia nie miałem auta, ponieważ nie było mnie stać na takie, które by do mnie pasowało. Dlatego pierwszą luksusową rzeczą, jaką kupiłem, był terenowy mercedes klasy G. Uwielbiam samochody, w aucie czuję się jak superbohater, który wkłada strój Iron Mana, mam poczucie pełnej symbiozy z maszyną.

Czym dla pana jest luksus?

To rodzaj zakupu, którego nie można oceniać racjonalnie, bo wówczas przestaje mieć sens. W wieku 30 lat kupiłem sobie astona martina DB9 –  jakiego miał Bond – był to dla mnie wówczas luksus, ale też etap spełniania marzeń. Dziś wpłacam pieniądze na konto mojej 11-miesięcznej córeczki, na jej studia medyczne na Harvardzie. Jeśli Maja wybierze co  innego, dam jej wolną rękę, ale chcę małej stworzyć możliwość studiowania na najlepszej uczelni na świecie. I myślę raczej o  zapewnieniu bezpieczeństwa swojej rodzinie – na wypadek nieprzewidzianych sytuacji. Jakich nieprzewidzianych sytuacji? Na przykład swojej śmierci. Ma pan 35 lat i myśli o śmierci? Dla mnie czas stał się policzalny w 27. roku życia. Wtedy poczułem, że  nie zrobię już wszystkiego, co bym chciał. Byłem tym odkryciem przerażony. Wciąż czuję presję czasu, ale pracuję dziś nad tym, by nie wybiegać wciąż w przyszłość ani nie żyć przeszłością, tylko być tu i  teraz.

Dlaczego przeszłość jest dla pana obciążeniem?

Ona jest obciążeniem dla każdego z nas. Jestem najgłębiej przekonany, że  pierwsze trzy lata życia głęboko kształtują naszą osobowość. Tak jak moją ukształtowało to, że ojciec zostawił mnie i wyjechał do Stanów, gdy miałem kilka miesięcy. Nie miałem męskiego wzorca, więc sam się wymyśliłem. Wie pani, ja nigdy nie chciałem być reżyserem, tylko chciałem osiągnąć sukces i być sławny. Doszedłem do wniosku, że przez film osiągnę to najłatwiej, dopiero później odkryłem w sobie pasję i  talent. Zanim to się stało, do technikum chodziłem w smokingu i byłem szczerze przekonany, że za swój pierwszy film dostanę Oscara. Kiedy przyszedłem ze scenariuszem do Dzikiego, na jego pytanie, co chciałbym z  tym zrobić, odpowiedziałem, że chcę, żeby mi dał na niego milion dolarów. Popatrzył na mnie, pokiwał głową i zatrudnił – jako sekretarkę.

Nazwisko też pan zmienił, żeby zwiększyć szanse na Oscara?

Zrobiłem to, gdy miałem 18 lat, i był to dla mnie wówczas element budowania kariery. W Stanach nikt nie wymówiłby nazwiska Krzemieniecki, a Vega, to wiadomo: Vincent Vega z „Pulp Fiction", piosenkarka Susan Vega i najjaśniejsza podwójna gwiazda. Niestety – w  Polsce w tamtym czasie nie można było go zarejestrować z powodu „V” na  początku. Kupiłem więc bombonierkę i poszedłem do pani w urzędzie, której przysiągłem, że za pięć dni wyjeżdżam na zawsze do USA, i  zgodziła się – nielegalnie – zamienić Krzemienieckiego na Vegę. Nie  miałem ojca, więc zapewne dlatego nie byłem przywiązany do swojego nazwiska.

Odrzucił pan je, żeby się na ojcu odegrać?

Mój ojciec nazywał się Kwoka, potem zmienił nazwisko na Krzemieniecki, a  w Ameryce na Arden, więc można uznać, że właściwie to u nas rodzinne.

Skąd właściwie wziął się w panu ten głód sławy, sukcesu, Oscarów?

Moja matka zawsze wmawiała mi, że jestem najlepszy i mogę wszystko – co  zamiast pozbawić mnie kompleksów, spowodowało, że czułem ogromną presję bycia numerem jeden. Przez długi czas bałem się na przykład jeździć samochodem, bo wydawało mi się, że potrącę człowieka. Kiedyś poszedłem na taping, to metoda terapii wynaleziona dla żołnierzy, którzy wracali z  Wietnamu. Pomaga usunąć traumę. Działa to jak odrywanie kolejnych warstw cebuli, z którymi usuwamy wszystkie negatywne emocje powiązane z daną traumą. W trakcie sesji zaczęły wracać do mnie wspomnienia związane z  porażkami: gdy nie trafiłem piłką do kosza, źle zatańczyłem na  studniówce, gdy spudłowałem na strzelnicy i ludzie śmiali się ze mnie. Byłem wściekły na nich, nie na siebie. Ja byłem przecież mistrzem świata w koszykówkę – i jeśli nawet raz nie trafiłem, to nie znaczy, że można mnie krytykować! Presja bycia najlepszym zżerała mnie od środka i  wyzwoliła we mnie konieczność nieustannej rywalizacji. Odkryłem, że  jazdę samochodem też traktowałem jak rywalizację – zawsze musiałem być pierwszy na światłach – a jednocześnie był we mnie strach, że znów mogę popełnić jakiś błąd i kogoś potrącić. Gdy to przerobiłem, zrozumiałem, że wystarczy, iż jestem świetny w kilku rzeczach. Spadł wtedy ze mnie ogromny ciężar. I poczułem się fajnym facetem, który nie musi niczego udowadniać.

