Nasza prywatna katastrofa

Nasza prywatna katastrofa

Nie obchodzą rocznicy, nie celebrują 10 kwietnia, bo u nich każdy dzień jest pamięcią. Ich bliscy lecieli Tu-154. Byli w pracy.
Nie akceptują tego, że nad grobami ich bliskich przemawiają politycy. Mają już dość kłótni o Smoleńsk.

– Telewizji w zasadzie nie oglądamy. Jeśli już, to tylko sportowe kanały. Na innych co chwila jest o Smoleńsku, o tym, że prezydent i  wielcy politycy zginęli. O prezydentowej Marii Kaczyńskiej cisza. Nic nie mówią. Nie wspominają. O młodych, o załodze, o oficerach Biura Ochrony Rządu też nie. Jasne, oni byli w pracy, w ryzykownej pracy, więc nie ma co o nich mówić, co wspominać – mówi Anna Maciejczyk, matka stewardesy Basi. – My 10 kwietnia pójdziemy na Powązki, na grób naszej córki. Jesteśmy prawie codziennie. Mszę zamówiliśmy w kościele. Nie, do  Smoleńska tym razem nie pojedziemy. Już raz byliśmy. To, co mieliśmy zobaczyć, zobaczyliśmy. I tę brzozę, i te ścięte drzewa, i ten jar. I  wrak. Jeśli go ściągną do Polski, to dobrze, ale my go oglądać już nie  będziemy. Jesteśmy normalnymi ludźmi, którzy stracili córkę w  katastrofie. Tak jak inni czekamy na koniec śledztwa. Ale już bez emocji. Bo Basi nikt i nic nam nie wróci – opowiada Paweł Maciejczyk, tata Basi. Po chwili zmienia ton: – Jeśli ktoś mówi, że czas leczy rany, to ja mówię, że nie leczy. I nie wyleczy.

ROCZNICA

Krystyna Łuczak-Surówka, wdowa po BOR- -owcu Jacku Surówce: – Nie  zgadzam się na wypowiedzi polityków na cmentarzu. To nie jest czas ani miejsce na uprawianie polityki. Mają od tego Sejm. A ja już nie chcę, żeby wszyscy ciągle się wypowiadali. Albert Węcławek, czynny BOR-owiec, wdowiec po Agnieszce Pogródce-Węcławek, również oficerze BOR: – Znowu się zaczęło. Była chwila spokoju i ciszy, a teraz na rocznicę znowu jest polityczne rozdmuchiwanie. Anna Maciejczyk: – Jesteśmy jak najdalej od polityki. Niepotrzebnie ta  polityka w to się wtrąciła. Polityka podzieliła te rodziny. Paweł Maciejczyk: W tej chwili, jak wszyscy wiedzą, katastrofa smoleńska służy do gry politycznej.

Krystyna Łuczak-Surówka: – Nas się traktuje jak jakieś dobro publiczne. Nie tylko politycy, ale i zwykli ludzie, którym się wydaje, że nawet na  cmentarzu można z nami rozmawiać. Tak, zdaję sobie sprawę, że to była wielka tragedia narodowa. Tylko że każdy z nas miał tam kogoś, kto był dla niego całym światem, i o tym się zapomina.

SPISEK

Krystyna Łuczak-Surówka: – Pół roku po tragedii w Smoleńsku pojawiła się fałszywa informacja, że mój mąż dzwonił do mnie po katastrofie. To boli, kiedy wiesz, że żadnej rozmowy nie było i kiedy się go tam widziało. Po  tym wszystkim znajdowałam na grobie męża kartki. Takie zwykłe, powtykane gdzieś z boku: Powiedz prawdę. Albo, że się boję, że zamordują mnie tak samo jak męża. Paweł Maciejczyk: – Rozumiem reakcje prezesa Kaczyńskiego, wszystkie jego reakcje rozumiem, bo w żalu można robić różne rzeczy. Ale nie  rozumiem zachowań polityków, którzy chcieliby wykopywać wszystkie trumny. Niech sobie swoje wykopują. I niech nie mówią, że to są ich bliscy, bo to jest moja córka! Nie pozwolę jej ruszyć! Oni przekroczyli granicę, która nigdy nie powinna zostać przekroczona.

Albert Węcławek: – Nie wiem, po co te spekulacje, historie i domysły. Jakby ci wszyscy politycy nie zdawali sobie sprawy, że każdy wątek, którym podgrzewają temperaturę, rani bliskich…Początkowo chłonąłem wszystko. Wiadomo, człowiek chce wiedzieć. Teraz mnie już tylko szlag trafia na te wszystkie teorie spiskowe, wybuchy, mgły i ciągłe nakręcanie emocji.

