Wszystko to kłamstwo

Wszystko to kłamstwo

Są gwiazdy, które słabo zdają egzamin jako ludzie - mówi Katarzyna Dowbor, która po 30 latach pracy w telewizji publicznej napisała książkę „Mężczyźni mojego życia”.

Czytając pani książkę, miałam poczucie, że…

O, teraz usłyszę opinię. Proszę bardzo, niech pani mówi.

...że niby delikatnie, śmiesznie, anegdotycznie, ale szpile pani wbija. A to, że Zbigniew Wodecki to dusigrosz, który grał nawet kilka koncertów dziennie…

A wie pani, ile on zawsze miał osób na utrzymaniu? Bynia bardzo lubię. Inteligentny, świetny gość.

...Janusz Atlas - pani drugi mąż – który pił i bił, już nie żyje, więc łatwiej było pisać negatywne historie.

Wie pani, te same historie, które opowiedziałam o Januszu Atlasie, swoim drugim mężu, w formie anegdot, mam wrażenie, że dość lekkim językiem, mogłam opowiedzieć poważnie, bo przecież przeszłam gehennę żony alkoholika.

Czytałam to jako gehennę żony alkoholika.

A może przeczytają to żony alkoholików, które nie mogą się zdecydować, żeby odejść?

Czyli misja?


Trochę tak. Powiem szczerze, że już mogę sobie na tę misję pozwolić po tylu latach. Już bez płaczów, bez robienia tragedii mogę opisać rzeczy, które mnie spotkały. Jestem przykładem tego, że nie powinno się tkwić w takim związku jak mój z Januszem Atlasem. Mnie się wydaje, że trochę za długo z nim byłam. Ale napisałam o tym nie po to, żeby się skarżyć.

A po co?

To jest zbiór anegdot z mojego życia i ja bym aż tak mocno się w to nie wbijała, nie analizowała.

Nie? Ja to czytam jak pani biografię. Jednym mężczyznom pani oszczędziła, pisząc o nich w samych superlatywach, innych pognębiła.

We wstępie napisałam, że są tacy, którzy w niej siebie nie znajdą. Albo nie byli warci, albo nie chciałam psuć tego, co między nami było.

Szukałam w pani książce nazwiska na b, słynnego redaktora naczelnego tygodnika opinii, i nie znalazłam...

Bo jest pod T. jako tata Marysi, mojej córki. I napisałam o nim prawdę. To mężczyzna, którego szanuję. Jest ojcem mojej córki i mamy swój świat, którego nie chcę odkrywać. Nie muszę. Poza tym sytuacje z Januszem Atlasem były bardziej anegdotyczne. W sprawach moich z Jurkiem, tatą Marysi, nie ma żadnych zabawnych sytuacji, jest tylko życie. Zresztą myślę, że na to też potrzeba czasu. Moje małżeństwo z Januszem to były lata 80. i nie dlatego tak dużo o Atlasie napisałam, że nie żyje, tylko dlatego, że przeżyłam z nim wiele śmiesznych przygód. Dopóki żył, nigdy nie mówiłam publicznie na temat jego wybryków.

Bo była pani lojalną żoną.

Byłam. Nie było sensu robić mu krzywdy, atakować. Teraz też nie ma ataku, tylko anegdoty. O każdym innym mężczyźnie też.

A pani w tej książce to mądra, piękna, inteligentna, nieskazitelna, która nic złego na sumieniu nie ma. Anioł po prostu.

Co przeżyłam, to moje. A na sumieniu mam dużo, jak każdy człowiek. Jednak to nie jest książka o mnie.

A o kim?

O moich przygodach. O mężczyznach, z którymi pracowałam, byłam związana.

O pani bracie, o ojcu, o synu. Biografia po prostu. Mężczyźni wiedzą, że pani ich opisała?

Nie. Żaden nie wie. Nie musiałam pytać o zgodę.

Krzesimir Dębski wjeżdżający na imprezę nago na koniu, do tego grający na skrzypcach.

To najlżejszy z jego wybryków (śmiech). Opisałam mężczyzn z mojego życia. Ale to tylko 20 proc. mojej wiedzy.

Dziennikarz pisze wszystko albo prawie wszystko.

