W cieniu generała

W cieniu generała

Ta książka jest moim wyjściem z szafy. To jest opowieść o normalnej rodzinie, choć uwikłanej historycznie. Napisana z dystansem i ironią, ale bardzo szczerze.

Mama

Mama nie chciała mieć dzieci. Jeśli już, to syna. Od dziecka słyszałam jej opowieści o straszliwym porodzie. Przerażała ją ciąża, co rozumiem. Czułam, że za te jej męki i utratę figury część odpowiedzialności powinnam wziąć na siebie. Opowiadała często, że kiedy się urodziłam, byłam brzydka jak Chruszczow. Jednak jak mi się przyjrzała bliżej, to zobaczyła miniaturkę teściowej. Od razu było widać, że jestem Jaruzelska. „Jaruzelskie są nieładne, ale wszyscy Jaruzelscy żenią się z pięknymi kobietami” – mówiła. […]

Mama to ekstrawertyczka, osoba dominująca, narcystyczna, jako była tancerka również postać niezwykle kolorowa. Dla mnie może nawet za bardzo. Piękna, zawsze wyraziście ubrana i mocno umalowana. Pochodziła z mieszczańskiej rodziny, która miała restaurację i kamienicę w Lublinie. Z domu wyniosła naturalną potrzebę życia w luksusie, który kojarzył się jej z przedwojennymi perfumami babci marki Guerlain. […]

Miała silną osobowość i nigdy się nie bała wyrażać swojego zdania. Niejednokrotnie w kontrze do zdania ojca, i to ostentacyjnie. Zrobiła doktorat z germanistyki, czym się wyróżniała na tle grupy pań generałowych. Powtarzała, że kobieta musi mieć własne pieniądze i niezależną pozycję. […]

Co roku tuż przed Bożym Narodzeniem atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. Ojcu zależało, żeby święta miały tradycyjny przebieg – z opłatkiem, życzeniami, prezentami, kolędą. Bo to zapamiętał z rodzinnego domu. Mama tego nie znosiła. Przed świętami wciąż powtarzała: „Nienawidzę świąt, nienawidzę kolęd…”. Ojcu proponowała, że jak cały rok siedzi w wojsku, to Wigilię też niech sobie spędzi z adiutantem, panem Marianem.

Ojciec

[…] Chyba nigdy nie cieszył się życiem, jego drobnymi przyjemnościami. Zawsze praca i polityka przez duże „P” na pierwszym planie. Dlatego nawet podczas wakacji miałam wrażenie, że jest jakimś obcym elementem – na siłę wyjętym z tego oficjalnego świata polityki. Poukładany na co dzień, systematyczny i obowiązkowy (choć w domu miękki wobec swoich kobiet), nawet w trakcie letnich wyjazdów nie potrafił dać na luz. I wciąż mnie oceniał. Bo wszystko w jego pojęciu winno zmierzać do perfekcji.

W przeciwieństwie do mamy i babci nie przywiązywał wagi do pieniędzy. Wręcz uważał, że w złym tonie jest posiadać pieniądze, a już afiszować się nimi jest czymś niegodnym. Całą pensję oddawał mamie, potem prosił o kieszonkowe na fryzjera. […] Jest abstynentem. Przez całe życie nie palił, oprócz kilku miesięcy stanu wojennego. Jedyną jego słabością są słodycze, których również sobie odmawia, klepiąc się znacząco po brzuchu. Pofolgował sobie tylko raz – w czasie moich narodzin. Zamiast iść z kolegami na wódkę, jak robi to większość mężczyzn, siedział samotnie w domu, pochłaniając kilogram mieszanki czekoladowej i z nerwów rozrzucając wokół siebie papierki.

[…] Z taką samą kurtuazją całował w rękę panią premier Margaret Thatcher, jak i panią Bodzię, kucharkę z ośrodka wczasowego. Bywało i tak, że podczas wakacji spędzanych w tych ośrodkach, kiedy mieliśmy iść na śniadanie, kontrolnie wchodził do mojego pokoju i mówił: „Moniczko, posprzątaj, przecież zaraz pani sprzątaczka przyjdzie”.

[…] W gabinecie ojca na biurku stał zielony telefon. Można się nim było bezpośrednio połączyć z ministerstwem obrony, więc nie potrzebował tarczy do wykręcania numerów. Miał za to napis „MON ”. Kiedy nauczyłam się liter i przeczytałam go po raz pierwszy, od razu skojarzyłam jako trzy pierwsze litery mojego imienia. Nie miałam wątpliwości, że jedno z drugim ma bezpośredni związek.