Anna Maciejczyk: – Mignie mi czasem, że się o pomnik kłócą, gdzie ma  stanąć, czy ma stanąć. Ja nie oczekuję żadnego pomnika. Mnie grób Basi na Powązkach wystarczy. Wolałabym te pieniądze przeznaczyć na żywy pomnik, na dom dziecka, hospicjum, a nie na kamień. W Warszawie, w całej Polsce jest wystarczająca liczba tablic, pomników upamiętniających katastrofę.

MOSKWA

Krystyna Łuczak-Surówka: – Mój mąż miał pseudonim „Płetwa". Chłopaki z  BOR nazywali go tak, bo miał wielkie dłonie. Śmiali się, że kiedy wpada do basenu, to ręce zamieniają mu się w płetwy i dlatego pływa szybciej niż inni. Kadrowałam zdjęcie z tymi jego „płetwami" przed wylotem do  Moskwy na identyfikację. Tak samo jak te, na których widać jego nos i  uśmiech, bo miał krzywy zgryz. Po co? Żeby łatwiej było go rozpoznać. Miałam też z sobą jego golarkę, żeby mieć DNA. Pod tym względem jestem zadaniowa jak facet. Ale jeszcze na Okęciu usłyszałam, że jego koledzy już go rozpoznali i jeśli chcę, mogę zostać w Warszawie. Jednak poleciałam pierwszym samolotem, bo to była ostatnia i jedyna szansa, żeby go zobaczyć. Wiedziałam, że potem już mi go nie oddadzą.

Paweł Maciejczyk: – Pamiętam, że kiedy wylądowaliśmy i wychodziliśmy z  lotniska, to tłum ludzi stał i patrzył. W ich oczach było widać ból i  szczere współczucie. Słyszałem, jak myślą: Boże, jaka wam się stała tragedia. Stali w ciszy i współcierpieli z nami. Zapamiętam to do końca życia…

Anna Maciejczyk: – Już w Moskwie, przy identyfikacji zwłok poznawaliśmy się wszyscy. My, rodziny członków załogi. Razem spędzaliśmy czas w tym instytucie, razem byliśmy w hotelu. Tam prawie nie spaliśmy. Nie  mieliśmy poczucia czasu, było po prostu ciemno albo jasno…

Paweł Maciejczyk: – Rozumiem, że ludzie chcą być pewni, że w trumnie leży bliska im osoba. Rozumiem też pretensje niektórych osób. Wiem, że  coś się nie zgadzało z ciałem pana Wassermanna. Ale przecież na miejscu katastrofy wszystko było poszatkowane, pokaleczone. Tam była masa zbita w konglomerat różnych ciał…

Anna Maciejczyk: – Były siostry zakonne, które układały ciała do  trumien, i jestem pewna, że one to robiły z należytym szacunkiem. Martwiłam się, czy wszystko, mundur, różaniec, zostało włożone. Plotka poszła, że Rosjanie nie pozwalają różańca do trumny wkładać. A ja wiem, że Basia ma w trumnie dwa różańce.

Aldona Polcman, siostra oficera BOR Marka Uleryka: – Pierwszy raz w  życiu leciałam samolotem 11 kwietnia. Dzień po katastrofie. Nie miałam wyjścia. Mój brat zginął tam, a ja czułam, że to ja muszę go rozpoznać. Oczywiście pojawiały się głosy, że może lepiej nie lecieć. Zapamiętać Marka takim, jaki był. Ale nie brałam tego pod uwagę. Nie wyobrażałam sobie, że ktoś to zrobi za mnie. Nie brałam żadnych środków uspokajających, chociaż cały czas ktoś mi je proponował. Nie chciałam, żeby cokolwiek mi umknęło. Chciałam być świadoma, bo musiałam znaleźć tam, w Moskwie, Marka. Kiedy pierwszego dnia nie udało nam się go  znaleźć, przed salami prosektoryjnymi pani psycholog próbowała mnie przekonać, że lepiej zdać się na badania DNA. Pytała, czy mam świadomość tego, jaki mogę zastaćwidok? To był mój obowiązek, nie wyobrażałam sobie, że mogę zrezygnować. On by nigdy nie zrezygnował. Powiedziałam jej, że wiedziałam, lecąc do Moskwy, że to nie będzie łatwe, ale  postanowiłam ten krzyż podnieść. Ona zapytała, co będzie, jeśli ten krzyż przygniecie mnie i całą rodzinę. Niepodniesiony krzyż przygniata bardziej niż taki, pod którym się upadnie. Będę miała przynajmniej świadomość, że zabrakło mi sił, ale zrobiłam wszystko, żeby go znaleźć. Drugiego dnia to się udało. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie  spróbowała.

