Pozorny wybór Szumilas

Pozorny wybór Szumilas

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jak władza mówi, że sześciolatki poradzą sobie w szkołach, to… mówi. Ale  któż by się czepiał, skoro inni za władzą powtarzają? A jeśli wszyscy mówią to samo, to nie może być przecież inaczej. Ze spotkania w szkole żona wróciła załamana. Już w drzwiach oświadczyła, że noga naszego dziecka tam nie postanie. – A czemuż to? – zdziwiłem się. – Bo czeka ją tam porażka. Sama nauczycielka tak powiedziała, rozumiesz? – odparła, coraz mocniej nakręcając się własnymi słowami. Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało nam się oczywiste, że 1 września tego roku nasza sześcioletnia córka rozpocznie naukę w tej szkole. Takie było przecież założenie reformy wprowadzonej przez rząd Donalda Tuska. Niestety, sprawy się skomplikowały. W kampanii wyborczej premier zapowiedział przesunięcie reformy, a już po wyborach nowa minister edukacji Krystyna Szumilas wcieliła premierowskie słowo w życie. Sześciolatki obowiązkowo pójdą do szkoły dopiero w 2014 r. My zaś zyskujemy swobodę decyzji: od września szkoła albo zerówka. Tylko co to  za swoboda, skoro nasza Marta właśnie chodzi do obowiązkowej zerówki, podobnie jak pozostałe dzieci z jej rocznika? Miałaby ją powtarzać, mimo że radzi sobie bardzo dobrze? To trochę tak, jakby nie zdać do następnej klasy jeszcze przed rozpoczęciem poważnej edukacji. Pozostaje więc szkoła, która właśnie łaskawa była ostrzec nas, że w jej murach nasze dziecko czeka porażka. Jak wybrnąć z tej sytuacji? Korzystając z  zawodowych możliwości, postanowiłem podzielić się moim dylematem z samą panią minister. A oto co z tego wynikło. Dyrektor grozi dymisją Na feralne spotkanie w szkole zaproszeni zostali rodzice wszystkich sześciolatków w rejonie, który znajduje się na terenie warszawskiej Białołęki. To z demograficznego punktu widzenia jedna z młodszych dzielnic Warszawy. Wbrew ogólnemu trendowi tutaj nadal utrzymuje się dodatni przyrost naturalny. Można więc było się spodziewać zebrania w  dużym gronie. Skala przeszła jednak wszelkie oczekiwania: do niewielkiej szkoły przyszły tłumy. Na początek wizyta w oddziale przedszkolnym dla  zerówkowiczów. Urocze sale, ławeczki ustawione w kwadraty, dużo miejsca do zabawy. Kolorowo, przyjemnie, wręcz sielsko. Potem sale szkolne i  świetnie wszystkim znany reżim ławkowy. Sygnał ze strony dyrekcji jest wyraźny: szkoła to szkoła, czyli miejsce do nauki, a nie do zabawy. Dyrektor (młody, komunikatywny) informuje, że szkoła jest przygotowana do stworzenia od września siedmiu pierwszych klas, z czego tylko dwie przewidziane są dla sześciolatków. Tymczasem dzieci sześcioletnich w  rejonie jest aż trzysta! A tego szkoła oczywiście nie zdoła udźwignąć. Dyrektor jak tylko może zachęca więc rodziców, aby kierowali dzieci do  oddziału przedszkolnego. Tam łatwiej będzie się nimi zająć, choć ciasnoty również się nie uniknie. Pani psycholog roztacza przed rodzicami plastyczną wizję: wiosna, słońce za oknem, wasze dzieci tęsknie wyglądają, ale nie ma mowy o zabawie. Szkoła to obowiązki. Na  tym polega dojrzałość szkolna. Z kolei nauczycielka od nauczania początkowego tłumaczy, że dziecko musi umieć się skupić przez 45 minut. Ilu sześciolatków to potrafi? Pytanie jakby retoryczne. Jak dzieciak nie  dotrzyma kroku klasie, czekają go zajęcia wyrównawcze. Odczuje to jako osobistą porażkę – przestrzega nauczycielka. Sugestia jest wyraźna: o  indywidualnym podejściu do waszego dziecka mogą państwo zapomnieć. Jeśli uprzecie się i mimo to wybierzecie szkołę, klasy będą pękać w szwach, wolne krzesło w świetlicy stanie się luksusem, plan lekcji trzeba będzie rozpisać na trzy zmiany – a to oznacza lekcje do wieczora! Rodzice słuchają przerażeni. Któryś pyta dyrektora: – Co pan zrobi, jeśli mimo to większość sześciolatków zostanie zapisana do pierwszej klasy? – Pójdę na bezpłatny urlop albo złożę dymisję. – Jak w takim razie planowaliście przyjąć cały rocznik, skoro nawet jego część jest problemem? Ta reforma