Nie takiego dziennikarstwa mnie uczono. Dziennikarz nie może kosztem rozgłosu niszczyć życia innym. Jest parę osób, które mogłam opisać i skrzywdzić. Nie zrobiłam tego. Wracając do tego, że jestem aniołem, to po co miałam pisać o sobie złe rzeczy?

Właśnie, zwłaszcza że zaczyna pani nowy etap w życiu zawodowym.

Podejrzewa pani, że mam coś strasznego na sumieniu? Robiłam błędy i z tej książki to wynika. Moje życie jest nietuzinkowe i jak się śmieją moi znajomi, to jeszcze kilka osób na nim by pożyło. Dużo się działo. I cały czas liczyłam na to, że napisałam książkę anegdotyczną, a pani mi tu mówi, że to jest biografia.

W dodatku bardziej prywatna niż zawodowa.

Nie rozumiemy się. Tu nie ma prywatności. W tej książce wspominam te wszystkie rzeczy, o których mówiłam w wywiadach, w rozmowach…

Chce pani powiedzieć, że te informacje, które są w książce, już pani nieraz sprzedała?

Nie. Ale to, że miałam trzech mężów, nie jest żadną tajemnicą. Po pierwsze, uprawiam taki zawód, że moja prywatność znana jest dużej grupie ludzi. Po drugie, żyjemy w takich czasach, że nawet jeśli ja czegoś nie powiem na temat swojego życia prywatnego, to zaraz to zostanie wymyślone albo poinformuje o tym ktoś ze „źródeł zbliżonych do Dowbor”. Szczerze, to wolę sama powiedzieć tabloidom o tym, co robię, jakie mam plany i dokąd jadę na narty.

A dokąd pani jedzie?

Do Włoch. Na początku grudnia. Rozpoczynam sezon. Muszę utrzymać moją pozycję lidera w slalomie gigancie gwiazd. Wolę mówić, informować tabloidy, niż potem czytać o czymś, czego ani nie powiedziałam, ani nie zrobiłam. Nam się zarzuca, że sprzedajemy swoją prywatność. Jeszcze raz mówię, że gdybym nie odpowiadała na pytania zadawane przez dziennikarzy tabloidów, to pisaliby to, co akurat przyszłoby im do głowy na mój temat. A ja wolę panować nad tym, co o mnie piszą. Oczywiście każdy ma swoją strategię. Jedni rzucają słuchawką, kiedy dzwoni tabloid, a ja rozmawiam.

Autocenzuruje się pani? Pytam, bo wiem, że ostatecznie z książki wycięła pani – jak to nazywa – anegdoty na temat np. Wiesława Walendziaka.

Jednych oszczędziłam, drugich nie. Zapyta pani dlaczego. Bo jednych lubiłam, a drugich nie.

Walendziaka pani lubiła?

Nie. Ale wydawca wyciągnął ze mnie za bardzo osobiste rzeczy, o których publicznie w książce nie chciałam mówić. Walendziak odpuścił, nie ma go w życiu publicznym. Nie chcę, żeby ta książka była skarżeniem się.

Na TVP, na Jerzego Kapuścińskiego, szefa Dwójki, się pani skarży.

Wie pani, dlaczego zdecydowałam się o nim napisać? On nie miał obowiązku przedłużać mi kontraktu, zatrudniać mnie, bo ma prawo pracować, z kim chce. Jednak mnie chodzi to, w jaki sposób ze mną się rozstał, jak mnie potraktował. Gdybym nagle została szefem Dwójki i chciała się z kimś rozstać, to takiego kogoś bym wzięła i w twarz powiedziała: „Słuchaj, nie pasujesz mi do zespołu, nie chcę z tobą pracować, masz trzy miesiące wypowiedzenia, szukaj sobie pracy”. A ja się próbowałam dostać do Kapuścińskiego i się dowiedzieć, dlaczego zdjął mój program, który miał oglądalność i sponsora. Półtora roku o to prosiłam, ale bezskutecznie. Nie mogłam się przebić przez sekretarkę.

Nie lubił pani, nie cenił?