CMENTARZ

Anna Maciejczyk: – Pamiętam taki moment, jeszcze w Moskwie. Podszedł do  mnie i do męża minister Arabski. Nie znał nas wcześniej. Ale chyba rozpoznał, bo Basia była do nas podobna. Złożył nam kondolencje i  zapytał, jak nam może pomóc. Wyściskał nas. Powiedziałam wtedy, że nam nic nie potrzeba, bo to, co chcemy… I dodałam, że może to dziwnie zabrzmi, ale Basi życzeniem było leżeć na Powązkach… Opowiedziałam mu tę  historię: Byliśmy w Poniedziałek Wielkanocny przed katastrofą całą rodziną, na spacerze na Powązkach. Przechodziliśmy obok kwater, w  których leżą ofiary dwóch katastrof lotniczych, i wtedy Basia się zatrzymała, zaczęła czytać nazwiska i powiedziała: tatuś, ja bym tak tu chciała… Mówię, Basiu, najpierw ty nas pochowasz… Minister Arabski powiedział: ko będzie chciał pochować swoich bliskich na Powązkach, będzie miał taką możliwość. I w zasadzie te osoby z załogi, które były z  Warszawy, leżą razem na Powązkach. Teraz się wszyscy znamy, odśnieżamy groby, zapalamy lampki. Nie jesteśmy sobą skrępowani. Rozumiemy, że  reakcje mogą być różne. Te spotkania są ważne, te chwile, żeby z sobą pobyć, poskarżyć się, że za dużo w tym polityki…

Krystyna Łuczak-Surówka: – Czas wcale nie leczy ran. Serca i głowy nie  da się zamknąć. Pamięć to ja, rodzina, przyjaciele, wszyscy, którzy noszą Jacka w sobie. Przez pierwszy rok po katastrofie całe dnie byłam albo w pracy, albo na cmentarzu. Jeśli szłam na cmentarz, było ciężko. Jeśli nie szłam, to sobie potem to wyrzucałam, a długo było tak, że na każdym zakręcie w moim samochodzie wszystko stukało, bo zawsze miałam w  bagażniku karton zniczy. Taki artykuł pierwszej potrzeby. Dziś już tak nie jest.

Albert Węcławek: – Wiem, trochę to głupio brzmi. Jakbym patrzył z boku, też bym pomyślał, że facet zwariował. Jeśli mam jakiś problem i chcę z  nią pogadać, jadę na cmentarz. Siadam, mówię: weź mi pomóż, bo ja nie  wiem, co mam zrobić. Jesteś tam? Czuję, że jest. W końcu rzuciłem palenie, ale prawie dwa lata wychodziłem z papierosem na balkon. Bo  przecież nie pozwalała mi palić w domu. Paweł Maciejczyk: – Warszawski Torwar kojarzy nam się z jednym – ogromną liczbą trumien… Basia tam bardzo długo leżała, bo czekała na resztę załogi. Zobaczyliśmy w „Wiadomościach", że na Torwarze będzie mecz reprezentacji w piłce ręcznej. Basia tych piłkarzy wiozła kiedyś z  mistrzostw świata. Postanowiliśmy przełamać się i pójść. To było w  pierwszym roku po katastrofie. Weszliśmy, ludzie się bawią, szaleją. Anna Maciejczyk: – Kiedy usiadłam na tych ławkach, to poleciały mi łzy. Ale przeszło. Pomyślałem, że Basia tak lubiła piłkę ręczną, my lubimy, zostańmy. Paweł był przez lata trenerem. Od tamtej pory Torwar nie jest dla nas już tylko domem pogrzebowym…

10/4/10

Krystyna Łuczak-Surówka: – Wróciłam do pracy trzy dni po pogrzebie. Ludzie różnie na to reagowali, ale ja wiedziałam, że muszę czuć, że coś mi z mojego życia zostaje.

Anna Maciejczyk: – Skończyłam pić pierwsza kawę, poszłam do kuchni. Paweł mnie zawołał. Powiedział, że coś się stało z samolotem prezydenckim. Mieliśmy nadzieję, że Basia leciała w drugim samolocie, z  dziennikarzami. Później, kiedy powiedzieli o trzech osobach, które przeżyły, to pomyślałam, że nasza córka żyje. Napisałam nawet do niej SMS: „Wiem, że żyjesz". Później się okazało, że nikt nie żyje. Paweł Maciejczyk: – Marcin, nasz syn, powiedział, że dzwonił do kolegi do Sztabu Generalnego i że Basia jest na liście… 

Paweł Maciejczyk: - Marcin, nasz syn, powiedział, że dzwonił do kolegi do Sztabu Generalnego i że Basia jest na liście...

