Tydzień kultury polskiej

Tydzień kultury polskiej

Dodano:   /  Zmieniono: 
Zgodnie z zasadą, że festiwale muzyczne muszą się odbywać w każdym polskim mieście, w Warszawie miał miejsce Warsaw Orange Festival. Wystąpili głównie artyści lubiani w latach 90., m.in. The Prodigy i Lauryn Hill. Szkoda, że nagłośniono ich również jak w latach 90., gdy na koncerty najlepiej było chodzić z walkmanami, aby nie tylko popatrzeć na gimnastykującego się wykonawcę, ale też czegoś posłuchać. Organizator tłumaczy się, że warszawska Pepsi Arena niespecjalnie nadaje się na koncerty, bo ma fatalną akustykę. Widocznie musiał zrobić na niej festiwal, aby się o tym dowiedzieć.

Fala aresztowań polskich muzyków zaczęła się na dobre. Najpierw za posiadanie marihuany zwinięto z koncertu zespół Jamal, natomiast teraz zarzuty – za posiadanie trzech gramów tej tak zbrodniczej substancji – usłyszy Olga Jackowska, czyli Kora. Absurd tej sytuacji wymyka się komentarzowi. Tym bardziej że tak wielu polskich muzyków w tym kraju należałoby aresztować za posiadanie takiego, a nie innego dorobku artystycznego.

Jest już pewne, że nową, pierwszą od bodaj siedmiu lat powieść wyda Dorota Masłowska, która przyznała się do tego w wywiadzie dla „Polityki”. Przez te siedem lat, kiedy autorka „Wojny polsko-ruskiej” napisała jedynie dwa – kapitalne – dramaty, zastępy polskich literatów wypreparowały setki książek, którymi nawet nie da się porządnie rozpalić grilla. Ale jak mawiali św. Augustyn i Clint Eastwood, sprawiedliwości musi stać się zadość. Premiera – podobno – na jesieni.

Cieszę się, naprawdę się cieszę, że portal Tuba.pl przybliżył mi sylwetkę tego dziwnego gościa, który na otwarciu Euro udawał, że jest DJ-em, podskakując przed konsoletą w okularach przeciwsłonecznych. Okazuje się, że nazywa się DJ Karmatronic i pochodzi z Włoch, gdzie jest wielką gwiazdą. Ja dałbym głowę, że nazywa się Sebastian, pochodzi z Mierzejek Dolnych, gdzie jest rezydentem lokalnej dyskoteki o nazwie Sahara. No, ale dlaczego dziennikarze z Tuby mieliby kłamać.

Ostatnio wszystkie tabloidy żyły wielką i nagłą miłością Agnieszki Włodarczyk z tym aktorem serialowym, który gra mniej więcej tak dobrze jak mój kot pod narkozą i wygląda jak barman w kazachskiej dyskotece. Aha, już wiem jak on się nazywa Mikołaj Krawczyk. Jak pisze „Party”, para ma podobno nagrać razem płytę. Czy będzie to dzieło równie wstrząsające jak ta płyta Lennona i Yoko Ono, na której oboje po prostu wołali do siebie przez 20 min, nie wiadomo.

24 czerwca w Krakowie odbędzie się koncert „Whitney Houston symfonicznie”, na którym, co raczej oczywiste, Whitney Houston nie wystąpi. Wystąpi za to orkiestra, chór i ośmiu solistów którzy wykonają piosenki śp. artystki. Organizatorzy eventu – agencja Royal Art i dyrygent Mikołaj Blajda – niedawno odwinęli podobny numer z symfonicznym brakiem Michaela Jacksona. No cóż, taktyka biznesowa genialnie prosta, a biorąc pod uwagę, że niedawno z tego świata odeszli Robin Gibb i Donna Summer – przed nami jeszcze wiele oszałamiających spektakli.

25 lat temu umarł Stanisław Bareja, reżyser filmów, które wszyscy znają, wszyscy widzieli i nie ma co nawet przypominać ich tytułów. Zgadza się, że dialogów i bon motów z jego najsłynniejszych filmów można mieć już dosyć, bo sypie nimi jak z rękawa pół Polski, ale nie da się ukryć, że to właśnie w filmach Barei, nie Kutza, Zanussiego czy Kieślowskiego, przeciętny Polak znalazł portret otaczającej go rzeczywistości, i wciąż w niego wierzy. I dlaczego ma nie wierzyć? Ryszard Ochódzki żyje i ma się świetnie. Ostatnio robi w autostradach.

Krzysztof „K.A.S.A.” Kasowski, znany z hitów „Reklama” i „Maczo”, powrócił z nową płytą, a co ciekawsze, wrócił też z powieścią. Dzieło pod tytułem „Kontrakt” opowiada o muzyku, który na własne życzenie wpada w piekło polskiego szołbiznesu, podpisując kontrakt z diabłem. Ja kompletnie tego nie kupuję, bo w polskim szołbiznesie nie ma żadnego diabła. A nawet jeśli jest, to ma wąsy, wschodni akcent, jest non stop naćpany oszukaną kokainą, a latem do klapek zakłada białe skarpety.

ZŁO TYGODNIA

w zawodzie polskiego celebryty nie jest różowo. Patrycja Kazadi wyznała, że sława nad Wisłą to rujnująca inwestycja. Kiecka, makijaż i tak dalej to koszt prawie trzech tysi, a na imprezach nie ma tak jak za granicą, że dają prezent. Po imprezie oddaje kieckę do wypożyczalni, a w kawalerce dzieli po ciemku ostatnie warzywa na patelnię na pół, by było jutro na obiad i kolację. Dobra, to ostatnie to moja inwencja, ale wierzę, że tak jest. Wierzę i współczuję.

Więcej możesz przeczytać w 25/2012 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0

Czytaj także