Trotyl w tupolewie

Trotyl w tupolewie

Już dawno śledczy wykluczyli, że w Smoleńsku doszło do zamachu. Po co więc niedawno wysłali tam ekspertów mających szukać śladów materiałów wybuchowych?
Rok po katastrofie prokuratorzy byli pewni, że na pokładzie tupolewa nie doszło do wybuchu. Wykluczał to także raport komisji Millera. Po co więc śledczy ruszyli do Smoleńska na badanie wraku w poszukiwaniu materiałów wybuchowych?
Znajdujemy dwa logiczne wyjaśnienia. W trakcie śledztwa, całkiem niedawno odnaleziono coś, co jednak wskazuje, że był tam materiał wybuchowy. Na przykład w trakcie ekshumacji ofiar tragedii. Jednak rzecznik Prokuratury Generalnej zdecydowanie temu zaprzecza. Druga możliwość? Prokuratorzy mieli w ręku tylko jedną polską ekspertyzę mówiącą, że na miejscu tragedii nie znaleziono materiałów wybuchowych. I wcale nie była to ekspertyza szczątków samolotu. Po dotychczasowych pomyłkach – z identyfikacją ciał ofiar, z kategorycznymi opiniami ekspertów na temat obecności generała Andrzeja Błasika w kabinie pilotów – śledczy się bali, że jedna ekspertyza nikogo w Polsce nie przekona.
Badanie po 29 miesiącach

W sierpniu 2012 r. poprosili więc Rosjan – w ramach wniosku o pomoc prawną – o dostęp do wraku. Uzyskali zgodę. Dlatego od 17 września do 12 października 2012 r. w Smoleńsku przebywał zespół 11 fachowców: prokurator wojskowy, biegli i specjaliści od materiałów wybuchowych, a także eksperci od budowy i eksploatacji Tu-154M.

Dwadzieścia dziewięć miesięcy po katastrofie bardzo dokładnie oglądali wrak i pobierali próbkido dalszych badań. To o działalności tego zespołu informowała w zeszłym tygodniu „Rzeczpospolita”, twierdząc, że eksperci odnaleźli ślady trotylu i nitrogliceryny na wraku i w jego wnętrzu. Tekst wywołał polityczną burzę. Jednak śledczy zaprzeczyli, że znaleziono materiał wybuchowy. Wojskowy prokurator okręgowy w Warszawie pułkownik Ireneusz Szeląg stwierdził, że pobrano tylko próbki, które będą badane w Polsce przez fachowców. Dopiero wtedy będzie wiadomo, co w nich jest.

Szybka pani generał

Pierwsi oficjalnie możliwości wybuchu na pokładzie prezydenckiego tupolewa zaprzeczyli Rosjanie. I to bardzo szybko. Szefowa Międzyrządowego Komitetu Lotniczego (MAK) generał Tatiana Anodina tak mówiła na konferencji 19 maja 2010 r.:

"Komisja techniczna jednoznacznie stwierdziła – zamachu terrorystycznego, wybuchu, pożaru na pokładzie, awarii urządzeń pokładowych podczas lotu nie było. Silniki pracowały aż do zderzenia samolotu z ziemią".

W końcowym raporcie MAK powołano się na dwie rosyjskie ekspertyzy: z 13 kwietnia 2010 r. oraz z 23 kwietnia 2010 r. Wynika z nich, że na wraku tupolewa nie znaleziono śladów materiałów wybuchowych: "trotylu, heksogenu, oktogenu". Stwierdzenie tego zajęło rosyjskim ekspertom ledwie kilka, kilkanaście dni. To szybko, bo polscy eksperci, którzy pracowali we wrześniu i październiku w Smoleńsku, potrzebują na wydanie opinii pół roku. Ich ekspertyz można się więc spodziewać dopiero w okolicach trzeciej rocznicy katastrofy prezydenckiego samolotu.