Anna Maciejczyk: – Rozpłakałam się. A potem siedzieliśmy nieruchomo. A  mieliśmy jechać do sklepów z glazurą. Chcieliśmy robić remont… Basia miała nam pomagać, bo miała świetny gust. Siedzieliśmy jednak. Przyjechała delegacja, dwóch moich szefów, lekarz, psycholog. Rozmawiali z nami. Zostawili lekarstwa. A myśmy dalej siedzieli.

Paweł Maciejczyk: – Prawie nic nie pamiętam. Pełno ludzi przychodziło, wychodziło. Straciliśmy poczucie czasu.

WINA

Aldona Polcman, siostra Marka Ulerka, oficera BOR: – Mam żal do władzy, że ona nie spróbowała. Że nawet nie próbowano przejąć śledztwa. Wystarczyłby jeden wniosek. Kartka formatu A4. Żeby mieli chociaż poczucie, że spróbowali. Do tej pory nie uważam, że będę lepiej się czuła, jeśli kogoś ukarzą. Nie o to chodzi, bo to nam w niczym nie  pomoże. Ale chciałabym, żeby w końcu to śledztwo zostało zakończone. Brakuje mi tego poczucia, że wszystko, co trzeba, zostało zrobione. A  kiedy żyje się z takim przeświadczeniem, kiedy się wie, że nie wszystko było jak trzeba, nawet najmniej prawdopodobne wizje łatwiej rodzą w  głowie pytania.

Anna Maciejczyk: – Zastanawiamy się, czy do tego lotu w ogóle powinno dojść. Na takie lotnisko? Kiedy tam pojechałam, nie wierzyłam, że takie lotniska jeszcze istnieją w cywilizowanej Europie.

Paweł Maciejczyk: – Przypuszczam, że ten lot musiał być straszny. Słychać w czarnej skrzynce, jak Arek Protasiuk pyta: „I co z nami, Basiu?". Odpowiedzi nie ma. Basia musiała chodzić do salonki i pytać, co  robić, jakie są rozkazy… Tam były wędrówki.

Anna Maciejczyk: – Kiedy słyszymy o niedoszkoleniu pilotów, załogi, to  nas krew zalewa. Arek to był profesjonalista. Żaden huzar, który coś zrobi za wszelką cenę. Oni wszyscy mieli wielkie poczucie odpowiedzialności i bardzo ciężko pracowali. Proszę pamiętać, że nie robili tego dla pieniędzy, bo zarabiali stosunkowo niewiele. Basi pensja wynosiła 1610 zł. Ona kochała swoją pracę.

RANY

Anna Maciejczyk: – Nie sądziłam, że ból idzie od serca, że ból psychiczny staje się bólem fizycznym, że wszystko boli, całe ciało boli. Nie wiem, jak to pani wytłumaczyć: może jakby serce chciało wyjść na  zewnątrz, a coś je z całej siły ściskało i nie pozwalało wyjść. Jeszcze do niedawna nie mogłam słuchać o córkach, nie wytrzymywałam tego, wychodziłam… O synach mogą mówić. Nie mam nic przeciwko. Zresztą na  początku czułam niechęć do wszystkich młodych dziewczyn. Bo dlaczego te  dziewczyny się śmieją, żyją, a mojej Basi nie ma?

Albert Węcławek: – Może powinienem mieć żal do tej służby, że ją zabrała? Z drugiej strony to przecież tam się poznaliśmy. Gdyby nie ta  praca, to w ogóle by nie było nas. Biuro dało, Biuro zabrało. Czas leczy rany, ale ile trzeba tego czasu? Próbuję sobie ułożyć życie, ale to nie znaczy, że chcę cokolwiek wymazać. Tego się nie da wymazać. Jak jej zabrakło, to poczułem się, jakby ktoś uciął połowę mnie. Jakbym funkcjonował tylko w pięćdziesięciu procentach.

Krystyna Łuczak-Surówka: – Nie mogę siedzieć i za dużo myśleć. To nie jest tak, że przed tym uciekam. To część mojego życia i nie ma dnia, żebym o tym nie myślała.

