Banki odporne na grypę

Banki odporne na grypę

Dodano:   /  Zmieniono: 
Choć strefą euro miota kryzys, nasz system bankowy trzyma się dzielnie. Polskie córki zachodnich grup bankowych są często od nich zyskowniejsze.
Było sporo strachu, ale na strachu się skończyło. Polski system bankowy nie złapał „europejskiej grypy” i mimo że aż 65 proc. aktywów sektora należy do banków z zagranicznymi korzeniami, okazał się – przynajmniej na razie – odporny na kryzys. – Banki w Polsce należące do zagranicznych grup finansowych są oddzielnymi spółkami, z wysokimi kapitałami. Nadzorujemy je w pełnym zakresie. To bardzo rentowny biznes – mówi Łukasz Dajnowicz, rzecznik Komisji Nadzoru Finansowego.

Faktycznie – w ubiegłym roku średnia rentowność ich aktywów wynosiła 1,16 proc. wobec zaledwie 0,11 proc. zagranicznych właścicieli (cały polski sektor bankowy pobił zresztą w 2011 r. swój rekord pod względem wyniku finansowego – 16 mld zł).

– Przykładowo, polski bank stanowiący 3 proc. aktywów [zagranicznej – red.] grupy daje jej przeszło 20 proc. bieżącego zysku. To świadczy o potencjale polskiego sektora bankowego, którego aktywa to równowartość 83 proc. PKB – mówił w wywiadzie dla „Bloomberg Businessweek Polska” Wojciech Kwaśniak, zastępca szefa Komisji Nadzoru Finansowego.

Nic dziwnego, że polskie banki na giełdzie są wyceniane wysoko. Ich wartość rynkowa stanowi często znaczną część wyceny całej grupy, do której należą.

Gdy kraje Europy Zachodniej dopadł kryzys zadłużeniowy, do słownika na dobre weszło tajemnicze słowo „delewarowanie”, oznaczające powszechne ograniczenie życia „na kreskę” – od rządów, poprzez firmy, na samych bankach skończywszy. Banki zachodnie muszą w tej sytuacji w większym stopniu polegać na własnych kapitałach. Nie mogąc ich szybko zdobyć, musiałyby ograniczyć akcję kredytową, czego obawiali się polscy bankowcy. W konsekwencji następowałby odpływ oszczędności zagranicznych z Polski. A oszczędności krajowe, mimo że rosną, są za małe, by pokryć popyt na kredyt.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy spodziewał się, że banki eurolandu zmniejszą swoje aktywa (w uproszczeniu kredyty) aż o 3,8 bln dolarów. Stało się wręcz przeciwnie. Akcja kredytowa w Europie Zachodniej wzrosła przez 12 miesięcy do końca lipca o 1,2 proc. Przyczyna jest prosta – eurobankierzy nie cierpią na brak gotówki dzięki wsparciu Europejskiego Banku Centralnego, który pożyczył im okrągły bilion euro.

Co ciekawe, zagraniczne zasilanie banków w Polsce faktycznie się zmniejszyło – przez siedem miesięcy tego roku o 25 mld zł. Ale nie – jak obawiali się krajowi finansiści – z powodu restrykcji zachodnich central. – To skutek braku nowych kredytów walutowych, co akurat jest dobre – mówi Dajnowicz.

Nie ma też wypływu depozytów z Polski do spółek matek. Dajnowicz: – Możemy na bieżąco przeglądać przepływy finansowe.

Nadzór od 2008 r. naciskał na banki, by wzmocniły swoje kapitały i – choć to było nie w smak spragnionym gotówki zagranicznym właścicielom – ograniczyły dywidendy, zostawiając zyski w kasie. W konsekwencji rośnie tzw. współczynnik wypłacalności banków – przekracza on już 13 proc., choć ustawowe minimum to 8 proc. Wysoki, bo 12-procentowy jest też tzw. wskaźnik tier 1, czyli kapitałów najwyższej jakości.

W Polsce konsekwencją kryzysu w strefie euro są natomiast zmiany właścicielskie. Grecki EFG Eurobank sprzedał swój biznes prowadzony u nas pod marką Polbank. Nabywcą jest kontrolowany przez Austriaków Raiffeisen Bank Polska. To ważna zmiana właścicielska, bo greckie banki są narażone na konsekwencje niewypłacalności ich kraju.

Ponadto depozyty Polaków w Polbanku jako oddziale greckiej instytucji finansowej gwarantował… rząd w Atenach. Obecnie – jaka zapewnia KNF – nie ma w Polsce żadnego oddziału zagranicznego banku, który by swoją działalność opierał na depozytach ludności. Polbank to niejedyny sprzedany biznes bankowy w naszym kraju. Przeżywający kłopoty irlandzki AIB zmuszony był sprzedać polski BZ WBK. Kupił go hiszpański Santander, który dąży teraz do fuzji BZ WBK z Kredyt Bankiem. Tego banku w związku z uzyskaniem pomocy publicznej musi się z kolei pozbyć belgijski KBC.

Wojciech Kwaśniak, wiceszef KNF, chce jeszcze w tym roku podjąć decyzję w sprawie tego połączenia. Musi jednak mieć pewność co do przyszłości i stabilności Santandera, a nawet szerzej – hiszpańskiego systemu bankowego. Tamtejsze banki, jak wynika z najnowszego audytu, potrzebują 60 mld euro kapitału.

Co to ma wspólnego z fuzją w Polsce? Gdyby się okazało, że Santander skorzysta z pomocy publicznej, np. w celu ratowania innych hiszpańskich banków (rządowi się nie odmawia…), Komisja Europejska mogłaby zażądać od niego pozbycia się jakichś aktywów. A wtedy jest ryzyko powtórki z wymuszonej sprzedaży Kredyt Banku. Nadzór chce mieć pewność, że do tego nie dojdzie. W wyniku fuzji powstać ma przecież trzeci co do wielkości bank w Polsce. Urząd KNF uważa zresztą, że w związku z kryzysem zadłużeniowym w strefie euro, pogorszeniem światowej koniunktury i hamowaniem polskiej gospodarki banki muszą się liczyć z zaburzeniami na rynkach finansowych, a także z osłabieniem sytuacji finansowej części klientów. „Nie można też wykluczyć ograniczenia wsparcia ze strony podmiotów macierzystej grupy kapitałowej oraz przenoszenia ryzyka reputacji [co oznacza, że obniżenie ratingu spółki matki może prowadzić do obniżki także spółki córki – red.]” – napisał 18 września Urząd KNF. Zatem strach osłabł, ale nie zniknął.

Krzysztof Adam Kowalczyk
Więcej możesz przeczytać w 42/2012 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Czytaj także