Ta przemiana, która się w panu dokonała…

…To był proces, który trwał od trzydziestki; po drodze odstawiłem alkohol, papierosy, narkotyki i schudłem 50 kilo…

… 50 kilogramów???

…Tak, zmieniłem nawyki żywieniowe, styl życia i z przyjemności został mi już tylko seks! (śmiech).

Co sprowokowało aż tak radykalne zmiany?

 „Smuga cienia" dopadła mnie o wiele wcześniej niż innych, pewnie dlatego, że zawsze czułem się dużo starszy, niż wskazywałaby metryka. Jako dzieciak byłem outsiderem, nie miałem żadnych przyjaciół wśród rówieśników. Nie miałem też młodości – przez całe studia pracowałem po  siedemnaście godzin, nie załapałem się na studenckie życie. W wieku 27 lat uświadomiłem sobie, że jeśli pominiemy jakiś etap, zawsze będziemy za nim tęsknić, więc spuściłem się ze smyczy, imprezując totalnie. Wtedy zaczęły się moje kłopoty zdrowotne, i to za ich sprawą trafiłem do  osoby, która stała się moją przyjaciółką duchową. Odkąd pracuję z  energią, w moim życiu dokonała się całkowita transformacja. Wykonałem skok kwantowy. Ewoluowałem i z dzisiejszej perspektywy byłem małpą. Moje życie osobiste, praca, dom uległy zmianie, a z mojego otoczenia usunęły się wszystkie osoby niekompatybilne energetycznie. W ciągu dwóch lat przebudowało się także moje ciało. Na czym polega pańska praca z energią? Jeśli ktoś tego nie doświadczył, to tak, jakby opowiadać dzieciom o  fizyce kwantowej. Medytuję codziennie około godziny, łącząc się z  kanałem energetycznym, a cała moja aktualna praca nad sobą sprowadza się do tego, by nauczyć się nie obniżać własnej wibracji pod wpływem innych ludzi. Stosuję dietę, śpię na twardym podłożu, jak Japończycy, by  rotować kręgosłup i umożliwiać właściwy pływ płynu rdzeniowo- -mózgowego. Wcześniej byłem schorowanym człowiekiem, który zmierzał do  zawału w wieku 33 lat. Na skutek hulaszczego trybu życia miałem cukrzycę, pękające kolana, nadciśnienie, chorą trzustkę i tarczycę, nieczynną w 30 proc. wątrobę, nadmierną lepkość krwi; permanentny ból oczu wypchanych przez tłuszcz i kręgosłup z wypadającymi kręgami. W  wyniku transformacji, której zostałem poddany, w ciągu dwóch lat wszystkie schorzenia cofnęły się. Dziś mam idealne wyniki badań 14-latka, który w życiu nie miał styczności z niczym złym.

Zmieniło się także pańskie podejście do kina?

 We wszystkim, co robię, istotny stał się dla mnie wyłącznie potencjał, jaki temu nadaję. Czy intencja jest dodatnia, czy ujemna. W dzisiejszym świecie nie mamy problemu z wiarą w to, że telefon może się łączyć z  innym urządzeniem za pomocą bluetootha, ale nie jesteśmy w stanie dopuścić myśli, że nasz umysł może robić to samo. Udrożnienie czakramów do przepływu energii zajęło mi dwa lata. Dzięki temu dziś jestem innym człowiekiem: nie boję się, przestałem być niecierpliwy i mogę powiedzieć, że odnalazłem w życiu radość i harmonię. Uczę się bycia szczęśliwym bez poczucia winy. Zwykle myślimy, że po dobrych okresach w  naszym życiu musi nastąpić załamanie. Pracuję nad tym, jak utrzymywać się w wysokiej wibracji i nie upadać, zaraz po wzlotach, na ziemię.

Na razie jednak nakręcił pan „Stawkę większą niż śmierć", czyli film, który z rozwojem duchowym ma niewiele wspólnego.

 Jeśli coś nasycamy światłem, ono także zaczyna promieniować. Włożyłem w  zrobienie „Stawki…" dużo jasnej energii i wiem, że ten film będzie tak samo oddziaływać na ludzi. Myślę, że kiedyś zrobię film o samej energii, ale jeszcze do tego nie dojrzałem.

Okładka tygodnika WPROST: 13/2012
Więcej możesz przeczytać w 13/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • as IP
    Gość widzę tworzy urozmaicenia, szkoda tylko że taką wizualną kopę na ekrany rzuca. Kto mu na to kase daje?