Urszula Krajewska, wdowa po Pawle Krajewskim, oficerze BOR: – Czasami tylko, kiedy coś czytam albo słyszę w radiu, muszę się na chwilę wyłączyć. Wyjść z domu, zrobić coś, żeby się nie denerwować. Chciałabym móc to wszystko odsunąć. Zamiast o raportach, wolę myśleć o tym, jaki był. Jak przeżyliśmy razem nasz wspólny czas. Bo kiedy myślę o nim, emocje zawsze są takie same. Czas na to nie działa. Był miłością mojego życia. Tego się nie da odsunąć. Tego się nie chce odsuwać. Nie schowałam jego rzeczy. Wciąż wisi na ścianie nasze ślubne zdjęcie. Dzieciaki w  pokoju też je mają. Żeby nie zapomniały taty. Bo żyć normalnie to nie znaczy zapomnieć.

Katarzyna Francuz, wdowa po oficerze BOR Arturze Francuzie: – W jednej chwili zawalił mi się cały świat. Straciłam swoje poczucie bezpieczeństwa. Zostałam sama. Strasznie się bałam. Zastanawiałam się, jak sobie teraz dam radę, ale za mną stały moje dzieci i kiedy na nie spojrzałam, zdałam sobie sprawę z tego, że teraz to ja mam być dla nich oparciem, dla nich muszę być silna. Muszę im pomóc zrozumieć to, co się stało.

Anna Maciejczyk: – Czasami mnie ktoś pyta, czy teraz jest lżej, lepiej. A to nie jest tak, że im dalej od katastrofy, tym lżej. Bo ciągle się łapię na tym, że naszej Basi już nie będzie, że jej nie zobaczymy, a  chcielibyśmy chociaż na chwileczkę.

Paweł Maciejczyk: – Przez całe życie nie doznaliśmy tyle bólu i  cierpienia co przez te ostatnie dwa lata.

Urszula Krajewska: – Rozmawialiśmy kilka dni przed lotem do Smoleńska. Dziwne, bo wcześniej unikałam takich tematów jak ognia. Zapytał, czy  dałabym radę, gdyby coś mu się stało. Powiedziałam, że tak. Co miałam powiedzieć? Paweł często bawił się z naszym synem. Przewalali się po  dywanie, robili jakieś dźwignie. Wtedy mnie to drażniło. Teraz sama to  robię, chociaż kompletnie się na tym nie znam. Nie wiem, jak się robi dźwignię. Ale się staram. Potrafiłam sama wnosić dwie ciężkie walizki na  trzecie piętro do mieszkania. Dlaczego? Bo on by tak zrobił. Mam dwoje dzieci i muszę je wychować. Dać im wszystko to, co miałyby, gdyby on żył. Był moim bohaterem. Nie chodzi mi tylko o to, jaką miał pracę. Był bohaterem codzienności. Mężem, tatą. Po jego śmierci to ja muszę zastąpić dzieciom tego bohatera.

Okładka tygodnika WPROST: 15/2012
Więcej możesz przeczytać w 15/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 11
  • Stanisław z Łęcznej   IP
    Szanowna pani matko Basi, szanowne matki pozostałych, szanowne rodziny. Cześć Polaków łączy się z wami w bólu i cierpieniu. TYLKO część bo pozostała zaślepiona polityką, uprawia swój taniec na grobach, fałszywy żal, fałszywe podejrzenia, fałszywe oskarżenia...
    • obywatel   IP
      łączymy się w bólu z wami - rodzinami ofiar katastrofy smoleńskiej. dla nas wszyscy, którzy zginęli byli ważni. nie tylko prezydent i politycy, wszyscy którzy tam lecieli na groby Polaków pomordowanych w Katyniu
      • Izkarioza   IP
        Na K.Przedmieściu, był apel poległych i wszyscy męczennicy smoleńscy zostali imiennie wezwani do raportu!
        • siostra   IP
          Ludzie dzisiaj zrozumieli że Kaczyński tylko mówi o swoim bracie ,a reszta załogi ,która razem zginęła nie jest wspominana,Kaczyński chce ciągle być na świeczniku,ale ludzie go już przejrzeli i mimo wezwań przez Kaczyńskiego nie przyszli,jest ich garstka.
          • wierzac.   IP
            Kaczynski niech sie zapyta biskupa Dziwisza,czy po chrzescjansku nie jest grzechem niekonczaca sie gorycz i zlorzeczenie,Smierc jest nasza ludzka czescia zycia .Ten wieczny zal i rozczarowanie
            nie nalezy do naszego porzadku katolickiego.Zadza zemsty.
            Kaczynski chce sie sprzeciwic woli Boga,jest czyms szczegolnym.
            Przeciez jest w takiej bliskiej koneksji z biskupami,czy oni nie staraja sie tego mu wyjasnic,uzdrowic duchowo.Jest jak obkakany.Przeciez kosciol ma na to sposoby.