Kiedyś cała Polska czytała dzieciom. Teraz cała Polska biega. I bardzo dobrze. Pytanie: kto na Polaków bieganiu zarabia, stawia Mladen Petrov, dziennikarz „Bloomberg Businessweek Polska”.
Na wiosnę coś w miastach się zmienia. Coraz więcej Polaków zamiast do stołówki na schabowego biegnie do parku, gdzie niespiesznie truchta alejkami. W końcu ruch to zdrowie (opowieść o maratończyku, którego dopadł zawał, odłóżmy chwilowo na bok). To też najtańszy sport ? można biegać nawet na bosaka (to już ma na zdrowie wpływ podwójny, bo przy okazji w sposób naturalny masujemy stopy).
Bieganie w parkach, po lesie czy po chodnikach jest darmowe. Inaczej jest, gdy w szlachetnej rywalizacji chcemy zmierzyć się już nie z samym sobą, ale z kilkoma tysiącami innych biegaczy. Oferta jest spora: do wyboru mamy biegi 5- i 10-kilometrowe, półmaraton, a nawet klasyczny maraton (42 km i 195 m!). Publiczność oklaskami wyraża szacunek dla wszystkich, którzy w takich zawodach startują (mnie też, dziękuję). Widok kilku tysięcy biegaczy w jednakowych koszulkach fruwających po ulicach Warszawy i innych polskich miast jest piękny. Sam start jest niestety płatny. Każdy uczestnik musi zapłacić ? średnio od 60 do 80 zł ? za swoją (wątpliwej jakości) koszulkę, numer startowy i torbę... z materiałami promocyjnymi sponsorów.
Zgadzam się, organizowanie imprezy dla kilku tysięcy ludzi musi kosztować. Dobrze więc, że znajdują się hojni sponsorzy. To zazwyczaj znane światowe marki, ale także... sami biegacze. Szkoda tylko, że zawodnicy, nawet jeśli nie są zadowoleni z organizacji imprezy (spytajcie o to tych, którzy kilka godzin czekali na odbiór pakietu startowego do zeszłorocznego biegu Biegnij, Warszawo w Pałacu Kultury i Nauki), nie zadają sobie fundamentalnego pytania: 'Za co ja właściwie płacę?'.
Pewne jest to, że nasze środki nie idą na cele charytatywne. Najwyraźniej nic z dochodów (w półmaratonie warszawskim w ubiegłą niedzielę wystartowało ponad 8 tys. uczestników, cena za uczestnictwo po 19 marca to wydatek rzędu 160 zł!) nie zostało przeznaczone na taką działalność. No, chyba że organizatorzy są na tyle skromni, że wolą nie afiszować się ze swoją działalnością w słusznej sprawie. Jeśli jednak to drugi scenariusz jest prawdziwy, chętnie o tym, na co jest wydawane wpisowe, poinformujemy.
O tym, że bieganie nie musi być celem samym w sobie, przekonałem się w ubiegłym roku w Londynie. Na mecie jednego z tamtejszych półmaratonów czekałem na moją znajomą Tinę. Wszyscy zawodnicy ? ponad 17 tys. osób ? biegali dla walki z rakiem. Czyli: płacisz, biegasz i wiesz, co się z twoimi pieniędzmi dzieje. ? Na Zachodzie nikt nie biega ot tak, po prostu ? wyjaśniła mi Tina, która zapowiedziała, że w kwietniu pobiegnie po raz pierwszy w londyńskim maratonie. Trenuje i już zbiera środki ? do dnia startu, 22 kwietnia, chce uzbierać 1,8 tys. funtów (a ma już 1,2 tys.), które przekaże organizacji pomagającej dzieciom. Nie robi tego sama ? znajomi wierzący w jej sukces (rozumiany zgodnie z duchem olimpijskim: liczy się sam start, nie wynik) wpłacają drobne sumy na konto założone na stronie internetowej organizatora maratonu, który ze swojej strony również przekazuje część przychodów na wybrany cel charytatywny.
W Polsce też są ludzie tacy jak Tina. Kolejny mój znajomy przebiegł po raz pierwszy całą trasę warszawskiego maratonu dwa lata temu. Zebrał przy tym ponad 15 tys. euro na sprzęt medyczny dla jednego z warszawskich szpitali. To, że ów kolega ma wpływowych znajomych, w osiągnięciu tego celu na pewno nie przeszkodziło. A już na pewno nie przeszkodziło to, że jako Brytyjczyk wie, iż w bieganiu po ulicach z numerkiem na plecach chodzi o coś innego niźli samo tylko bieganie.
Pozostaje mieć nadzieję, że takich jak on, biegaczy z misją, będzie więcej. Nie chcę być pesymistą, ale wydaje mi się, że na zacieśnienie więzi między organizatorami maratonów a organizacjami charytatywnymi musimy jeszcze poczekać.