Dopiero po kilku latach, kiedy rodziców ktoś zapytał, dlaczego dostałam na imię Monika, a ja powiedziałam, że od tego napisu na telefonie – rodzice wybuchli śmiechem.

Koledzy z wojska

Uwielbiałam przesiadywać na dyżurce z chłopakami z ochrony, którzy stali się kimś w roli rodziny zastępczej – z nimi mogłam tworzyć swój własny, niezależny świat. […] W ośrodku wczasowym na przykład jeździłam z wojskiem na sianokosy. Pamiętam ten stan podniecenia, czy zdążymy przed ulewą, zapach siana i opalone torsy żołnierzy, a potem zwożenie siana do stodoły. Żołnierze początkowo krępowali się obecnością córki generała, lecz z czasem zapominali, kim jestem, i wtedy robiło się najfajniej. Do dzisiaj pozostał mi sentyment do koszarowych żartów:

Powyżej kolan

Poniżej pępka

Rosła sobie mała kępka

A w tej kępce mieszkał zbój

Który się nazywał ch…

Mówiłam do nich [ochroniarzy – red.] „wujku”. Na ogół byli to sympatyczni chłopcy. […] W dzielnicy willowej, gdzie mieszkałam, zawsze wiosną podczas deszczu z okolicznych ogrodów wychodziły dżdżownice, wprost na jezdnię, a tam były rozjeżdżane przez samochody. Idąc do szkoły, nie mogłam ich tak zostawić, zbierałam więc i wrzucałam z powrotem do ogródków. Zabierało to oczywiście trochę czasu, a ochroniarz musiał mnie odprowadzić do szkoły na konkretną godzinę. Więc ten mężczyzna – metr dziewięćdziesiąt wzrostu, z pistoletem w kaburze – zaczynał razem ze mną zbierać te dżdżownice, żeby było szybciej.

[…] Klął przy mnie, kurwami najczęściej, bo czynność była i żenująca, i obrzydliwa. Jednak dżdżownice za płot przerzucał. „Wujków” było sporo, wymiennie dyżurowali. Byli Mirek, Zdzisław, Alfred, w którego byłam wpatrzona niczym w obrazek. Pamiętam jednak, że mi przylał psią smyczą, bo mu na złość przebiegłam przez ulicę. Zdenerwował się i mnie smagnął tą smyczą po nogach. Jednak to było oczywiste, że ani ja na niego, ani on na mnie nie poskarży. „Wujkowie” mogli przy mnie się czuć swobodnie.

[…] Ochrona była zawsze, właściwie do końca. Lecz na studiach chłopcy już byli niewidoczni. Dwa razy się zdarzyło, że moje koleżanki, które działały w NZS, weszły z nimi w bardziej intymny kontakt. Z jednej strony gorące młode dziewczyny, z drugiej przystojni ochroniarze, to zaiskrzyło. Chodzili ze mną na prywatki i tańczyli z tymi dziewczynami.

Bywało, że przy mnie chłopaków ponosiły emocje. Oglądając wiadomości telewizyjne, klęli: „Kurwa, bym zajebał tych wszystkich solidaruchów!”. Ale z drugiej strony natykałam się na podobne emocje: „Na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści!”. Konsekwencją tych emocji już wkrótce była śmierć sierżanta Karosa i księdza Popiełuszki.

Władza

Poznawałam świat przez rozmowy żon o innych żonach. W związku z tym Mieczysław Moczar kojarzył mi się z tym, że zostawił żonę lekarkę i zakochał się w swojej sekretarce Fredzie. Wszystkie panie mówiły, że zostawił żonę dla Fredy, która miała wielkie stopy. Ojciec potem był świadkiem na ślubie Moczara z Fredą, za co mama robiła mu awantury. Oczywiście nie ze względów politycznych, tylko obyczajowych. Pamiętam też, że ponoć żona Raula Castro, brata Fidela, miała grube nogi – tak mówiły panie generałowe.

