Kopista z Uniwersytetu

Kopista z Uniwersytetu

Sejmowy ekspert i politolog z Uniwersytetu Warszawskiego jeden z rozdziałów swojej książki skopiował z referatu swojej studentki.

Sprawa wyszła na jaw przed rokiem, gdy do sekretariatu Instytutu Europeistyki Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW dotarła książka wiceszefa tej placówki dr. Piotra Wawrzyka. Praca zatytułowana „Sądy cywilne w procesie integracji europejskiej” wpada w ręce pracującej w sekretariacie Aleksandry Sz. Kobieta jeszcze kilka miesięcy wcześniej była studentką dr. Wawrzyka i w ramach zaliczenia przedmiotu przygotowywała referat na temat sądownictwa na Litwie. Bardzo podobny do tego, który dr Wawrzyk umieścił w swojej książce. Żeby się upewnić, Sz. odnajduje wysłany naukowcowi kilka miesięcy wcześniej e-mail z referatem. Jego treść porównuje z fragmentem książki doktora. Nie ma wątpliwości: dr Wawrzyk skopiował część swojej pracy z jej referatu. Praktycznie wszystko się pokrywa co do słowa. W sumie ponad 2,5 tys. znaków.


Bomba wybucha następnego dnia, gdy Sz. opowiada o tym prof. Konstantemu Adamowi Wojtaszczykowi, dyrektorowi Instytutu Europeistyki. Jest on przełożonym i jej, i Wawrzyka. Wkrótce sprawę opisuje też w liście do dziekana, do którego dotarliśmy. „Nie mogłam postąpić inaczej”– pisze do władz wydziału. „Mając świadomość, że mogę przekreślić czyjś dorobek, wolałabym nigdy nie zajrzeć do książki pana doktora i spać spokojnie”.

Mizerny plagiat

Sprawa dotyczy nie byle kogo. Dr Piotr Wawrzyk to nie tylko pracownik UW, ale też ekspert sejmowej komisji ds. Unii Europejskiej i uczestnik negocjacji akcesyjnych Polski do Unii Europejskiej. Często komentuje wydarzenia polityczne w radiu i telewizji. Ma opinię pracowitego. Wspomnianą już książkę „Sądy cywilne w procesie integracji europejskiej” wydał w 2011 r. i na jej podstawie ubiegał się o habilitację. W polskim systemie uczelnianym habilitacja daje liczne przywileje związane z pozycją tzw. samodzielnego pracownika naukowego.

W styczniu 2012 r. rada wydziału podejmuje uchwałę o wszczęciu przewodu habilitacyjnego Piotra Wawrzyka i wyznacza dwóch recenzentów. Mają oni ocenić, czy książka Wawrzyka oraz jego dorobek naukowy spełniają kryteria niezbędne do uzyskania habilitacji. Gdy wybucha afera plagiatowa, przewód habilitacyjny Wawrzyka jest już niemal na ukończeniu: gotowe są wszystkie recenzje, wyznaczony jest nawet termin kolokwium. Mimo to władze wydziału obiecują Aleksandrze Sz., że całą sprawę wyjaśnią.

– Podjąłem wszelkie działania, jakie umożliwiało mi obecne ustawodawstwo – zapewnia dziekan prof. Janusz Adamowski, który podjął decyzję o wstrzymaniu kolokwium. Sprawę poleca wyjaśnić komisji ds. przewodu powołanej przez radę wydziału. Na jej czele staje prof. Tadeusza Mołdawa. Komisja kierowana przez niego po kilku tygodniach uznaje jednak, że nic się nie stało.

– Skala domniemanego plagiatu jest mizerna, a nawet problematyczna – tłumaczy dziś dziekan Adamowski. Według prof. Mołdawy przepisany od Aleksandry Sz. fragment nie ma wartości naukowej, a tylko informacyjną. Trudno więc mówić o plagiacie. – Zapożyczenie, które pojawiło się w rozprawie habilitacyjnej dr. Wawrzyka, nie jest szczególnie rażącym naruszeniem prawa autorskiego – tłumaczy dziekan Janusz Adamowski. Jednak doradził doktorowi, że wobec kontrowersji będzie lepiej, jeśli zamknie on swój przewód habilitacyjny. W marcu 2013 r. rada wydziału podjęła bezprecedensową uchwałę o zamknięciu przewodu habilitacyjnego dr. Piotra Wawrzyka. Nikt nie podał przyczyn tej decyzji, choć większość profesorów wiedziała, o co chodzi. Wydawało się, że cała sprawa zostanie w ten sposób wyciszona.

Nie utrudniać awansu

Problem w tym, że plagiatami nie powinny się zajmować władze wydziału, lecz komisje dyscyplinarne istniejące przy uczelniach. Ustawa o szkolnictwie wyższym dokładnie opisuje sposób postępowania w wypadku przyłapania wykładowcy akademickiego na tego typu procederze. Plagiat to jedno z najcięższych przestępstw naukowych. Dlatego rzecznicy dyscyplinarni wszczynają postępowanie przeciwko plagiatorom z urzędu. Komisja dyscyplinarna przypomina dwuinstancyjny sąd, przed którym podejrzany o plagiat występuje ze swoim obrońcą. Wyrok może być dotkliwy i nawet na zawsze pozbawić prawa wykonywania zawodu. Dlaczego w wypadku dr. Wawrzyka odstąpiono od tej ustawowej procedury?