Zawsze był mrukowaty, więc nie wiem. Znaliśmy się wiele lat i byliśmy kolegami z pracy. Tyle. Są ludzie, którzy nie powinni dostawać władzy do ręki, bo w tym momencie zatracają całe swoje człowieczeństwo. Wszystko można ludziom powiedzieć, ale trzeba wiedzieć, w jaki sposób. Dlatego, mimo że wiem dużo, to wielu rzeczy o różnych ludziach w tej książce nie powiedziałam.

Wiem, że pani uważa, iż od prezesowania Wiesława Walendziaka zaczął się upadek telewizji publicznej.

A skąd pani to wie, skoro nie ma tego w książce? To nie jest książka o telewizji. Telewizja publiczna się dla mnie skończyła. Teraz jest prywatna.

Od niedawna. Od ponad dwóch miesięcy.

Ale robię to, co robiłam w publicznej. I do głowy by mi nie przyszło, że w telewizji prywatnej będę robić misyjny program.

Za lepsze pieniądze?

Na pewno w dużo lepszych warunkach. W TVP coś się rozlazło. Teraz mam porównanie, że tu, w prywatnej stacji, jest bardziej profesjonalnie. Nie chcę przywalać telewizji publicznej. Nie w tym celu napisałam tę książkę. Mam wrażenie, że pani traktuje tę książkę jako moje rozliczenie z TVP.

30 lat tam pani przepracowała.

Jeszcze raz mówię, że ta książka to anegdoty z mojego życia prywatnego i zawodowego.

W maju zakończyła pani pracę w TVP, w sierpniu zaczęła pani w Polsacie, a teraz w październiku wychodzi książka, więc chcąc nie chcąc, pani podsumowuje, rozlicza.

Wie pani, napisałam tę książkę, bo miałam dwa miesiące luzu. A że ja muszę coś robić… Może po to musiałam wylecieć z publicznej, żeby usiąść i napisać książkę. Kiedy książka już była prawie gotowa, okazało się, że jest casting do programu w Polsacie i poszłam na niego. I wygrałam.

Wydawca powinien się cieszyć. Plotkują, że Agata Młynarska przez panią odeszła z Polsatu.

Przypuszcza pani, że Agata chciałaby prowadzić program o remontowaniu domów? Widziała mnie pani w roboczym ubraniu, walącą w kafelki. Agata, piękna kobieta, superlaska z kilofem – to nie pasuje. Przeczytałam bzdurę, że Agata wymyśliła program „Nasz nowy dom”, a ja go dostałam. Przecież to format, a nie polski pomysł. Agata jest ode mnie młodsza i ma odpowiedni szacunek do starszej koleżanki, ostatniej spikerki Telewizji Polskiej (śmiech). Obie lubimy estradę. Również dlatego, że estrada daje fantastyczną adrenalinę i kontakt z żywym widzem. Agata robi teraz program, w którym swoją piękność może podkreślać.

Pani się medialnie odchudzała, informowała o wynikach.

Dzwonili i pytali, ile schudłam, to odpowiadałam na pytania. Faktem jest, że schudłam 16 kg. Trochę dla siebie, ale też po to, żeby dobrze wyglądać. Jednak ja nie jestem w telewizji superlaską, tylko robotnikiem na budowie.

Bo taką dostała pani propozycję. Gdyby była inna, np. elegancki program w studiu, toby pani ją przyjęła, bo czasy mamy trudne…

Oczywiście, że człowiek szuka pracy i gdy zadzwoniono do mnie z pytaniem, czy wezmę udział w castingu, to na początku nie wiedziałam do czego. Jednak ten telefon był nieprzypadkowy, bo ludzie w produkcji wiedzieli, że ja lubię budować, organizować. Wygrałam z kilkunastoma znanymi kobietami. I od razu uprzedzę pani pytanie – syn za mną nie lobbował, u nikogo się nie wstawiał. Mój syn ma jedną zasadę…

Matce nie pomaga?

(śmiech) My się sobie nawzajem w swoją pracę nie wtrącamy. On od dziesięciu lat walczy o to, żeby być Maciejem Dowborem, a nie synem Katarzyny Dowbor. Śmieje się, że teraz to ja bardziej jestem matką Macieja Dowbora. Moja córka jest na szczęście inna i będzie chyba jedyną osobą w naszej rodzinie, która nie będzie miała nic wspólnego z mediami. To typ naukowca. Teraz pisze pracę o Mrożku. Ojciec dba o jej rozwój intelektualny, bo ja jestem już ponad dwa miesiące na budowie.

