Wysłannik Watykanu

Wysłannik Watykanu

Ksiądz Sławoj Leszek Głódź w latach 80. pracował w Watykanie, w latach 90. „Wprowadzał Boga do wojska” i został dwugwiazdkowym generałem, by w końcu w 2004 r. zostać metropolitą warszawskopraskim, a cztery lata później gdańskim. Sprawdzamy, jakim był przełożonym.

Rok 1990. Wybory prezydenckie wygrywa Lech Wałęsa i wszystko wskazuje na to, że biskupem polowym Wojska Polskiego zostanie jego wieloletni przyjaciel, ks. prałat Henryk Jankowski. W ostatniej chwili okazuje się, że jednak nie. – Do Kancelarii Prezydenta zadzwonił biskup z Watykanu. I powiedział, że biskupem polowym będzie ks. Sławoj Leszek Głódź. W styczniu 1991 r. Jan Paweł II mianuje ks. Głodzia, który poprzednie dziesięć lat spędził w Kurii Watykańskiej, pracując w Kongregacji Kościołów Wschodnich, i tym samym przywraca ordynariat polowy w Polsce. Osadzał się na stanowisku. I rządził. Silną ręką. Nie od dziś wiadomo, że do wojska na kapelanów do jednostek wysyłane są największe łobuzy. Tacy, z którymi sobie w seminariach nie bardzo radzono. Bp Głódź miał ich ustawić, przywołać do porządku. Od razu zaczął się zachowywać jak generał. Nie znosił sprzeciwu. Rozkaz to rozkaz.

Na początek kapelani wraz z biskupem pojechali na szkolenie na poligon do Drawska Pomorskiego. – Szkolenie jak szkolenie, ale nocne imprezy z jego udziałem były bardzo wyczerpujące – mówi dziennikarz, który w 1991 r. w nich uczestniczył. – Po jednej z balang pewien kapelan pojawił się na śniadaniu bez butów. Zgubił je po pijanemu. Pamiętam, że Głódź był tym rozbawiony. Funkcja biskupa polowego pasowała do arcybiskupa. W tej roli czuł się znakomicie.

– W 1999 r. pojechał na misję do Kosowa. Po mszy przyszedł do mnie mój kapelan ze łzami w oczach i mówi, że biskup zbluzgał go przy szeregowych. Wściekł się, że za mało żołnierzy przyszło na nabożeństwo. Do samolotu kazał zapakować, nie pamiętam już, ile dokładnie, ale na pewno kilka butelek mocnego alkoholu. Chyba w ramach zadośćuczynienia – opowiada gen. Roman Polko i dodaje, że nie był świadkiem innych złych zachowań biskupa, jedynie o nich słyszał i w związku z tym nie będzie ich powielał. W pierwszej połowie lat 90., za prezydentury Wałęsy, bp Głódź został najpierw generałem brygady, a po ponad dwóch latach generałem dywizji. – W sprytny sposób załatwił sobie drugą gwiazdkę generalską. Zwrócił się do Wałęsy z pytaniem, czy ma szanse na awans, a ten odpowiedział, że to minister powinien wystąpić z wnioskiem. Poszedł więc do ministra obrony Janusza Onyszkiewicza i powiedział, że Wałęsa życzy sobie jego nominacji na generała dywizji. Minister, kończący właśnie urzędowanie, chcąc nie chcąc, złożył ten wniosek – opowiada jeden z urzędników.

– Wydaje mi się, że jako przedstawiciel Kościoła był naturalnym sojusznikiem Lecha Wałęsy – słyszę od jednego ze współpracowników Aleksandra Kwaśniewskiego. – Proszę wybaczyć, ale ustaliśmy z prezydentem, że o Głodziu publicznie nie rozmawiamy, więc proszę nie podawać mojego nazwiska. Sugeruję, że to dlatego, iż powszechnie wiadomo, że to biskup już rano w samolocie, w drodze do Charkowa na uroczystości katyńskie, zaproponował prezydentowi kieliszeczek. – Pamiętam, jak w 1996 r. lecieliśmy z prezydentem do Krakowa. Okazało się, że leci z nami też biskup. Wsiedliśmy do samolotu. A biskup mówi do jednego z ochroniarzy: „To co, polewasz?”. I wtedy nagle wszyscy usłyszeliśmy Jerzego Dziewulskiego [wówczas szef ochrony prezydenta Kwaśniewskiego – red.]: „Nie polewasz!”.

Wówczas oburzony biskup krzyknął: „To kto tu, kurwa, dowodzi?”. „Ja tu, kurwa, dowodzę. I nie polewasz” – powiedział Dziewulski i nikt nie polewał. Niestety, do Charkowa Dziewulski z prezydentem nie poleciał, nie upilnował Głodzia. I to wcale nie znaczy, że prezydent miał kłopot z alkoholem, tylko że Głódź mógł wypić bardzo dużo i nigdy nie było po nim widać, a prezydent zawsze bez śniadania, zawsze w pędzie. Mało mu było trzeba. Kieliszek, dwa i już się mógł zachwiać.

Pytam samego Dziewulskiego, czy taka sytuacja się zdarzyła. Najpierw długa cisza. Po chwili: – Od dawna już nie jestem w polityce i nie chciałbym wracać do tamtego okresu. Nie mam więcej nic do powiedzenia, pani redaktor. Jedyne, co pamiętam, to święty obrazek z dedykacją, który dostałem od biskupa. Mam go do dzisiaj – ucina i nie chce rozmawiać na temat kontaktów hierarchy z politykami SLD.

Jego polityczny kolega z tamtych czasów jest bardziej rozmowny, ale dopiero wtedy, gdy gwarantuję mu anonimowość. – Pani się dziwi, że ludzie nie chcą mówić. Wielu z nich uczestniczyło w różnych imprezach u biskupa. Spotykali się nieformalnie. I za kołnierz nie wylewali. On zna różne ich tajemnice. Wiele widział. Oni też wiele widzieli. Na razie milczą wszyscy. Zawsze mówią o nim „biskup Flaszka” albo „Kieliszek”. Zresztą żołnierze też. Do tej pory. Księża diecezji warszawskopraskiej również. Generał dywizji Sławoj Leszek Głódź objął ją w 2004 r. Pensję generalską – ponad 12 tys. zł miesięcznie – zachowuje do końca życia. Przenosi proboszczów, żongluje parafiami. I na posadzce praskiej bazyliki wmontowuje swój herb, wokół którego wielkimi literami jest napisane „Sławoj Leszek Głódź”.

Okładka tygodnika WPROST: 16/2013
Więcej możesz przeczytać w 16/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także