Starachowice, czyli choroba nieleczona

Starachowice, czyli choroba nieleczona

Dodano:   /  Zmieniono: 
W tzw. sprawie starachowickiej przez kilka dni mieliśmy festiwal oświadczeń, zaprzeczeń, wzajemnego obwiniania, a z drugiej strony popisów oratorskich polityków opozycji. Zamieszanie przy tym jest ogromne, nie słychać jednak propozycji reform.
Wiceminister Sobotka na urlopie, premier wzywa z urlopu ministra Janika, Janik wzywa na dywanik komendanta głównego policji. A przecież sprawa jest, wydawałoby się, prosta. Najważniejsze jest wszak to, czy poseł SLD uprzedził kolegów ze Starachowic o planowanej przez CBŚ operacji i czy informacje te otrzymał rzeczywiście od ministra mającego dostęp do tychże informacji z racji sprawowanego przez siebie nadzoru nad policją. Nietrudno to chyba ustalić, jeśli dysponuje się zapisem rozmowy i wiadomo kto z kim rozmawiał.

Jest jeszcze drugie dno, które afera ze Starachowic ukazuje. Chodzi o system, który sprawia, że do podobnych sytuacji może dochodzić. System, w którym ministrowie mianują zależnych od polityków komendantów policji. Patologie rodzi już bowiem sama możliwość ręcznego ingerowania w to, co robi policja, możliwość "wglądu" w prowadzone przez nią śledztwa.

W feerii głosów polityków potępiających "bohaterów" afery jakoś nie słychać jednak propozycji reform. Takich na przykład, aby komendant główny policji był niezależny od jednej czy  drugiej partii i żeby wykonywał obowiązki bez konieczności oglądania się na swoich politycznych patronów. Zapowiadany projekt rozdzielenia funkcji prokuratora generalnego od ministra sprawiedliwości jest krokiem we właściwą stronę. Ale to nie wystarczy.

Violetta Krasnowska