Interes nie do końca publiczny

Interes nie do końca publiczny

Koteria, klientelizm, POLITYCZNA KORUPCJA. Tak opisują życie samorządowe polscy radni. Obawiają się, że służba publiczna staje się biznesem.

W radzie poznałem wiele osób, które znałem z gazet lub telewizji. Po pewnym czasie stwierdziłem, że niektóre z nich weszli do rady wyłącznie dla własnych korzyści. Poznałem brutalność polityki, gdzie nie ma sentymentów, jest tylko na zimno wyliczony rachunek. Kolega, w imię partykularnych interesów, zdradza kolegę. Postanowiłem być sobą, nawet gdy oportuniści mówią: – Daj spokój, dogadajmy się z tymi, którzy mają władzę” – opisuje swoje pierwsze kroki w samorządzie Stargardu Szczecińskiego Marcin Badowski. Był rok 2006, miał 29 lat i pracował w miejskim przedsiębiorstwie gospodarki komunalnej. Po objęciu mandatu złożył wypowiedzenie w pracy. – Co prawda spółka jest według prawa handlowego bytem niezależnym, ale samorząd miejski ma w niej 100 proc. udziałów. Uznałem, że taka praca i bycie radnym nie jest w porządku – tłumaczy. Kiedy więc trzech innych radnych znalazło wkrótce zatrudnienie w podległych miastu firmach, ostro zaprotestował. Ale nic się nie zmieniło. – Wiadomo, o co chodziło. Zaczęli wspierać prezydenta – dodaje Badowski, który w kolejnych wyborach zmienił radę miejską na powiatową.


Czy stargardzki samorządowiec jest wyjątkiem? Oby nie. Jak jednak wynika z badań Fundacji Batorego, aż 50-60 proc. radnych w Polsce piastuje równolegle stanowiska w administracji i sektorze publicznym podległym samorządom. – Sporo radnych deklaruje to w oświadczeniach majątkowych. Bardzo często są to szkoły, ale też urzędy wyższego szczebla. Radni gminni pracują w urzędach marszałkowskich, a czasem i w wojewódzkich, w biurach poselskich, jednostkach podległych samorządowi – wylicza Grzegorz Makowski, dyrektor fundacyjnego programu Odpowiedzialne Państwo (dawniej Przeciw Korupcji). To niepokojące zjawisko. O wiele łatwiej takie osoby politycznie korumpować: poparcie za etat, przyznanie go lub utrzymanie. – Jest to na pewno czynnik ryzyka. Nie wszędzie się zdarza, ale sprzyja konfliktowi interesów. Bo ci radni nie zawsze wygrywają konkursy na stanowiska. Widać to w jednostkowych przypadkach – ocenia Makowski.

DZIELENIE TORTU

Nie jest tym zaskoczony Rafał Matyja, politolog, który współpracował z nieżyjącym już prof. Michałem Kuleszą, pełnomocnikiem rządu Jerzego Buzka ds. reformy administracji publicznej. – Badania te potwierdzają tezę, że sfera publiczna jest dziś traktowana jak łupy tych, którzy wygrywają wybory i potem dzielą ten tort. O partiach rządzących Polską mówi się, że są biurami pośrednictwa pracy. W skali samorządów też do tego dochodzi – stwierdza. Fundacja przejrzała już prawie 10 tys. oświadczeń. Liczy na debatę przed wyborami samorządowymi w 2014 r. Opublikuje wtedy raport, którym chce pobudzić mieszkańców do refleksji, kogo się do rad wybiera i co później te rady, ze względu na swój skład, mogą albo czego nie mogą zrobić. Badacze sprawdzą, czy jeśli wyjątkowo dużo radnych pracuje w instytucjach publicznych, ma to wpływ na rozwój gminy i rodzi konflikty interesów. Wedle prawa radny nie może być tylko pracownikiem „swojego” urzędu ani szefem jednostek podległych temu samorządowi. – Na przykład Warszawa: można postawić silną hipotezę, że w wielu dzielnicach jest jakaś relacja między radnymi a pracownikami urzędu marszałkowskiego. Bardzo wielu z nich jest zatrudnionych w tym urzędzie w jednostce koordynującej wydatkowanie środków unijnych. Co najmniej kilku radnych jednej dzielnicy pracuje na przykład jednocześnie w owym urzędzie albo w zakładzie komunalnym podległym miastu – wymienia Makowski. Są miejsca, gdzie podobna sytuacja dotyczy prawie połowy radnych. – Kiedy jest ich sporo, mogą powstawać relacje klientelistyczne. Nie do końca bym to nazwał korupcją, ale jest to klientelizm, który może do niej prowadzić – dodaje.

