Wyprawa dzięki Air Force Two

Wyprawa dzięki Air Force Two

O kulisach słynnego wiecu w Tbilisi, montowaniu koalicji prezydentów i przerażeniu Micheila Saakaszwilego opowiada „Wprost” europoseł Adam Bielan.

W tym roku tysiące polskich turystów wybrało na wakacje Gruzję. Aż trudno uwierzyć, że dokładnie pięć lat temu polski prezydent przyleciał na wiec w Tbilisi ze słowami: „Jesteśmy tu po to, żeby walczyć”.

Czas bardzo szybko płynie. Byłem wówczas wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego i odpowiadałem m.in. za kontakty z Gruzją. Kiedy wybuchła tam wojna, w PE były wakacje. W tym czasie trwały też igrzyska olimpijskie w Pekinie. Trudno było skontaktować się nawet z sekretarzem generalnym NATO, bo i on wyjechał na urlop. Rosjanie nieprzypadkowo wybrali ten termin.

Jak wyglądały kulisy słynnej wyprawy?

Kilka dni wcześniej do śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego zadzwonił prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili i powiedział, że spodziewa się rosyjskiej agresji. Kaczyński przerwał wypoczynek w Juracie i wrócił do Warszawy. Wezwał najbliższych współpracowników, w tym mnie. Z godziny na godzinę zaczęły do nas docierać coraz dramatyczniejsze doniesienia. Decyzja o wyjeździe zapadła wieczorem 10 sierpnia.

W czasie tej rozmowy Saakaszwili nie uprzedził jednak Lecha Kaczyńskiego, że zamierza sam wysłać żołnierzy do Osetii, co stało się kilka godzin później.


Saakaszwili mówił o planach inwazji rosyjskiej. One pojawiły się już wcześniej jako przecieki w internecie. To miał być taki rosyjski blitzkrieg – w ciągu kilku dni miały być zajęte Osetia Południowa i Abchazja. Rozkaz miał wydać Putin jeszcze przed przejściem ze stanowiska prezydenta na stanowisko premiera.

10 sierpnia Rosjanie są już w Gruzji. Co się dzieje w pałacu na Krakowskim Przedmieściu?

Ze względu na olimpiadę początkowo wydarzenia w Gruzji nie zdominowały medialnych przekazów na świecie. Prezydent Kaczyński chciał więc z jednej strony zwrócić uwagę na to, co tam się dzieje, a z drugiej – przeciwdziałać zajęciu przez Rosjan Tbilisi. Taki scenariusz był poważnie rozważany – że Putin się nie zatrzyma, tylko spełni swoje marzenie, zajmie Tbilisi i obali Saakaszwilego. Lech Kaczyński obecnością swoją i innych przywódców w Gruzji chciał powstrzymać rosyjskie wojska. Siegnął więc po telefon i zaczął dzwonić.

Nie wszyscy się zgodzili. Odmówił mu jego przyjaciel Václav Klaus.

Nikt chyba szczególnie nie liczył w tej sprawie na prezydenta Czech. Panowie się przyjaźnili, ale poglądy na temat roli Rosji w regionie i tego, jak z Rosją należy postępować, mieli różne.

Pozostali nie mieli wątpliwości?

Wszystko odbyło się błyskawicznie. Tylko prezydent Łotwy nie mógł wziąć udziału w wyprawie, chociaż bardzo mu zależało. Był wtedy w Pekinie, a nie było już czasu, żeby zwlekać. Na lot zdecydował się nawet prezydent Litwy Valdas Adamkus, który był wówczas świeżo po ciężkiej operacji, a podróż wymagała kondycji fizycznej. Panowały upały. Dodatkowo planowane było jeszcze międzylądowanie na Krymie, gdzie dołączyli prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko i pierwsza dama Gruzji z dziećmi. Prezydent Adamkus podjął jednak decyzję w ciągu kilku minut. W rzeczywistości lot jeszcze się wydłużył i lądowaliśmy w Azerbejdżanie.

Co się działo w samolocie?

Sytuacja była szczególna, bo przecież lecieliśmy na teren objęty działaniami wojennymi. Z dzisiejszej perspektywy wygląda to inaczej, ale wtedy okoliczności były dość dramatyczne. Na Ukrainie mieliśmy bardzo długi postój. W tupolewie nie działała wtedy klimatyzacja, zrobiło się jak w saunie. Atmosferę podgrzewały dodatkowo obawy o zdrowie prezydenta Adamkusa. Ale on sam wszystkich uspokajał, że nic mu nie będzie. Wtedy też doszło do incydentu z pilotem, który odmówił lotu bezpośrednio do Tbilisi.