Na Krym przyjeżdżał wtedy marszałek Andrzej Grieczko, ówczesny minister obrony narodowej ZSRR . […] Pamiętam, że kiedyś wybraliśmy się w góry na maślaki. Po dłuższej wędrówce, z pełnymi już grzybów koszami, urządziliśmy sobie piknik. Jak to w Rosji, nie mogło się obejść w takiej sytuacji bez muzyki i tańców. Marszałek Grieczko poprosił do tańca moją mamę. Co wcale nie powin no dziwić, bo mama oczywiście wyróżniała się bardzo na tle tych towarzyszek frontowych nie tylko urodą i figurą, lecz także zadbaniem o siebie. Miała kolorowe sukienki, poruszała się krokiem zawodowej tancerki i zdecydowanie wśród tych pań mogła uchodzić za światową damę. Zaczęła tańczyć z marszałkiem Grieczką. Chwilę im się przyglądałam, by nagle poczuć, że w tej scenie jest coś żenującego, co mnie zawstydza, co dziać się nie powinno. I nie wiem, czy to z powodu ojca, czy z całkiem innych powodów, ale musiałam natychmiast zainterweniować. Mimo że byłam nieśmiałym dzieckiem i bałam się reakcji mamy, podbiegłam do nich i przylgnęłam tak mocno do mamy, że nie była w stanie już tańczyć.

To był jedyny bohaterski moment, kiedy targnęłam się na władzę radziecką.

Stan wojenny

Nawet nie wiedziałam, co to jest stan wojenny. Pamiętam, że było zimno. Spałam tego dnia dłużej, bo przecież niedziela. I kiedy zeszłam do kuchni na śniadanie, mama z gosposią siedziały przy włączonym radiu. Z głośnika rozlegał się głos mojego ojca. W pewnym momencie mama powiedziała: „Wojna jest…”. A ja sobie jeszcze zaśpiewałam pod nosem: „Tera je wojna / Kto handluje, ten żyje…”.

Bo wiedziałam, że mama zawsze lubi dramatyzować. Potem się okazało, że telefon jest wyłączony i z nikim nie można się skontaktować, a ojca nie ma w domu. Żarty się skończyły. Przez ten cały czas go nie było. Miał swój pokój w Urzędzie Rady Ministrów i tylko od czasu do czasu przyjeżdżał jego adiutant po świeże koszule. Czułam ogromne napięcie polityczne. Źle to emocjonalnie znosiła mama. Ja też nie wiedziałam tak naprawdę, co się dzieje. […] To oczywiste, że rodziny internowanych miały nieporównywalnie gorzej, ale i dla nas to był bardzo trudny czas. Dochodziło do spięć z mamą. Obie byłyśmy zagubione i podenerwowane. […]

Chodziły słuchy, że ludzie z „Solidarności” zaczną się mścić albo że Sowieci wejdą i wybuchnie ogólna jatka, bo polskie wojsko stanie po stronie narodu. […] Ojciec po raz pierwszy zadzwonił 16 grudnia. I powiedział zmienionym głosem: „Moniczko, stało się coś strasznego, stała się wielka tragedia”… Chodziło o górników zabitych w kopalni Wujek. […]

Rodzice jednej z koleżanek byli zaprzyjaźnieni z rodziną Jacka Kuronia. Koleżanka zadzwoniła do mnie, że zmarła żona Kuronia, Gaja, i żebym poprosiła ojca, by zwolnił Kuronia na pogrzeb. Zadzwoniłam. W latach dziewięćdziesiątych spotkałam Jacka Kuronia w SARP. Podszedł do mnie i powiedział: „Dziękuję”. Czułam się tym bardzo skrępowana. Próbowałam zrozumieć racje ojca. Po części rozumiałam. Tym bardziej że znałam jego skłonność do czarnowidztwa, które on sam pewnie uważa za pragmatyzm i dalekowzroczność. Ma do tego prawo po swoich dramatycznych przejściach z młodości.

Na tragedię śmierci górników z Wujka nałożyła się kolejna sprawa. Nagrano rozmowę Lecha Wałęsy z bratem i zaczęto puszczać do wiadomości publicznej, aby go skompromitować. Wiedziałam, że zrobili to ludzie ojca. I wtedy poczułam silny kryzys moralny. Tragedia w Wujku nie była odgórnie przygotowaną egzekucją. Stało się to pod wpływem emocji chwili. A więc można było to uznać za wypadek, którego nikt nie przewidział ani nikt nie chciał. Nagrania natomiast dokonano z premedytacją. I czułam, że jest to niehonorowe, nieoficerskie, brudne w swojej wymowie. Żadna racja stanu tego nie wymagała.