Pisze pani, że na Januszu Zaorskim, który był prezesem do 1993 r., skończyła się dobra TVP.

Bo Janusz Zaorski to był według mnie ostatni dobry szef telewizji publicznej. W kolejnym zdaniu napisałam, że patrzę na tamten czas z mojego punktu widzenia, bo miałam lepsze warunki do pracy, bo pewnie bardziej pasowałam do tamtego pomysłu na telewizję. Każdy z nas idealizuje swoją młodość i ja pewnie też. Dla kogoś rok 1981 jest rokiem strasznym, a dla mnie to wspaniały okres walki…

I dwóch miesięcy na nartach w Zakopanem.

Też. Ale oprócz tego spałam na styropianie, pisałam „Gazetę Strajkową” itd.

Wtedy była pani w związku z Tadeuszem Winkowskim, którego nazywa pani czule Tadzinkiem, a który później stał się potentatem drukarskim.

I dlaczego ja za niego nie wyszłam? Zaczynaliśmy oboje na powielarce…

W 1983 r. była już pani w Trójce.

I w tym samym roku byłam już w telewizji. Moje życie to kawałek historii Polski, historii mediów. Dziwne by było, gdybym się do tego nie odnosiła. Ta telewizja stała się nawet nie drugim, tylko pierwszym domem, o co mam też do siebie pretensje, bo może za dużo jej oddałam krwi, a na koniec dostałam kopa.

Teraz w swojej książce kopa wymierza pani Wojciechowi Mannowi, Krzysztofowi Maternie.

To nie kop, to prawda. Wojciech Mann… O Jezu. Każdy, kto go zna, kto zna również Maternę, przyzna mi rację. Wie pani, u nas boimy się kalać świętości, a Mann i Materna to były w telewizji świętości. Słyszała pani o Mannie kiedykolwiek coś złego? Kiedyś występowałam w „Szansie” świątecznej, podczas której znane osoby śpiewały ze swoimi dziećmi. I tu niespodzianka. Prowadzący nie wyszedł się z nikim przywitać. W końcu zaczęło się nagranie. Mann był bardzo oficjalny, jakbyśmy się zupełnie nie znali. Dziwne to było. Po czym Mann przyłączył się do Mak- symiuka zasiadającego w jury i zaczęli atakować, że Polacy nie mają słuchu, że nie potrafią śpiewać. To był lincz nad naiwniakami, którzy zgodzili się przyjść do miłego – jak się nam wydawało – programu… A niech pani popyta ludzi, którzy z nim pracowali bądź pracują. Niech pani porozmawia z Elką Skrętkowską, która stworzyła „Szansę na sukces”. Ona przez Manna nic teraz nie robi, a jest panią po pięćdziesiątce.

Przez lata zarobiła na tym programie.

W publicznej? Miała po prostu co miesiąc pensję. Mann odszedł z dnia na dzień. Nie pomyślał o Skrętkowskiej, o pani redaktor w wieku przedemerytalnym. Przez parę miesięcy byłam bez pracy, w lekkiej panice, więc wiem, jak to może być.

Przecież pani od dawna ma drugą zawodową nogę. Prowadzi pani koncerty, nawet disco polo.

I co tego, że disco polo? Kiedyś poznałam Sławka Świerzyńskiego z zespołu Bayer Full, razem prowadziliśmy przez dziesięć lat fajne koncerty dla Dwójki, potem gdy chwilę byłam bez pracy, zaproponował mi współprowadzenie festiwalu. Ludzie go oceniają przez pryzmat piosenek, które śpiewa, a to jest naprawdę fajny facet.

„Majteczki w kropeczki” i te sprawy.

No właśnie. Pani też. Ostatnio swoją nową piosenkę mi podśpiewał i powiem pani, że naprawdę fajna.

Pani dedykował?

