Skazani na trwanie

Skazani na trwanie

Dodano:   /  Zmieniono: 3
Kamil Durczok
Groźba jest silniejsza niż ruch. Premier starą szachową zasadę z pełną konsekwencją testuje na koalicjancie. Najpierw grillował PSL, każąc Pawlakowi z mediów dowiadywać się, że na razie to on, szef rządu, będzie pilnował resortu rolnictwa.
Potem uznał, że warto partnerom przypomnieć, iż nic nie trwa wiecznie, a stare dobre małżeństwo też może się rozstać. Wreszcie dał Sawickiemu ponad tydzień na wylanie łez po utracie stołka – i to w dość upokarzającej roli ministra czekającego na kwit ze zwolnieniem. Na deser było jeszcze 10-dniowe rządzenie losem polskich rolników. Choć ciekawe pewnie byłoby dokładniejsze sprawdzenie, na czym to ministrowanie premiera dokładnie polegało. Pewnie na niczym. Kino? Oczywiście, że tak. Ale ślizgających się po progu wyborczym ludowców na tupnięcie nóżką w tej sytuacji nie stać.

PSL jest na zakręcie. Kasy jak na lekarstwo, medialny walec gniecie bezlitośnie, wyborcy dowiadują się, że w załatwianiu roboty swoim ludowcy wciąż są bezapelacyjnie najlepsi. Do tego sondaże pokazują zjazd, jakiego dawno nie było. Litania tłumaczeń i trików na poprawę humoru wciąż ta sama. „Nasz elektorat docenia, jak się dba o swoich”. To argument cichy, choć ważny i częsty. PSL nie mówi o nim głośno, bo to PR-owskie samobójstwo. Ale po cichu i we własnych szeregach słychać go zdumiewająco często. Kłopot w tym, że jest tyle bezczelny, co nieprawdziwy. „Sondaże nigdy nam nie sprzyjały”. Prawda. Ale dawno też nie było takiej afery jak ta, której symbolem jest Elewarr. Ochotnicza Straż Pożarna to jednak całkiem inna bajka niż państwowe spółki, pełne kolesiostwo, i pan Śmietanko, którego pensja wypłacana z publicznych pieniędzy kłuje w oczy i wścieka tych, którzy na polskiej wsi kokosów raczej się nie dorobili.

W tej sytuacji sondażowy zjazd o 5 punktów wprost pod próg wyborczy zaskakiwać nie może. I przypadkowy nie jest. Wreszcie nieśmiertelny tekst o wojnie miasta ze wsią. Chwytliwy, obliczony na chłopski kompleks, od zawsze wygłaszany ze świętym, często autentycznym oburzeniem na twarzy. Ale i on nie ma dziś dawnej siły. Granica między miastem a wsią jest dziś zatarta bardziej niż kiedykolwiek. Część wsi dorabia w miastach. Miastowi wynoszą się na wieś albo mają tam swoje domy. Komunikacja społeczna to dziś inna bajka niż w czasach, kiedy gra na podziały miała solidną siłę rażenia. Krótko mówiąc, pograć tym jeszcze można, ale jak mawia młodzież – ta ze wsi także – szału nie ma.

Ludowcy mają o czym myśleć. Jeszcze trochę poharcują, jeszcze powymachują szabelką, jeszcze wykrzyczą Tuskowi: Kalemba albo nikt inny, a na końcu będą musieli uznać, że zrywanie koalicji w ich sytuacji to polityczna śmierć. Ale kłopot ma też premier. Wie, że tak naprawdę na chłopów jest skazany. Niezależnie, ile razy użyłby jeszcze magicznej formuły o „granicy kompromisu”, zdaje sobie sprawę, że za nią są już tylko przedterminowe wybory. Ruch fatalny, nikomu niepotrzebny, a co najistotniejsze – kompletnie nic nikomu niedający. Dziś z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że albo układ sił po szybszej elekcji pozostałby niezmieniony, albo PSL nie wchodzi do Sejmu i Tusk musi się układać z Millerem lub Palikotem. Perspektywa dla Platformy fatalna, badania pokazują, że o takiej koalicji może i marzą wyborcy SLD i Ruchu Palikota, ale elektorat PO byłby tym silnie zniesmaczony. Lepszy więc marudzący dla zasady, ale lekko wystraszony Pawlak niż walczący o każdy stołek Miller. Bądź nieprzewidywalny – zwłaszcza kadrowo – Palikot. Zatem – koalicja trwa. I trwa mać! A przed nami jeszcze sporo opowieści z taśmy...
+
 3

Czytaj także