Studia i inne używki

Imprezowałam jak wszyscy studenci. Picie było wtedy czynnością bardzo inteligencką, nie przeszkadzało w pogłębianiu wiedzy i czytaniu. Do tego Polaków nocne rozmowy – dużo mądrzejsze niż na dzisiejszych napuszonych bankietach. No i nie było tabloidów, więc i nasze zachowanie mogło być dużo swobodniejsze. A w domu generała, który wprowadził stan wojenny, częstym gościem bywał narzeczony córki, brodaty student z wpiętym w sweter opornikiem. Byłam lojalna wobec najbliższych, lecz w pewnym sensie niezależna. Oni też nie do końca spełniali kryterium komunistycznego betonu. Mama, pewnie trochę na złość, a trochę z ciekawości, w każdym razie dość ostentacyjnie, słuchała Wolnej Europy. Ojciec z kolei podrzucał mi książki z drugiego obiegu wydawane przez paryską „Kulturę”. Kilka razy się zdarzyło, że te same publikacje dostawałam już wcześniej, od przyjaciół z uczelni. Im za ich posiadanie groziło więzienie…

Próbowałam popalać trawę, ale tak po niej kasłałam, że przyjemności nie miałam za grosz. A tu nagle ojciec wzywa mnie do Rady Ministrów na poważną rozmowę. Bo był u niego Marek Kotański i uprzedził, że biorę narkotyki… Jeżeli już mówić o jakichś moich wybrykach, to raczej o wypadach z paczką studentów medycyny do Chałup na plażę nudystów. Piliśmy tam na umór, głównie piwo.

Znajomi i przyjaciele

[Agata Młynarska] w tamtych czasach była typem chłopczycy. Zawsze miała bardzo piękną cerę, włosy ostrzyżone na pazia, chodziła w dżinsach, zamszowych cichobiegach i wojskowej kurtce. Dobrze się uczyła. […] Wyróżniała się i tym, że była narzeczoną młodego Kieniewicza, syna profesora Kieniewicza. Jej narzeczony robił już chyba w tym czasie studia doktoranckie. Agata była więc przyszłą panią Kieniewiczową i kiedy rozmowa schodziła na ten temat, poważniała.

[Rafał Ziemkiewicz] był młodszy o rok, a nasza wychowawczyni, polonistka, lubiła powtarzać: „Wy jesteście humaniści? Ziemkiewicz z IIIc to dopiero polonista – olimpijczyk, pisze opowiadania science fiction, całego Lema ma w jednym palcu. A wam tylko dyskoteki w głowie”… Na studiach wylądowaliśmy na tym samym roku polonistyki. Byłam w grupie z dziewczyną Rafała, Moniką. Byli tak poważną parą, staroświecką, że wydawałoby się, iż rozwód nie wchodzi w grę. A jednak. Potem Rafał związał się z inną kobietą. Z wieloma poglądami Rafała się nie zgadzam, ale zawsze sięgałam po jego teksty w „Uważam Rze” i „Rzeczpospolitej”, a teraz w „Do Rzeczy” […].

Byłam także blisko z kilka lat ode mnie starszą córką generała Kiszczaka Ewą. Ona akurat zawsze trzymała stronę rodziców. Ładna i bystra, stroniła jednak od wszelkiej ekstrawagancji. Studiowała germanistykę w Berlinie Wschodnim, szybko wyszła za mąż i zmieniła nazwisko.

U mnie natomiast dochodziło do iście wybuchowej mieszanki towarzyskiej. Z kręgu ojca pozostała mi przyjaźń z Mietkiem Rakowskim. […] Był taki moment, że ojciec poważnie zapadł na zdrowiu, a ja tak odruchowo zaczęłam szukać kogoś, kto mógłby mi go zastąpić. Mietek Rakowski nadawał się do tej roli idealnie. Nawet umówiliśmy się, że raz w miesiącu będziemy się spotykać w naszej ulubionej restauracji Dyspensa, by razem zjeść kolację. Tych spotkań mieliśmy kilka, dużo częściej rozmawialiśmy przez telefon, potem niestety zachorował i dosyć szybko zmarł (w 2008 r.). Mietek miał zupełnie inną osobowość niż mój ojciec, swobodne zachowanie i związki ze środowiskiem artystycznym. Palił papierosy, pił wino, nierzadko przeklinał. Miałam poczucie obcowania z rówieśnikiem, który jednocześnie ma duże doświadczenie życiowe, niezwykłą wiedzę i poziom intelektualny.