Wylicza specyfikę samorządów: w miastach na prawach powiatu, gdzie nasycenie polityką krajową jest spore, wielu radnych łączy kilka funkcji. Jest tam sporo instytucji, w tym miejsca atrakcyjne dla polityków. Spotyka się w nich np. pracowników biur parlamentarzystów. Województwa są najbardziej upolitycznione, więc i członkowie sejmików mają najwięcej funkcji. Makowski sięga po pierwsze z brzegu oświadczenia: Edward Fedko, radny lubuski, jest kierownikiem w Urzędzie Miejskim w Sulechowie i członkiem rady nadzorczej Komunalnego TBS w Zielonej Górze. Ewa Statkiewicz, radna warszawskiej dzielnicy Wola, pracuje w miejskim przedsiębiorstwie taksówkowym i w szkole podstawowej. – To nie są bardzo częste przypadki, ale sporo osób łączy trzy funkcje. Bywają także ci, co mają ich po pięć i po osiem. Są jednocześnie radcami prawnymi w urzędzie, adwokatami, wykładowcami zatrudnionymi w jakiejś spółce w samorządzie obok i tak dalej. Interesujące przypadki – opisuje dyrektor projektu.

NAJWYRAŹNIEJ RODZINA

A jest jeszcze jeden wątek w tej historii. – Bywa, że w jednej radzie jest trzech radnych o tym samym nazwisku. Najwyraźniej rodzina – dorzuca Makowski. To tylko wierzchołek góry lodowej. Radny niekoniecznie sam obejmuje stanowiska, jest „pośrednikiem pracy” dla krewnych, znajomych, ludzi z rekomendacji. Nie wiadomo, ile stanowisk w sferze publicznej zajmują takie osoby. Można się tylko domyślać, że sporo. – Są to systemy wzajemnych świadczeń: powiatowy radny pomoże rodzinie radnego gminnego czy wicewójta, a ten się odwdzięczy tym samym – przyznaje Rafał Matyja. – Perfidia rządzących sięga już tego stopnia, że samorządowcy z prezydentami i burmistrzami innych miast wymieniają się miejscami w radach nadzorczych, zarządach spółek. Dotyczy to np. żon i ojców. Wyborcom mydli się oczy, że chodzi o kompetencje i fachowość, podczas gdy chodzi tylko o kasę i prywatę – denerwuje się Dorota Połedniok, radna z Siemianowic Śląskich, która zasłynęła listem do premiera Donalda Tuska, krytykującym kolegów z PO. W jednym ze swych apeli napisała, że politycy „Polskę potraktowali jak dziwkę, z którą się robi, co chce”. – Na nagminne łączenie mandatu z pracą w instytucjach zależnych od samorządu wielokrotnie zwracałam uwagę władzom mojej byłej partii. Bez skutku. Dopiero po czasie się okazało, że osoby, do których się z tym zwracałam, również korzystały z tego rodzaju synekur – stwierdza.