miała przecież wejść w życie już w tym roku! Dyrektor: – Następne pytanie proszę. MEN chce odzyskać reputację Piszę e-mail do biura prasowego Ministerstwa Edukacji Narodowej z prośbą o spotkanie z panią minister. Tłumaczę: „Mam sześcioletnią córkę. Od  dłuższego czasu miewam lęki i niepokoje. Sądzę, że konwencja rozmowy sfrustrowany rodzic – uspokajająca minister byłaby atrakcyjna dla  czytelnika, a zarazem korzystna z punktu widzenia polityki informacyjnej resortu”. To ostatnie jest aluzją do niedawnych problemów MEN. W  medialnych ocenach pierwszych stu dni nowego rządu Donalda Tuska minister Szumilas wymieniana była jako jeden ze słabszych punktów gabinetu. Krytykowano ją głównie za to, że resort nie potrafi rozproszyć obaw rodziców sześciolatków.Na domiar złego rzecznik MEN Grzegorz Żurawski właśnie odszedł w niesławie. Media wywlokły, że na zajęciach komunikacji społecznej ze studentami cynicznie zalecał manipulowanie informacjami, odciąganie uwagi mediów od istoty problemów, a w skrajnych wypadkach dopuszczał nawet posługiwanie się kłamstwem. Nowa rzecznik ministerstwa Joanna Dutkiewicz odpowiada niemal natychmiast. Chce się upewnić, czy naprawdę mam córkę i czy szkoła faktycznie jest przepełniona. Potwierdzam. – Może by więc pani minister odwiedziła tę  szkołę? Co pan redaktor o tym sądzi? – pyta rzeczniczka. Cóż, może to  być interesujące… Minister nie boi się reformy W poprzednim rządzie PO Krystyna Szumilas była wiceszefową MEN. Doświadczony samorządowiec, posłanka już czwartą kadencję. Temperamentu politycznego jednak za grosz. Uprzejma i cierpliwa, ani na moment nie  wychodzi poza rolę urzędnika. Zagajam: – Gdy usłyszałem od premiera Tuska, że moja córka nie będzie musiała iść od września do szkoły, uznałem, że to spóźnionadecyzja. Mała właśnie zaczęła zerówkę, więc odwrotu już nie ma. Minister Szumilas protestuje: – Nie, to nie jest pozorny wybór. Rodzice realnie zdecydują. Należy przede wszystkim widzieć różnice w wychowaniu przedszkolnym i szkolnym. Przedszkole to  czas przygotowania do podjęcia nauki czytania i pisania. Szkoła zaś to  już wejście w świat liter i cyfr. Pomocą dla pana powinna być diagnoza sformułowana w przedszkolu. Jeżeli dziecko dobrze funkcjonuje w grupie, potrafi skupić uwagę i zadawać pytania, a także wykonywać zadania zlecane przez nauczycieli – dobrze byłoby wykorzystać te umiejętności i  pójść krok dalej. Czyli rozpocząć edukację szkolną. Tak się składa, że  dopiero co odebrałem z przedszkola taką diagnozę. Wynika z niej, że  córka jak najbardziej nadaje się do szkoły. Jednak trudno zbagatelizować apokaliptyczne wizje snute przez dyrekcję szkoły. – Czy MEN przekazało do szkół wytyczne, co mówić rodzicom? – pytam. – Rozmawiałam z wieloma dyrektorami i nauczycielami. Są pozytywnie nastawieni do reformy. Organizują spotkania z rodzicami, w trakcie których pokazują, że ich szkoły są przygotowane do przyjęcia sześciolatków. Zresztą już teraz w  90 proc. polskich szkół są dzieci sześcioletnie. „Pozytywnie nastawieni”? W takim razie chyba już czas zrelacjonować pani minister przebieg spotkania w „mojej” szkole. Aby niczego nie pokręcić, mam przed sobą notatki żony. Krystyna Szumilas słucha niewzruszona. Na koniec komentuje: – Pan dyrektor z pewnością ma możliwość rozwiązania problemu. Jeżeli w jego szkole jest oddział przedszkolny, nic nie stoi na  przeszkodzie, aby zorganizować tam dodatkową klasę szkolną. Po to  właśnie wprowadzamy nowy sposób myślenia o edukacji wczesnoszkolnej, aby  oderwać się od obrazu szkoły, który sami mamy w pamięci. Dziecko w  pierwszych klasach ma prawo uczyć się swoimi metodami, mając w klasie nie tylko ławki, ale i zabawki. – Dzwonek konieczny? – dopytuję (zdaje się, że w „mojej” szkole obowiązuje wszystkie klasy). – Od bardzo dawna w klasach I-III dzwonki nie obowiązują. To nauczyciel powinien decydować, kiedy dzieciom potrzebna jest przerwa. – A to ciekawe – ironizuję – bo na zebraniu nauczycielka mówiła przede wszystkim o  obowiązkach dziecka i oświadczyła, że jak dziecko nie