– Nie wydaje mi się, aby na tym etapie sprawy, a więc wyjaśniania jej, istniała realna potrzeba powiadamiania rzecznika dyscyplinarnego o takiej kwestii. Tym bardziej że jej społeczna szkodliwość nie wydawała się oczywista – odpowiada prof. Adamowski. Być może chodziło o to, by sprawy nie przeciągać ani nie utrudniać doktorowi awansu naukowego. Bo gdy o sprawie zrobiło się ciszej, rada wydziału podjęła decyzję o ponownym otwarciu procedury habilitacyjnej dr. Wawrzyka.

– Sprawa jednak żyła już na wydziale własnym życiem – mówi nam jeden z profesorów WDiNP. – Wawrzykowi nie dawano wiary, ale nikt też nie chciał przeciwko niemu wystąpić. Wiadomo, zawodowa solidarność – tłumaczy. Prosi o niepodawanie nazwiska, do emerytury zostało mu już niewiele, po co psuć sobie kontakty z kolegami. Inny pracownik WDiNP (z tytułem doktora habilitowanego, więc także mający dostęp do posiedzeń rady wydziału), przypomina sobie jednak, że przez kilka tygodni po wybuchu afery plagiatowej sytuacja wokół Wawrzyka była nieprzyjemna. Wydawało się nawet, że sprawa mocno mu popsuje akademicką karierę. Nie trwało to jednak długo.

Ofiara uczciwości

Biblioteka uniwersytecka. Dr Wawrzyk szuka ustronnego miejsca w uniwersyteckiej stołówce, by tę wstydliwą historię mi opowiedzieć. Stara się mówić spokojnie: że dotychczas napisał siedem książek, że nie było do nich zastrzeżeń, że sprawa jest dla niego bolesna i że gdy się dowiedział o zarzutach, chciał odejść z uczelni. Że sprawa złamała mu karierę naukową i życie. W końcu jednak wycofał pierwsze wydanie spornej książki, poprawił ją, ponownie zredagował i za własne pieniądze ponownie wydał.

Tuż przed wybuchem afery ktoś (nie chce powiedzieć kto) powiedział mu, że wkrótce wyjdą na światło jego ciemne sprawki. Twierdzi, że kwestionowany rozdział napisał sam już w kwietniu 2009 r. Czyli ponad pół roku wcześniej, niż Sz. przysłała mu swój referat. Na dowód w wersji elektronicznej przekazał swój dokument z datą 29 kwietnia 2009 r. Dr Piotr Wawrzyk tłumaczy, że podczas zajęć zwykle siada blisko studentów, rozkładając swobodnie swoje notatki. Może ktoś je skopiował? Skoro tak, to dlaczego nie zauważył, że praca zaliczeniowa Aleksandry Sz. została ściągnięta z jego notatek? – Mój błąd – odpowiada dziś. – Jakoś tego nie wychwyciłem.

Naukowiec najwyraźniej nie wychwycił jednak jeszcze jednej rzeczy: w przypisach swojej książki zaznacza, że pisząc tekst, korzystał ze strony internetowej 10 stycznia 2010 r. Jeśli prawdą jest, że rozdział książki napisał pół roku wcześniej, to jak to możliwe? W dodatku styczeń 2010 r. to moment, kiedy Aleksandra Sz. oddawała mu pracę zaliczeniową. Oszustwo wydaje się zatem oczywiste. Niemniej jednak prof. Tadeusz Mołdawa wzywa Aleksandrę Sz. na rozmowę. Przedstawia wersję Wawrzyka, prosi o wyjaśnienia. Ta tłumaczy, że każdy użytkownik komputera może dowolnie zmieniać datę powstania dokumentu w systemie Windows. Wystarczy przestawić datę w osobistym komputerze. Nagle Aleksandra Sz. z osoby oskarżającej staje się podejrzaną. Sama musi się tłumaczyć, że nie ukradła notatek Wawrzykowi.

„Dowód, który ma upokorzyć mnie i zrobić ze mnie złodziejkę osobistych materiałów pana doktora, jest według mnie spreparowany” – pisze w liście do dziekana. „Staję się ofiarą swojej własnej uczciwości i lojalności wobec wydziału. Dlaczego osoby wiedzące o sprawie starają się stawiać w sytuacji dr. Wawrzyka, a nie mojej?” – pyta w liście do dziekana.

W glorii chwały

Aleksandra Sz. jest dotychczas jedyną ofiarą odkrytej przez siebie afery plagiatowej. Dziś nie chce o tym rozmawiać z dziennikarzami. Mówi tylko, że z całą sprawą nie chce mieć już nic wspólnego. Od kilku miesięcy nie pracuje już zresztą na wydziale, wyjechała z Polski. Gdy mówimy, że dotarliśmy do jej listu, publikacja dotycząca dr. Wawrzyka zatem i tak powstanie, prosi, żeby nie podawać jej nazwiska. Ponownie odmawia rozmowy.

– Wszystko, co miałam w tej sprawie do powiedzenia, przekazałam władzom wydziału. Teraz to już nie mój problem, chcę o nim zapomnieć – dodaje, odkładając słuchawkę.

– Dla mnie sam plagiat, choć obrzydliwy, nie jest w tym wszystkim najważniejszy. Najgorsze, że Wawrzyk w całą sprawę wplątał uczciwą dziewczynę, która po tym wszystkim odeszła z pracy. Nie wiem, czy z jego powodu, czy nie. Wiem natomiast, że Wawrzyk znów chodzi po wydziale w glorii chwały, pewnie niedługo zrobi habilitację – dodaje naukowiec. ■

Okładka tygodnika WPROST: 45/2013
Więcej możesz przeczytać w 45/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0