Incydent to chyba mało powiedziane. Wściekły prezydent wydawał mu kategoryczne rozkazy...

To nieprawda. Planując tę podróż, braliśmy pod uwagę, że lądowanie w Tbilisi może się okazać niemożliwe. Jako lotnisko zapasowe została wyznaczona Gandża w Azerbejdżanie.Aby się upewnić, że prezydent Alijew zezwoli na przejazd przez Azerbejdżan, prezydent Kaczyński do niego zadzwonił. Reakcja była bardzo pozytywna. Azerowie zapewnili nam potem całą kolumnę terenowych mercedesów. W momencie startu prezydenckiego samolotu z Warszawy nie było już jednak żadnych przeszkód, żeby lądować w Tbilisi. Leciał tam właśnie z Moskwy prezydent Nicolas Sarkozy. A wszystkim zależało na tym, żeby zdążyć do Gruzji przed zakończeniem rozmów Sarkozy’ego z Saakaszwilim i wesprzeć gruzińskiego prezydenta w tych negocjacjach. W czasie międzylądowania na Ukrainie prezydent Juszczenko dopytywał, dlaczego nie lecimy bezpośrednio do Tbilisi, skoro mogą już tam latać samoloty ukraińskie. Lech Kaczyński poprosił więc śp. ministra Władysława Stasiaka o wyjaśnienie tej sytuacji.

A Stasiak zaczął naciskać na pilotów.

Minister Stasiak nie naciskał na pilota, tylko zadzwonił do ówczesnego ministra obrony narodowej Bogdana Klicha. Byłem świadkiem ich rozmowy. Klich stwierdził, że rozumie sytuację i zaraz wyda polecenie, żebyśmy lecieli prosto do Tbilisi. I zrobił to za pośrednictwem Dowództwa Sił Powietrznych, które przysłało faks do pilota. Trwało to chyba z półtorej godziny. Prezydent w tym czasie siedział w saloniku VIP (na lotnisku w Symferopolu – red.) ze swoimi gośćmi. Sytuacja była coraz bardziej niezręczna, ale staraliśmy się robić dobrą minę do złej gry. Po jakimś czasie Juszczenko zaproponował, że podstawi swój samolot, do którego się wszyscy przesiądziemy. Ale to trwałoby za długo i w ostateczności polecieliśmy jednak do Azerbejdżanu. Potem się okazało, że ten wariant był bardziej niebezpieczny, bo przejazd samochodami odbywał się przez tereny, gdzie byli rosyjscy snajperzy.

Chyba nie myśli pan na serio, że mogliby strzelać do takiej VIP-owskiej kolumny!

Ale też sobie nie wyobrażam, żeby strzelali do samolotu. O tym, że lądowanie w Tbilisi było możliwe, najdobitniej świadczy fakt, że ten sam pilot kilka godzin później, tym samym tupolewem, tam wylądował. Podobnie jak samolot prezydenta Juszczenki, który widząc nasze kłopoty z lotnictwem, ściągnął własną maszynę i nią odleciał.

Czyli mieliście poczucie obciachu. Jak się objawiała wściekłość prezydenta Kaczyńskiego?

Nie objawiała się w żaden sposób. Prezydent cały czas prowadził rozmowy z uczestnikami lotu – pozostałymi prezydentami. To propagandziści Platformy rozpuścili wtedy perfidne plotki, że krzyczał czy wpadał do kabiny pilota. Nic takiego nie miało miejsca.

Na pokładzie samolotu mógł jednak obserwować sytuację szef MSZ Radosław Sikorski. Jak to się stało, że wziął udział w tej wyprawie?

Minister Sikorski nie mógł widzieć tej sytuacji, bo siedział za drzwiami w tylnej części samolotu. Co do jego udziału to sprawa była prosta. Postanowił jechać, więc prezydent zaprosił go na pokład. Obóz premiera nie ukrywał zresztą, że minister leci tam w charakterze przyzwoitki.

Premier wiedział wcześniej o planach prezydenta, bo spotkali się w Rębiechowie. Akceptował pomysł?