Ubrania bez śladów

Co do tej pory mieli w rękach prokuratorzy i eksperci z komisji Millera? Po pierwsze, do września tego roku nie badali dokładnie wraku maszyny.Okazuje się, że do tej pory komisja Millera i prokuratura wojskowa opierały się na jednej opinii biegłych z Wojskowego Instytutu Chemii i Radiometrii w Warszawie z 18 czerwca 2010 r. Ekspertyzę zamówili jeszcze w maju 2010 r. wojskowi śledczy:

"Biegli w przedstawionej opinii stwierdzili, że w próbkach szczątków zebranych na miejscu katastrofy nie stwierdzono obecności bojowych środków trujących oraz produktów ich rozkładu powyżej granicy ich wykrywalności. Biegli nie stwierdzili także obecności materiałów wybuchowych takich jak: dinitrotoluenu, nitroglikolu, nitrogliceryny, trinitrotoluenu, heksogenu, oktogenu oraz pentrytu. W następstwie przeprowadzonych badań i pomiarów biegli podali, iż próbki dostarczone do badań nie stanowią dodatkowego źródła celowo wprowadzonych substancji promieniotwórczych emitujących promienie alfa, beta, gamma czy promieniowanie neutronowe".

Kłopot w tym, że fachowcy ze wspomnianego instytutu nie mogli pobierać próbek do ekspertyzy na miejscu. Nie badali wraku, badali jedynie rzeczy osobiste i ubrania ofiar katastrofy, które zostały przywiezione do Polski.

To jedyna do tej pory polska ekspertyza w posiadaniu śledczych i to na jej materiale pracowała komisja Millera. Dowód na to jest zresztą w jej raporcie: "Wykorzystano analizę szczątków ubrań i rzeczy osobistych ofiar katastrofy na obecność nietypowych substancji chemicznych wykonaną na zlecenie Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie".

Miller: nie było badań laboratoryjnych szczątków samolotu.

Ciągle więc kręcimy się wokół tylko jednej opinii fachowców. Przypomnijmy – nie byli oni na miejscu tragedii, nie pobierali próbek, wzięli je z ubrań i rzeczy osobistych.

Potwierdzał to Ireneusz Szeląg we wtorek, po konferencji prasowej, odpowiadając na korytarzu na pytanie TVN:

"Niejako przy okazji dekontaminacji, czyli odkażania przedmiotów osobistych ofiar katastrofy były przeprowadzane też badania na obecność tego związku [materiału wybuchowego – red.]".

W sierpniu 2011 r., po ukazaniu się raportu Millera, pytaliśmy szefa komisji o to, jak wyglądały badania wraku. W autoryzowanym wywiadzie powiedział nam, że nie było badań laboratoryjnych szczątków samolotu. Oto pełna wypowiedź Jerzego Millera:

"Jeśli doszłoby do eksplozji silnika, eksplozji na pokładzie, to wrak trzeba by było dokładnie badać laboratoryjnie. Tu samolot został zniszczony przez uderzenie w drzewo i w ziemię. To potwierdzają rejestratory parametrów lotu. Nie było potrzeby badań laboratoryjnych. Wrak był poddawany oględzinom od 10 do 21 kwietnia. Nie znaleziono śladów charakterystycznych dla wybuchu czy pożaru silnika".

Śledczy wykluczyli wybuch…
Warto pamiętać, że w raporcie Millera znalazła się bardzo jasna konkluzja:

"Nie stwierdzono śladów detonacji materiałów wybuchowych ani paliwa lotniczego. Niewielki pożar objął swym zasięgiem tylko nieliczne elementy wraku samolotu i został zainicjowany w trakcie lub bezpośrednio po zderzeniu się samolotu z ziemią. Nie stwierdzono śladów charakterystycznych dla pożaru w trakcie lotu samolotu".

Podobnie prokuratorzy wykluczali możliwość wybuchu. W kwietniu 2011 r. prokurator generalny Andrzej Seremet mówił definitywnie:

"Śledztwo całkowicie wykluczyło wersję zamachu. Prokuratorzy nie znaleźli na to żadnych dowodów ani nie widzą możliwości kontynuowania tego wątku”.

Ten klarowny obraz osłabił nieco gen. Krzysztof Parulski, wówczas szef prokuratury wojskowej, informując, że hipoteza o zamachu będzie weryfikowana raz jeszcze, gdy Rosjanie przekażą nam wrak samolotu.

Jednak prokurator Ireneusz Szeląg był pewny, że zamachu nie było. Według jego słów (także z kwietnia 2011 r.) w dotychczasowym materiale prokuratura nie znalazła przesłanek, by stwierdzić, że doszło do "czynu o charakterze terrorystycznym" – mówił.

