Zwalniamy

Dodano:   /  Zmieniono: 4
Dobrze, że zapał związany z Euro 2012 – mimo porażki Polaków – nie gaśnie. W gospodarce optymizm się przydaje. To chwilowe uniesienie dotyczy głównie konsumentów, ale już nie przedsiębiorców, którzy stąpają twardo po ziemi. Ten klimat nie będzie jednak trwać wiecznie i po pierwszych nowożytnych igrzyskach w naszym kraju czeka nas codzienność. A tu z coraz większą siłą będziemy odczuwać skutki zawirowań w Europie.

To, że europejska gospodarka, a co za tym idzie, i polska, zwalnia, widać gołym okiem: coraz głębsza recesja na południu Europy, wyhamowanie dynamiki niemieckiego eksportu i w konsekwencji spowolnienie polskiego handlu zagranicznego oraz wolniejsza dynamika produkcji przemysłowej. Do tego perspektywa znacznie mniejszych niż w przeszłości kwot ze środków unijnych na inwestycje w polską infrastrukturę. Szczyt naszych możliwości w tym zakresie obserwujemy teraz, w drugim kwartale tego roku. A z kwartału na kwartał będzie tych inwestycji coraz mniej. Nie będzie też eksplozji konsumpcji, bo nie ma się ona z czego brać, zważywszy na uporczywie wysoką inflację, zjadającą znaczną część wzrostu płac. Nie ma w tym nic dziwnego, można powiedzieć, że świadczy to dobrze o gospodarce i rozsądku konsumentów – nie popadają w hurraoptymizm, gdy świat zwalnia. Konsumpcja będzie wciąż podstawą wzrostu gospodarczego, ale będzie mniejsza niż w poprzednim roku. Po konsumpcji cała nadzieja w inwestycjach prywatnych, które rosną, ale wolniej, niż można by oczekiwać, sądząc zarówno po nadpłynności polskich firm, jak i poziomie wykorzystania mocy produkcyjnych. Czarne chmury, które zawisły nad Europą, nie sprzyjają odważnym decyzjom inwestycyjnym, zwłaszcza tym poważniejszym, a wyhamowanie niemieckiej dynamiki eksportu to zdecydowanie argument za tym, by poczekać. No i na koniec zyskowność polskiego eksportu, która powinna się utrzymać ze względu na słaby kurs naszej waluty. W sumie jednak, zebrawszy te komponenty razem, trudno mówić o ekspansji gospodarczej, raczej o podtrzymywaniu wzrostu.

Co to oznacza dla przeciętnego obywatela? Poprawa będzie coraz wolniejsza, a przyrost zamożności w najbliższym okresie ograniczony. Bezrobocie będzie rosło, ze względu na wolniejsze tempo inwestycji publicznych i brak szans na wzrost prywatnych. Czekają nas trochę trudniejsze czasy, ale jeśli w Europie rozwój sytuacji gospodarczej nie ulegnie nagłemu pogorszeniu, to tragedii też nie będzie. Będzie po prostu wolniej, z mniejszymi, niż to obecnie się planuje, dochodami do budżetu i rosnącą presją na ograniczanie publicznych wydatków inwestycyjnych.

No właśnie, niedawno rząd przyjął założenia makroekonomiczne do budżetu na przyszły rok. Przyznam, że wyglądają one już dziś na nieco zbyt optymistyczne. Sytuacja jest co prawda dynamiczna, ale jak na razie to perspektywy wzrostu w Europie się pogarszają, a czynniki krajowe w przyszłym roku nie będą już tak sprzyjające jak do niedawna. We wrześniu, kiedy będzie przyjmowany ostateczny projekt budżetu na 2013 r., prognozy te będą musiały być zrewidowane w dół. Prawdopodobnie do poziomu około 2 proc., przy wyższym poziomie bezrobocia niż 13 proc. i wolniejszym przyroście płac, niż obecnie prognozuje rząd. Nie jest to oczywiście zasadnicza różnica, główna rozbieżność dotyczy kierunku. Rząd spodziewa się, że w 2013 r. gospodarka w porównaniu z tym rokiem przyspieszy, podczas gdy w mojej ocenie należy się spodziewać pogorszenia. To, czy gospodarka będzie zwalniała, czy przyspieszała, ważne jest dla firm i konsumentów. Nie ma sensu sztucznie podgrzewać optymizmu, bo zderzenie z rzeczywistością może się okazać zbyt bolesne. Nie chodzi o to, aby straszyć, tylko o to, by przewidzieć prawdopodobny scenariusz.

Dobrze, że premier wspomina o wariancie B, na wypadek gdyby doszło do paniki rynkowej np. z powodu wyjścia Grecji ze strefy euro, zamrożenia rynku kredytowego w Hiszpanii albo utraty dostępu do płynności przez Włochy. Prawdopodobieństwo wystąpienia tych scenariuszy wciąż nie jest bardzo wysokie, ale też nie jest zerowe. Wariant B musi być więc już teraz dopracowany. Po doświadczeniach Lehman Brothers wiemy, jak ważne jest szybkie podejmowanie właściwych strategicznie decyzji. Mam nadzieję, że plan B nie sprowadza się do podwyżki składki rentowej, całkowitej likwidacji OFE i podwyżki VAT. Znacznie lepiej byłoby mieć w zanadrzu projekt uelastycznienia rynku pracy, zasadniczego przyspieszenia procesu deregulacji (nie tylko zamkniętych zawodów), wstrzymania wszelkich podwyżek powyżej wzrostu cen – płacy minimalnej, płac i emerytur. Nie brzmi to może zbyt atrakcyjnie, ale przynajmniej działa. Plan B ma być skuteczny, a nie atrakcyjny.
Więcej możesz przeczytać w 26/2012 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.