Na kurczącym się rynku pracy protekcje stają się dobrą walutą. Nawet dla osób kompetentnych bywa to jedyny sposób zdobycia zatrudnienia. – Kończący studia startują w konkursach, a życzliwi im mówią, że tam zwycięzca jest już wybrany. To jest plaga w naszym życiu społecznym, trudna do wykorzenienia – obawia się Matyja. Lokalnie rozdzielane są przecież nawet etaty w oddziałach centralnej administracji. Pewien prawnik biorący udział w konkursach na stanowiska w ZUS od Nowego Sącza po Jasło narzekał, że coraz więcej etatów zajmują samorządowcy i ich protegowani. Na naczelnika wydziału nie wybiera się prawników z doświadczeniem, tylko młodego człowieka tuż po egzaminie, zanim został wpisany na listę radców prawnych. Nabór na podległe mu etaty wygrali potem jego koledzy. Protekcjom sprzyja i to, że w znacznej części Polski zarobki w sferze publicznej są korzystniejsze niż w sektorze prywatnym. – Taka praca jest więc pożądanym towarem. Zresztą niektóre stanowiska nie wiążą się z dużym ryzykiem, nie wymagają wielkich kwalifikacji, a są ewidentnie przepłacane. Żeby uzyskać to samo w sektorze prywatnym w małym mieście, trzeba się nieźle napracować – zauważa Matyja.

TYLKO DLA DESPERATÓW

Ale nie o samo rozdawanie pracy chodzi. – Rady reprezentują mieszkańców, powinny mieć wizję rozwoju tej wspólnoty. Pytanie: jeżeli rada w trzech czwartych składa się z emerytów i pracowników samorządów, to czy jest w stanie się wypowiedzieć w sensowny sposób na temat rozwoju gospodarczego takiej jednostki samorządowej? Mam duże wątpliwości – ocenia Makowski. Połedniok nie wierzy, że tacy radni podejmują decyzje w interesie wyborców. Jej zdaniem elity są zadowolone z obecnego układu i nie mają zamiaru go zmieniać: – Tak naprawdę chodzi o interes partii, koterii, lobby i innych grup nacisku. Nazwałabym to wprost prostytucją polityczną i wykoślawieniem idei samorządności. Profesor Kulesza zapewne przewraca się w grobie – mówi.

„Nie dla takiej PO wróciłam z Anglii. Nie takiej PO uwierzyłam” – deklarowała, nim odeszła z Platformy. Przyznaje jednak, że problem dotyczy wszystkich partii. Marcin Badowski właśnie jako radny PO obserwował innych: – Zatrudnienie w spółkach miejskich znalazło dwoje radnych z PiS i jeden z SLD, który potem przeszedł do grona prezydenta. Radna w przedsiębiorstwie energetyki cieplnej, panowie w TBS. Taki mechanizm działa wszędzie. Wiadomo, że prezydent czy burmistrz do niczego się nie przyzna, a radny powie, że dostał pracę, bo był taki świetny.

Wszystko zależy więc od charakteru samorządowca. Alicja Nowak (Solidarna Polska), radna w Gorlicach, alarmowała, że wiceprzewodnicząca rady Mariola Migdar jest prezesem zarządu spółdzielni mieszkaniowej. Członkiem spółdzielni jest miasto, które wynajmowało jej lokal. Wojewoda dwa razy bezskutecznie wzywał radę miasta do wygaszenia mandatu radnej. Po kolejnym rozpatrzeniu sprawy odstąpił od żądania, uznając, iż naruszenie prawa było niewielkie: lokal mały (ok. 14 mkw.) i nie służył celom komercyjnym (był w nim składzik). Tymczasem Alicji Nowak odmówiono kandydowania do rady nadzorczej spółdzielni, tłumacząc, że nie może, bo jest „radną gminy, która jest członkiem ZSM”. Radna ciągle podejmuje wiele interwencji, atakuje władze. Choć jest miejską nauczycielką i może podlegać presji pracodawcy, prowadzi ostrego bloga, nie odpuszcza: – W radach są emeryci i nauczyciele. Pierwsi mają dużo pokory wobec władzy, a nauczyciele boją się stracić pracę. Ja sama się boję, że jeśli nie zostanę znów radną, to zrobią mi redukcję etatu w szkole. Ale trudno. Może jestem desperatką, lecz walczę. ■

Okładka tygodnika WPROST: 49/2013
Więcej możesz przeczytać w 49/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także