podoła, to czeka je porażka. – Nie, panie redaktorze. Rolą nauczyciela jest tak poprowadzić lekcję, aby dzieci w jego klasie czyniły postępy. Jeśli dziecko ponosi porażkę, jest to porażka nauczyciela. Miło słyszeć, choć to tylko słowa. Zresztą zrzucenie odpowiedzialności na konkretną szkołę byłoby przecież ucieczką od problemu. To nie wina dyrektora, że brakuje mu miejsca i możliwości, aby przyjąć wszystkie dzieciaki z rejonu. Być może z premedytacją postraszył rodziców, aby choć część problemu mieć z  głowy. Skądinąd szkoła ma w okolicy świetną opinię. – Zdaję sobie sprawę, że są różne szkoły – tłumaczy minister Szumilas. – Wielu z nich ubywa uczniów, ale niektórym przybywa. Zwłaszcza tam, gdzie buduje się dużo mieszkań i nie nadąża za tym rozwój infrastruktury. To samorząd zobowiązany jest do zorganizowania edukacji na swoim terenie. Na tym poziomie tworzy się lokalne strategie demograficzne. O reformie wieku szkolnego wiadomo już zresztą od trzech lat i był to czas dany samorządom na przygotowanie szkół. A kto panu powiedział, że są jakieś problemy? Dwie godziny później telefon od rzeczniczki MEN. Potwierdza, że jutro rano pani minister złoży w szkole wizytę. Mniej oficjalnie dodaje, że  dyrektor wpadł w popłoch i sugeruje, aby może nie podawać w artykule, która to szkoła. Uspokajam, że nie zamierzam tego robić. Chodzi przecież o problem, a nie szukanie kozła ofiarnego. Nazajutrz z rana ministerialny samochód faktycznie przybywa pod budynek szkoły. Współpracownicy pani minister taszczą pokaźny wór z piłkami. To prezent dla szkoły. Oczywiście zwyczajowy spacer po szkole. Odwiedzamy oddział przedszkolny, potem pierwsze klasy. Krystyna Szumilas sama kiedyś uczyła matematyki, ale w kontakcie z dziećmi wydaje się nieco sztywna. W końcu siadamy do kilku połączonych stołów: minister, grono jej współpracowników, dyrekcja szkoły, zastępca burmistrza Białołęki Piotr Jaworski, pani przedstawiająca się jako matka. Dyrektor szkoły spokojnie tłumaczy, że sytuacja jest pod pełną kontrolą. Z jego analiz wynika, że  50-60 proc. rodziców sześciolatków zdecyduje się skierować dzieci do  pierwszych klas. Tak było w bieżącym roku szkolnym i w nadchodzącym z  pewnością nie będzie inaczej. A to oznacza, że szkoła jest przygotowana na przyjęcie do pierwszych klas ok. 150 dzieci sześcioletnich. – A jeśli ten odsetek będzie wyższy? – pytam. – W tym roku każdy sześciolatek po  raz pierwszy będzie już miał przecież za sobą zerówkę. Dyrektor jest niewzruszony, pytanie chyba jest nie na miejscu. Szkoła oczywiście i z tym sobie poradzi: – Nauczyciele są przygotowani merytorycznie, sale dobrze wyposażone, nie ma trudności lokalowych – odpowiada. – To dlaczego zniechęcacie rodziców do posyłania dzieci do pierwszych klas? – replikuję. – Wręcz przeciwnie. Organizujemy spotkania z  rodzicami, bo chcemy być transparentni. Nie wiem, dlaczego ktokolwiek mógł odebrać to jako straszenie. A pan w ogóle był na zebraniu? Czuję narastającą bezsilność. Wytaczam ostatnią armatę: – A czy to prawda, że  jeżeli liczba dzieci przekroczy planowane 150, szkoła wprowadzi system trójzmianowy z lekcjami do wieczora? Odpowiedź jest wymijająca. Chwilę później burmistrz Piotr Jaworski postawi kropkę nad i: – Jesteśmy samorządem, który przygotowuje się do reformy wyjątkowo intensywnie. Do 2014 r. oddamy do użytku trzy nowe szkoły. Dlatego namawiamy jak najwięcej rodziców, aby posyłali swe dzieci do pierwszych klas, a nie do zerówek. Taki jest sens tej reformy. Pani minister z  aprobatą kiwa głową. Potem jeszcze wpis do szkolnej księgi pamiątkowej i  czas wracać. Obowiązki przecież gonią. Chwilę stoję jeszcze pod szkołą, zastanawiając się, kto tu kogo zrobił w balona. Na razie złożyliśmy aplikację do szkoły społecznej. Znacznie dalej od domu, trzeba płacić czesne, a co gorsza, chętnych więcej niż miejsc. Ale przynajmniej nie  mamy wątpliwości, że nasza córka naprawdę będzie tam mile widziana.
Więcej możesz przeczytać w 10/2012 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0

Czytaj także