P.S. Aby uciec od narzekania: 8 września w Warszawie odbędzie się kolejna impreza ? Wyścig Szczurów. Zasady tego krótkiego biegu są proste: przychodzisz w garniturze (albo garsonce) i w adidasach. Każda drużyna składa się z czterech zawodników ('szczurów') ze świata korporacji, mediów itd. Cały dochód z imprezy (wpisowe dla drużyny wynosi 400 zł) przeznaczony jest na cele charytatywne, w tym stypendia dla osób niepełnosprawnych. Zapisy ruszą niebawem.
Bieganie w parkach, po lesie czy po chodnikach jest darmowe. Inaczej jest, gdy w szlachetnej rywalizacji chcemy zmierzyć się już nie z samym sobą, ale z kilkoma tysiącami innych biegaczy. Oferta jest spora: do wyboru mamy biegi 5- i 10-kilometrowe, półmaraton, a nawet klasyczny maraton (42 km i 195 m!). Publiczność oklaskami wyraża szacunek dla wszystkich, którzy w takich zawodach startują (mnie też, dziękuję). Widok kilku tysięcy biegaczy w jednakowych koszulkach fruwających po ulicach Warszawy i innych polskich miast jest piękny. Sam start jest niestety płatny. Każdy uczestnik musi zapłacić ? średnio od 60 do 80 zł ? za swoją (wątpliwej jakości) koszulkę, numer startowy i torbę... z materiałami promocyjnymi sponsorów.
Zgadzam się, organizowanie imprezy dla kilku tysięcy ludzi musi kosztować. Dobrze więc, że znajdują się hojni sponsorzy. To zazwyczaj znane światowe marki, ale także... sami biegacze. Szkoda tylko, że zawodnicy, nawet jeśli nie są zadowoleni z organizacji imprezy (spytajcie o to tych, którzy kilka godzin czekali na odbiór pakietu startowego do zeszłorocznego biegu Biegnij, Warszawo w Pałacu Kultury i Nauki), nie zadają sobie fundamentalnego pytania: 'Za co ja właściwie płacę?'.
Pewne jest to, że nasze środki nie idą na cele charytatywne. Najwyraźniej nic z dochodów (w półmaratonie warszawskim w ubiegłą niedzielę wystartowało ponad 8 tys. uczestników, cena za uczestnictwo po 19 marca to wydatek rzędu 160 zł!) nie zostało przeznaczone na taką działalność. No, chyba że organizatorzy są na tyle skromni, że wolą nie afiszować się ze swoją działalnością w słusznej sprawie. Jeśli jednak to drugi scenariusz jest prawdziwy, chętnie o tym, na co jest wydawane wpisowe, poinformujemy.
O tym, że bieganie nie musi być celem samym w sobie, przekonałem się w ubiegłym roku w Londynie. Na mecie jednego z tamtejszych półmaratonów czekałem na moją znajomą Tinę. Wszyscy zawodnicy ? ponad 17 tys. osób ? biegali dla walki z rakiem. Czyli: płacisz, biegasz i wiesz, co się z twoimi pieniędzmi dzieje. ? Na Zachodzie nikt nie biega ot tak, po prostu ? wyjaśniła mi Tina, która zapowiedziała, że w kwietniu pobiegnie po raz pierwszy w londyńskim maratonie. Trenuje i już zbiera środki ? do dnia startu, 22 kwietnia, chce uzbierać 1,8 tys. funtów (a ma już 1,2 tys.), które przekaże organizacji pomagającej dzieciom. Nie robi tego sama ? znajomi wierzący w jej sukces (rozumiany zgodnie z duchem olimpijskim: liczy się sam start, nie wynik) wpłacają drobne sumy na konto założone na stronie internetowej organizatora maratonu, który ze swojej strony również przekazuje część przychodów na wybrany cel charytatywny.
W Polsce też są ludzie tacy jak Tina. Kolejny mój znajomy przebiegł po raz pierwszy całą trasę warszawskiego maratonu dwa lata temu. Zebrał przy tym ponad 15 tys. euro na sprzęt medyczny dla jednego z warszawskich szpitali. To, że ów kolega ma wpływowych znajomych, w osiągnięciu tego celu na pewno nie przeszkodziło. A już na pewno nie przeszkodziło to, że jako Brytyjczyk wie, iż w bieganiu po ulicach z numerkiem na plecach chodzi o coś innego niźli samo tylko bieganie.
Pozostaje mieć nadzieję, że takich jak on, biegaczy z misją, będzie więcej. Nie chcę być pesymistą, ale wydaje mi się, że na zacieśnienie więzi między organizatorami maratonów a organizacjami charytatywnymi musimy jeszcze poczekać.
P.S. Aby uciec od narzekania: 8 września w Warszawie odbędzie się kolejna impreza ? Wyścig Szczurów. Zasady tego krótkiego biegu są proste: przychodzisz w garniturze (albo garsonce) i w adidasach. Każda drużyna składa się z czterech zawodników ('szczurów') ze świata korporacji, mediów itd. Cały dochód z imprezy (wpisowe dla drużyny wynosi 400 zł) przeznaczony jest na cele charytatywne, w tym stypendia dla osób niepełnosprawnych. Zapisy ruszą niebawem.