 "Takie stanowisko będzie potwierdzone w dokumencie kończącym postępowanie” – podkreślał Szeląg. Zastrzegł, że jeśli pojawiłaby się w tej materii jakaś „nowa racjonalna przesłanka”, prokuratura wróci do badania tego wątku.

…ale wciąż szukają materiałów wybuchowych

 Jednak w sierpniu 2012 r. prokuratura wojskowa skierowała do Rosji wniosek o udzielenie pomocy prawnej. Chodziło o to, by polscy specjaliści mogli obejrzeć miejsce katastrofy oraz wrak. Po co?

Eksperci Zakładu Fizykochemii Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji mieli za zadanie stwierdzić, czy są jakieś ślady wybuchu na pokładzie tupolewa tuż przed katastrofą. Próbki zostały zebrane, teraz czekamy na ekspertyzę.

Skąd ta nagła zmiana stanowiska prokuratury? Czy pojawiła się jakaś "nowa racjonalna przesłanka” skłaniająca śledczych do badania wątku wybuchu? Prokuratura wojskowa zaprzecza. Kapitan Marcin Maksjan z Naczelnej Prokuratury Wojskowej odpowiedział nam, że powodem wyjazdu nie była "jakaś nowa racjonalna przesłanka”. „Wrześniowy wyjazd prokuratora, biegłych i ekspertów do Smoleńska zorganizowany był w ramach realizacji wcześniej ustalonego planu zamierzeń procesowych dotyczących katastrofy smoleńskiej” – napisał kapitan Maksjan.

Czy jednak wcześniej nie znaleziono śladów materiałów wybuchowych podczas ekshumacji ciał Przemysława Gosiewskiego, Zbigniewa Wassermanna i Janusza Kurtyki, co skłoniłoby prokuratorów do posyłania ekspertów do Rosji?

Mateusz Martyniuk, rzecznik Prokuratury Generalnej, zaprzecza. Żadnych śladów materiałów wybuchowych podczas ekshumacji nie znaleziono.

Skąd więc wniosek o możliwość przebadania wraku pod kątem obecności w nim resztek materiałów wybuchowych?

Martyniuk informował nas, że prokuratorzy dopiero niedawno dostali zgodę Rosjan na przebadanie wraku tupolewa.

– Dopiero teraz Rosjanie dali możliwość dostępu naszym prokuratorom i ekspertom do wraku. Jednak wcześniej trwały już rozmowy z Rosjanami, wniosek o pomoc prawną był ich zwieńczeniem. Polscy eksperci czekali także na materiały z Rosji, by lepiej przygotować się do tej wizyty – tłumaczył nam rzecznik Prokuratury Generalnej.

I dodał, że dotychczasowe ustalenia, czyli że wybuchu nie było, są ciągle aktualne.

Prokuratura nie zmieniła więc zdania. Tym bardziej że badania pirotechniczne są tylko jednym z elementów badania hipotezy o wybuchu. Innymi dowodami jest zapis rejestratorów dźwięku z kabiny (załoga nie wspomina o wybuchu, nie słychać go), a także oględziny wraku – i eksperci nie znaleźli niczego, co zniszczyłaby eksplozja.

Śledztwo bez wraku? Jedziemy do Rosji!

Śledczy mogli się zaniepokoić czym innym. Kiedy prokuratura w końcu ujawni swój materiał, zostanie on dokładnie sprawdzony przez ekspertów i dziennikarzy. Wtedy wyszłoby na jaw, że obecność materiałów wybuchowych wykluczono tylko na podstawie jednej ekspertyzy – a próbki pobrano jedynie z ubrań ofiar. Bez badania wraku i pobierania z niego próbek do badań. Są wprawdzie ustalenia rosyjskich fachowców, ale w analizy ze Wschodu w sprawie Smoleńska mało kto w Polsce wierzy. Śledczym groziłby więc kolejny skandal.

Czekając na eksplozję

Za pół roku będzie wiadomo, co fachowcy znaleźli w Smoleńsku. Próbki zostaną przeanalizowane. Jeśli się okaże, że w którejś z nich jest ślad materiału wybuchowego, nieważne jakiego pochodzenia, w Polsce rozpęta się kolejne pandemonium.
Okładka tygodnika WPROST: 45/2012
Więcej możesz przeczytać w 45/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0