Nie, nie. Lubimy się i mamy wspólne hobby – konie. Szanuję go, bo jest prawdziwy. Są ludzie cudownie medialnie sprzedani i plastikowi albo po prostu medialni oszuści. Przesłaniem tej książki jest też to, by odbrązowić tych, co są na pomnikach. Mogłam mocniej w tej książce Mannowi przywalić, ale nie chciałam, bo po co mi to. Napisałam o nim, bo ludzie oglądając go, myślą, że to jest taki porządny ciepły misio. A tymczasem on z tym z ciepłym misiem nie ma nic wspólnego. Zresztą przypadek Manna nie jest odosobniony. Niedawno jeden z operatorów mi opowiadał, że Wojciech Cejrowski, który spędził z operatorami, dźwiękowcami trzy tygodnie w buszu, kazał do siebie mówić „panie Wojtku”, uważał się za kogoś lepszego.

Pani jest znana z tego, że od razu się zakolegowuje.

Jestem z całą ekipą po imieniu, bo jestem członkiem ekipy, nie gwiazduję. Są gwiazdy, które słabo zdają egzamin jako ludzie. Chciałabym uświadomić mojemu czytelnikowi i widzowi zarazem, że to, co w telewizji, ten tzw. wizerunek, to czasami kłamstwo. Wie pani, warto może by się przejść po osiedlach, na których mieszkają celebryci, i popytać sąsiadów, jak się zachowują.

Do pani pod Warszawę też?

Zapraszam. Przekona się pani. Proszę iść i pytać. Widziałam kiedyś pewną znaną kobitkę, a jakże, która opowiadała przed kamerą o swojej wielkiej miłości do psów, tuląc przy tym i całując pieska. Wszystko do czasu, do końca ujęcia. Gdy kamera przestała grać, było tylko: „Zabierzcie to ode mnie, bo śmierdzi”. Dla mnie to jest nie do pojęcia. Wie pani, teraz robimy program, w którym remontujemy ludziom domy. A przy okazji wszystkim psom kupujemy ciepłe budy. Nie umiem być letnia. Nie umiem iść do pracy, a potem wrócić do domu i nie pamiętać, co robiłam. W tej chwili żyję tymi budowami. Nie umiem się nie angażować. Czasami przeginam oczywiście. Myśli pani, że umiałabym gadać z robotnikami tylko na wizji? Ja się z nimi znam, znam się też trochę na ich robocie. Pogadam, pożartuję, ale jak trzeba, to ich opier… Ale nie oszukuję, nie gram jakiejś gwiazdy.

Następna książka będzie o kobietach?

Niech już się boją. Jest taki pomysł. Będzie ostrzej.

Bo pani z kobietami się nie przyjaźni.

W środowisku telewizyjnym to po prostu niemożliwe. Zresztą przyjaźń z mężczyznami też nie. Na początku lat 90. do TVP przyszedł Tomasz Lis. Został reporterem w „Wiadomościach”, których szefem był wówczas Jarosław Gugała. A Tadzio Zwiefka je prowadził. Nie pamiętam, jak to się zaczęło, ale powstał taki zwyczaj, że we czworo chodziliśmy na piwo. Byłam jedyną kobitką w tym gronie, ale że mam dość męski umysł, to ich tematy mi nie przeszkadzały. Rozmawialiśmy głównie o polityce. Oni wszyscy się wtedy bardzo przyjaźnili. Dziś Tomek Lis i Gugała, mówiąc delikatnie, nie przepadają za sobą, a to przecież właściwie Gugała wylansował Lisa, ambitnego, ale bardzo młodego chłopaka, świeżo po studiach. Potem to Lis się odwdzięczył, dając Gugale szansę w Polsacie, gdy ten nie miał pracy, więc się wyrównało. Nie wiem, o co im poszło. Trzeba im obu oddać, że nie chcą mówić o swoim konflikcie. Jeden na drugiego nie nadaje. A Zwiefka poszedł w politykę i od lat europosłuje w Brukseli. W książce piszę, że: „W przyjaźń telewizyjną już nie wierzę. Jak ktoś się przyjaźni, to pytam: Do kiedy? Taka przyjaźń kończy się przy najbliższym, nieuniknionym konflikcie interesów. Gdy jedna robi karierę, a druga czeka na propozycje. Taki to jest zawód”.

Czyli kumpelska Kasia Dowbor to maska?

Nie, lubię ludzi. Nawet bardzo. Ale są tacy, którzy mnie wkurzają, bo źle traktują innych, i wtedy potrafię być bezwzględna. ■

Okładka tygodnika WPROST: 41/2013
Więcej możesz przeczytać w 41/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także