Premier nie musiał niczego akceptować, ale oczywiście wiedział o wizycie. Poza tym Kancelaria Prezydenta poprosiła kancelarię premiera o samolot. Do czasu katastrofy w Smoleńsku urzędnicy KPRM bardzo często przypominali, że to w ich dyspozycji pozostaje flota lotnicza. Wtedy właśnie tupolewa prezydentowi odmówiono. Minister Arabski stwierdził, że nie ma możliwości podstawienia maszyny. Zwróciliśmy się więc do Amerykanów. A kiedy uzyskaliśmy informację, że oni mogą użyczyć nam swój samolot, przekazaliśmy to KPRM. Tupolew błyskawicznie stał się dostępny.

Poprosiliście Amerykanów, żeby pożyczyli wam samolot?

Byliśmy w kontakcie z Amerykanami cały czas. Kiedy wspomnieliśmy o kłopotach logistycznych, prezydent Bush zaoferował Air Force Two. Gdyby nie ta oferta, to jestem przekonany, że kancelaria premiera nie wydałaby samolotu do dyspozycji prezydenta. Nie byłoby tej wyprawy.

W końcu dotarliście do Tbilisi. Kończyło się już spotkanie Saakaszwilego z Sarkozym.

Szczegóły tych rozmów poznaliśmy dopiero na późniejszej kolacji. Wtedy trwał jeszcze wiec, na którym wystąpił Lech Kaczyński. Powiewały polskie flagi, skandowano: „Polska”, „Gruzja”, „przyjaźń”. Wszyscy pamiętamy te obrazki.

I pan wierzy, że Kaczyński zatrzymał wtedy czołgi przed Tbilisi?

Jestem przekonany, że celem Putina było obalenie Saakaszwilego. Potwierdzają to zresztą dokumenty, które wypłynęły półtora roku temu z Rosji przy okazji konfliktu Putina z Miedwiediewem. Ludzie Putina chcieli przedstawić Miedwiediewa jako człowieka nie do końca stanowczego. Ukazał się film dokumentalny, w którym otwarcie powiedziano, że Putin dążył do obalenia Saakaszwilego, ale Miedwiediewowi zadrżała ręka i gdyby nie Putin, to do wojny by mogło nie dojść. Putin chciał więc zająć Tbilisi, a ta wizyta mu to zdecydowanie utrudniła. O ile wcześniej nie przepadał za Lechem Kaczyńskim, to po tej wyprawie już go otwarcie nienawidził. No bo czy pani sobie wyobraża bombardowanie Tbilisi w czasie, gdy są tam przywódcy czterech krajów Unii Europejskiej? Musiałaby zareagować Unia, NATO.

Teoretycznie mogę sobie wyobrazić kilka dni później. Do dziś jednym z najciekawszych pytań dotyczących tej wojny jest to, dlaczego ostatecznie Putin się zatrzymał.

Mówimy o człowieku specyficznym, ukształtowanym przez KGB. Nigdy się nie dowiemy, co może siedzieć w jego głowie. Może za iks lat wypłyną kolejne dokumenty. Jestem przekonany, że ta wizyta odegrała olbrzymią rolę. Poza tym Putin podyktował przecież Sarkozy’emu treść porozumienia, które było korzystne dla Rosji i bardzo niekonkretne, jeśli chodzi o integralność terytorialną dla Gruzji.

Ale Saakaszwili je podpisał. Lech Kaczyński był tym podobno bardzo zawiedziony.

Po wiecu Saakaszwili zaprosił nas na kolację do restauracji na dachu jednej z kamienic na starówce w Tbilisi. Rozciąga się z niej wspaniały widok na miasto. Tam relacjonował rozmowy z Sarkozym. Opisywał je jako przystawienie mu pistoletu do głowy. Był roztrzęsiony. Sarkozy nie pozostawił mu wyboru – albo podpisujesz, albo rosyjskie czołgi wjeżdżają do Tbilisi. Prezydent Francji był zdeterminowany. Chodziło przecież o jego osobisty prestiż w Unii Europejskiej i w samej Francji, która sprawowała wtedy prezydencję. Potrzebował sukcesu PR-owego. No i nasz incydent z samolotem okazał się tu bardzo ważny. Te rozmowy mogłyby zupełnie inaczej wyglądać, gdyby prezydenci zdążyli dojechać na rokowania. Sarkozy nie pozwoliłby sobie na szantażowanie Saakaszwilego w obecności prezydentów Kaczyńskiego, Adamkusa, Juszczenki.

Po kolacji wróciliście do kraju. Pojawiały się sygnały, że wskutek rozczarowania Kaczyńskiego ustępstwem Saakaszwilego ich relacje się ochłodziły. Może to było jednak nadmierne zaangażowanie polskiego prezydenta?