Lubimy się z żoną Jurka Urbana, Małgosią Daniszewską. Jednak przyjaźniłam się też z Grzesiem Ciechowskim i Małgosią Potocką, z Kamilem Sipowiczem i Korą Jackowską. Z ludźmi, których trudno uznać za miłośników komuny. Początek lat dziewięćdziesiątych. Siedzimy z Januszem Głowackim w dawnym SPATiF-ie i rozmawiamy o różnych osobach. Pytam, co myśli o Urbanie. Na co odpowiada: „No wiesz, wódki bym z nim nie wypił. Ale niewątpliwie to jedna z inteligentniejszych osób i ma świetne pióro”. Wpadłam nagle na szalony pomysł. Zadzwoniłam do Małgośki Daniszewskiej i mówię: „Przyjeżdżaj jak najszybciej!”. Pojechaliśmy z Januszem i Małgośką do hotelu Victoria. Siadamy, coś zamawiamy i nagle pojawia się Jerzy Urban… Janusz zapewne w konsternacji, ale ma w sobie ten luz i poczucie humoru, więc zaczynają rozmawiać i wzajemnie się zagadywać. My z Małgośką zdążyłyśmy już się wprowadzić w stan lekkiego upojenia alkoholowego i podekscytowane sytuacją w pewnym momencie decydujemy się zostawić panów samych sobie. Ruszamy do legendarnego w Victorii klubu Czarny Kot, do łazienki. A tam stoją cztery prostytutki, poprawiają makijaż, rozmawiają, palą – atmosfera niczym w biurze przed rozpoczęciem pracy. Małgośka podchodzi do nich i mówi: „Cześć, dziewczyny, słuchajcie, bo wy tutaj takie zadomowione, a my pierwszy raz w Warszawie, bo my z Białegostoku…”. Przyjrzały się, oceniły z politowaniem, po czym jedna wyjęła buteleczkę Samsary Guerlaina i pokropiła nas z błogosławieństwem: „Cyk, cyk, na szczęście, dziewczyny”…

Co do mojej znajomości z Bogusiem Lindą – powiem tylko tyle, że ze wszystkich znanych mi mężczyzn jest najlepszym kompanem do wielogodzinnych leśnych wypraw, nawet w jesienne słoty. Również wspaniałym kumplem do wieczornych rozmów. […] Zawdzięczam mu umiejętność robienia tulipanków z butelek po piwie. Techniką z palca, której mnie uczył, uderzając o kuchenny piec. Wcześniej umiałam robić tulipanki z pięści, bo tego mnie nauczyli mali górale z Kościeliska. Lecz technika z palca to wyższa szkoła jazdy. Bardzo Bogusia lubię i cenię jako człowieka i aktora.

Danuta, Maria

Gdy czytałam kolejne fragmenty książki [Danuty Wałęsy], pomyślałam, że częstą postawą żon polityków, dygnitarzy i biznesmenów jest pretensja do mężów o brak czasu dla rodziny. A jednocześnie te panie korzystają ze wszystkich apanaży wynikających z roli, jaką ten mężczyzna odgrywa w świecie, a nie w życiu rodziny. W tej sprawie jestem solidarna z Lechem Wałęsą, czym pewnie się narażę wielu kobietom. Pani Danuta nie byłaby tą Danutą, którą jest obecnie, gdyby nie działalność Lecha. Nie odbierałaby Nagrody Nobla, nie poznałaby tych wszystkich wielkich ludzi, nie byłaby tak szanowana. Jako żona emerytowanego elektryka mieszkałaby dzisiaj w jakimś komunalnym bloku, być może pełna pretensji do męża, że niczego w życiu nie osiągnął.

(…) Panią Marię spotkałam na uroczystości rozdania Srebrnych Jabłek dla najlepszych par wybranych przez czytelników miesięcznika „Pani”. Para prezydencka wówczas zwyciężyła. Bankiet odbywał się w Pałacu Prymasowskim, gdzie zostałam posadzona w niedalekim sąsiedztwie stolika Marii Kaczyńskiej. Ponieważ na sali nie wolno było palić, wychodziłam na papierosa do kuluarów. Kiedy za którymś razem wracałam, Maria Kaczyńska się odwróciła, bo siedziałyśmy do siebie bokiem, i wykonała ten ciepły gest z dwiema dłońmi chwytającymi moją. Przy tym powiedziała: „Dzień dobry, pani Moniko, ja często o pani myślę. Jak pani musiało być ciężko…”. Potem westchnęła i dodała: „Jak nam wszystkim było ciężko… I tak myślę o Marcie, jak sobie z tym wszystkim poradzi”.

Te zdania, choć wypowiedziane w ramach small talku, zrobiły na mnie duże wrażenie. Tym bardziej były ważne i poruszające, że zostały wypowiedziane w czasach największej nagonki PiS na mojego ojca. Pamiętam falę naturalnej sympatii, którą do niej poczułam. […] I tak sobie myślę – że pani Maria była dowodem na to, iż można się różnić poglądami, ale przede wszystkim się jest człowiekiem.

Okładka tygodnika WPROST: 16/2013
Więcej możesz przeczytać w 16/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0