Dramatyczny deficyt demokracji

Dramatyczny deficyt demokracji

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kiedy – mimo EURO 2012 – czytam prasę zachodnią, ale także polską, słyszę dwa sprzeczne głosy w sprawie naprawy wciąż pogarszającej się sytuacji gospodarczej: lepiej pilnować budżetów i oszczędzać albo inwestować za wszelką cenę i pobudzać rozwój gospodarczy. Nie wierzę zwolennikom ani pierwszego stanowiska, ani drugiego, tym bardziej że ci, którzy uważają zbilansowanie budżetu za cel najważniejszy, niedawno za taki cel uważali wzrost, który bez inwestycji ani stymulowania gospodarki nie może się dokonać. Ekonomiści i pokrewni eksperci pogubili się i nie mają nic mądrego do powiedzenia, a ich stanowcze poglądy świadczą o równie stanowczej bezmyślności. Bowiem z zaklętego kręgu wzrostu świadczeń państwowych i zmniejszania się wpływów do budżetu nie ma wyjścia, które mogliby wymyślić specjaliści od gospodarki.

Trzeba zatem się zwrócić do polityków, bo to rzekomo oni w demokracji decydują. Jednak politycy albo słuchają się ekspertów, albo sami mają się za ekspertów, jednak nie od polityki, lecz od gospodarki. Wystarczy poobserwować działania kanclerz Angeli Merkel czy obietnice wyborcze i pierwsze próby ich realizacji dokonywane przez François Hollande’a. Albo budżet, albo wzrost. To jest całkowicie nonsensowne i niemal na pewno fatalne w skutkach postawienie sprawy. To jest myślenie z drugiej połowy XX w., a nawet z lat 60. i 70. Podobnie jest z pomysłami szlachetnych, ale całkowicie anachronicznych zwolenników odrodzenia lewicy jak Tony Judt czy Michael Walzer. Sami wiedzą, że lewicy praktycznie nie ma albo że nie ma ona nic do zaproponowania, chociaż słusznie krytykują błyskawicznie narastające na całym Zachodzie nierówności społeczne. Jednak z tego zaczarowanego kręgu dominacji gospodarki neoliberalnej lewica nie znajduje i nie znajdzie wyjścia, bo droga nie prowadzi do odrodzenia ideałów solidarności i spójności społecznej, a tym bardziej sprawiedliwości. Tego się nie dokona za pomocą krytyki stanu bieżącego, rzeczywiście gorszego, niż się nam zdaje, a tym bardziej za pomocą apeli i pięknych słów. Pieniądze już zjadły i zabiły słowa. Pieniądze nami rządzą, a są one możliwie najdalej od demokracji.

Słyszymy wreszcie, że jest to kryzys demokracji. Jedni się zgadzają, drudzy nie. Należę do tych, którzy się nie zgadzają, gdyż nie może być kryzysu czegoś, co nigdy zgodnie ze wzorem, celem i ideałem nie zaistniało. Przez kilkadziesiąt lat po II wojnie światowej sądzono, że demokracja jest już spełniona, po 1989 r. wydawało się, że ogarnęła cały Zachód, a niedawna arabska wiosna sprawiła, że entuzjaści głosili, iż wkrótce ogarnie niemal cały świat.

Na czym jednak polegała triumfująca demokracja pierwszych dekad po wojnie i co potem upowszechniano? Najważniejsze były trzy czynniki: wolne wybory, gwarancje praw obywatelskich oraz niezły poziom dobrobytu i szeroko rozumianych świadczeń państwowych (edukacja, zdrowie, emerytury itd.). Było to niezwykle dużo na tle okresu międzywojennego i na tle całej historii ludzkości i trzeba to wysoko cenić, ale nie była to demokracja zrealizowana. Rozwój demokracji zatrzymał się lub zatrzymali go politycy niekoniecznie zgodnie współpracujący, ale współpracujący de facto z wielkimi pieniędzmi. Prawa polityczne obywateli skończyły się na poziomie wyborów. Wielki spór, jaki toczył się i toczy (już być może za późno) o kształt wspólnoty europejskiej, dotyczył przede wszystkim deficytu demokracji w tym organizmie. Najwybitniejsi filozofowie polityczni, przede wszystkim Francuzi i Anglicy, protestowali przeciwko takiej Unii Europejskiej. Uznano to za wybryk, lub za wypadek przy pracy, jak na siłę powtarzane w kilku poważnych europejskich krajach referenda dotyczące w istocie akceptacji Unii Europejskiej w obecnej postaci, i z ulgą przyjmowano, że się w końcu udało zaszantażować społeczeństwa narodowe. Jednak się nie udało, to był tylko sukces demokracji wyborczej, czyli nic nowego i nic twórczego. Jeżeli teraz ktoś udaje, jak zwolennicy lewicy, że to wszystko przewidział, to po prostu kłamie. Przewidzieli to 20, 30 lat temu mądrzy ludzie, ale ich nikt nie słuchał. W euforii wzrostu i poszerzania praw człowieka zapomniano o takich filarach demokracji jak reprezentacja, partycypacja czy sprawiedliwość.

Należę do zwolenników poglądu, że nie ma kryzysu demokracji, tylko że jest jej dramatycznie za mało. Politycy tego nie rozumieją, a intuicyjnie (choć destruktywnie) pojmowała to już młodzież w 1968 r. w Europie i Ameryce. Jeżeli zatem można formułować dziś postulaty – choć trzeba będzie długo czekać, zanim zostaną wysłuchane – to domagajmy się prawdziwej reprezentacji, czyli żeby poseł był naprawdę posłem narodu, partycypacji, czyli radykalnie zwiększonych uprawnień samorządu i społeczeństwa obywatelskiego, oraz sprawiedliwości, czyli umiejętnej interwencji państwa w stosunki społeczne. Tu nie chodzi o budżet ani wzrost – chodzi o demokrację, czyli o życie.
Więcej możesz przeczytać w 25/2012 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0

Czytaj także