Do Polski wróciliśmy następnego dnia. Prezydent rozumiał, że Saakaszwili był podczas rozmowy z Sarkozym w bardzo trudnej sytuacji. Nie pamiętam, aby miał do niego pretensję. Przypominam sobie za to zabawną historię. Już po powrocie do Warszawy w gabinecie prezydenckim pojawił się śp. minister Mariusz Handzlik i powiedział, że amerykańska sekretarz stanu Condoleezza Rice zadzwoniła właśnie z podziękowaniami za wizytę w Tbilisi… Radosławowi Sikorskiemu. Podkreślała, że gdyby nie wyprawa, to Rosjanie weszliby do stolicy Gruzji. Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem, bo znany był przecież stosunek Sikorskiego do tej podróży. Ale chwilę później do Kaczyńskiego dzwonił już osobiście George W. Bush.

Nigdy nie miał pan poczucia, że Saakaszwili gra jednak jakąś własną grę, wykorzystuje Lecha Kaczyńskiego? Nawet wtedy, gdy w czasie kolejnej wizyty nieoczekiwanie wywiózł go w miejsce, gdzie padły strzały? Polskie służby realnie zakładały wtedy możliwość gruzińskiej prowokacji.

Nie miałem. Jaka miałaby to być prowokacja? Mieli strzelać Gruzini, ślepakami, taki show? Czy prowokacja miała polegać na podjechaniu pod granicę? Żeby przekonać Lecha Kaczyńskiego, że tam strzelają? To nie trzyma się kupy. Przecież o tym wiedział cały świat, że Rosjanie żadnego porozumienia nie przestrzegają. Taka prowokacja mogłaby zresztą bardzo szybko wyjść na jaw, po co Saakaszwili miałby więc ryzykować relacje z najbliższym sojusznikiem. Absolutnie wykluczam taką wersję. Co do samego raportu ABW, który pani wspomina – był on elementem walki politycznej w Polsce, chodziło o ośmieszenie prezydenta. Po krótkim czasie został zresztą, jak wiadomo, całkowicie zmieniony.

W tych dwóch wyprawach gruzińskich z perspektywy pięciu lat widać sygnały alarmowe. Czerwone światełka, z których nikt nie wyciągnął potem wniosków. Presja polityków na pilotów prezydenckiego samolotu, którą potem łączono z katastrofą smoleńską. Kompletnie zdezorientowany BOR, który w Gruzji nie mógł dogonić własnego prezydenta. I wciąż popełnia elementarne błędy, po czym „wdraża procedury naprawcze”.

Od dawna mam krytyczne zdanie na temat kierownictwa Biura Ochrony Rządu, a dziś BOR jest wręcz przedmiotem żartów. Ale jeśli chodzi o wątek samolotu, patrzę na to inaczej. Z żyjących osób jestem być może już jedynym bezpośrednim świadkiem tamtych rozmów na pokładzie i właśnie dlatego nigdy nie uwierzyłem w rzekome naciski w Smoleńsku. Na Ukrainie wszystko odbywało się na płycie lotniska, a nie w powietrzu. Pilot odmówił wykonania rozkazu, wylądował gdzie chciał i włos mu z głowy nie spadł.

Jak to nie spadł? Natychmiast zaczęło się oczernianie, a nawet wnioski polityków PiS o ukaranie pilota. Drugim pilotem był w tym samolocie kpt. Arkadiusz Protasiuk, który na pewno dobrze to zapamiętał.

Pilot podjął samodzielną decyzję i nie poleciał do Tbilisi, choć lądowały tam inne samoloty, a kilka godzin później i on sam. Nie został w żaden sposób ukarany. A całą sprawę pierwsi rozdmuchali w polskich mediach politycy PO.

Mówi pan tak, bo za chwilę pan wraca do PiS. Kiedy?

W każdym wywiadzie jestem pytany o powrót do Prawa i Sprawiedliwości. Jak widać – nawet podczas rozmowy na temat Gruzji. ■

Okładka tygodnika WPROST: 33/2013
Więcej możesz przeczytać w 33/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • jojobrudzio IP
    A co potem było ?
    Zabrakło tuszu ?
    Ani 1 grosza nie zapłacę aby się dowiedzieć jak było dalej. Wszyscy rozgarnięci to widzieli i słyszeli Niekoniecznie z polskich mediów Wielu zna języki I przekazy, szczególnie amerykańskie były jednoznaczne Pajac Sakaszwili zaczął się kopać z koniem Wynik kopania był znany zanim się zaczął kopać z tym koniem

    Czytaj także