Dorastanie na ekranie

Dorastanie na ekranie

RICHARD LINKLATER pracował nad „BOYHOOD” 12 lat. Nieprzypadkowo – głównym bohaterem jego filmu jest czas.

Po raz pierwszy ekipa „Boy hood” wyszła na plan w czerwcu 2002 r. – Pamiętam, że pomyślałem: „Chryste, w co my się pakujemy?” – śmieje się Richard Linklater, autor projektu. Mieli zaledwie 39 dni zdjęciowych, tyle że były one rozbite na ponad dekadę. W tym czasie aktorzy na oczach kamery starzeli się, dzieci dorastały. Tak jak bohaterowie, których grali. Dzięki temu Linklater nie potrzebował charakteryzatorów, którzy zmienialiby twarze aktorów, ani sztabu scenografów, którzy bardziej lub mniej wiernie odtwarzaliby realia sprzed dziesięciu lat. Powstał niezwykły film o dojrzewaniu, codzienności, szukaniu szczęścia i zmieniającym się świecie. Krytycy uznali „Boyhood” za arcy dzieło i mocnego kandydata do oscarowych nominacji. Nie bez słuszności. Bo ten piękny hołd dla zwyczajnych ludzi hipnotyzuje.

Reżyser znalazł swój sposób na opis dzisiejszej Ameryki. Kiedyś, choćby w „Fast Food Nation”, próbował robić kino oskarżycielskie, wymierzone w wielkie korporacje. Ze średnim skutkiem. Dzisiaj, kiedy świat polityki bardziej dzieli, niż łączy, wspólnotę odnajduje nie w konstytucji, lecz w sprawach najbanalniejszych. Zmęczeni kryzysem, wojnami i niepokojami widzowie na ekranie szukają codziennego życia. I właśnie takim ich portretem jest „Boyhood”.

PLANY NA PRZYSZŁOŚĆ

Swój projekt Linklater nazwał „filmem kostiumowym kręconym w teraźniejszości”. Wiedział, że materiały, które zarejestrował na początku, w chwili premiery będą niemal archiwaliami. Nie jest pierwszym artystą próbującym w ten sposób zapisać upływ czasu. W dokumentach podobna metoda pracy stała się domeną Czeszki Heleny Třeštíkovej, która swoim bohaterom – narkomance w „Katce” czy złodziejowi recydywiście w „René” – towarzyszyła z kamerą całymi latami. Jonathan Caouette zmontował słynne „Tarnation” z domowych nagrań kręconych przez kilka dekad. Reżyserzy zarówno dokumentów, jak i fabuł często wracają do bohaterów – swoich lub cudzych obrazów. Franćois Truffaut przez 20 lat prowadził na ekranie swoje alter ego z „400 batów”. Michael Winterbottom obserwował aktorów przez pół dekady, aby opowiedzieć o rodzinie, która musi poradzić sobie z nieobecnością ojca – więźnia. Akcja „Dimension” Larsa von Triera miała rozciągać się między 1991 r. a 2024, ale Trierowi zabrakło cierpliwości. W Polsce do swojego Leszczyca wracał Jerzy Skolimowski.

A jednak „Boyhood” ma w sobie świeżość. Richard Linklater słynie z konsekwencji, specjalizuje się w delikatnych opowieściach o ludziach, którzy próbują stawić czoła czasowi. Zrobił już wcześniej trylogię „Przed wschodem słońca”, „Przed zachodem słońca” i „Przed północą”, gdzie portretował miłość Francuzki i Amerykanina na przestrzeni 18 lat. Tym razem jednak upływ czasu zamknął w jednym filmie. Nie miał wielkiego budżetu (bo jak zebrać pieniądze, obiecując zwrot za kilkanaście lat). Ale zainwestowane 2,4 mln dolarów zwróciło się już ponad pięciokrotnie.

Opowiedział o fikcyjnych bohaterach, ale czerpał z doświadczeń aktorów. Nie trzymał się sztywnych reguł, nie wyznaczał z góry terminów zdjęć. Czasem zwoływał ekipę po dziewięciu miesiącach, czasem po kilkunastu. – Tak płynie życie i tak działa pamięć – tłumaczy. – Są intensywniejsze momenty, które dokładnie zapisują się z tyłu głowy. Inne przelatują niezauważone. I także o tym jest ten film.

DZIECI

Główny bohater, Mason, na początku „Boyhood” ma sześć lat. Linklater długo szukał odtwórcy jego roli. – Ellar Coltrane zafascynował mnie, bo miał w sobie tajemnicę. Równie dobrze mógł wyrosnąć zarówno na muskularnego sportowca, jak i wrażliwego artystę – tłumaczy reżyser. Chłopiec wniósł do filmu fascynację grami komputerowymi, potem też pasję fotograficzną. Linklater cały czas obserwuje świat z jego perspektywy. Dlatego bywa, że – jak to u nastolatka – ścięcie włosów albo list od koleżanki z klasy urastają tu do wydarzeń najwyższej wagi. Jest w „Boyhood” melancholia i tęsknota za czasem młodości. Za czystością i naiwnością przeżywania rzeczywistości. Pierwsze pocałunki, pierwsza miłość, pierwsze piwo, pierwszy seks. Katalogi wysyłkowe z bielizną oglądane w podstawówce i – wraz z wiekiem i rozwojem internetu – „nieco” śmielsze zdjęcia na stronach erotycznych. Fala w szkole i próby ekspresji za pomocą graffiti. Jednak film nie staje się ani na chwilę lukrowanym obrazkiem sielskiego dzieciństwa czy moralizatorską historyjką o niebezpieczeństwach wchodzenia w dorosłość. Linklaterowi udaje się uchwycić ten okres życia człowieka, kiedy każdy dzień przynosi nowe emocje, nadzieje i zawody. Rozczarowania, które wydają się nie do przetrwania. Póki nie spowszednieją.

Starszą siostrę bohatera, Samanthę, gra córkę reżysera – Lorelei. Jak dzieciaki, a później nastolatki, znosiły ciągłe powroty na plan? – To były dla nich takie półkolonie – mówi Linklater. A Coltrane potwierdza: – Richard nie pokazywał nam zarejestrowanych materiałów. Jestem mu za to wdzięczny. Inaczej bym się kontrolował, stylizował. Prawdę powiedziawszy, z pierwszych lat w ogóle mało pamiętam. Ale, o dziwo, dzisiaj poznaję siebie w tym małym gnojku na ekranie. Mało kto może w ten sposób wrócić do własnego dzieciństwa. Lorelei miała jednak moment kryzysu. Poprosiła wtedy ojca, żeby uśmiercił jej bohaterkę. Nie zgodził się. Dopiero po latach wyznała powód swojego załamania: jako 12-latka poczuła się dotknięta, że w jednej ze scen przebiera się za prof. Minerwę McGonagall z „Harry’ego Pottera”. Chciała być Hermioną.

RODZICE

– Kiedy oni dojrzewali, my, dorośli aktorzy, starzeliśmy się – żartuje Patricia Arquette. Wcieliła się w Olivię, matkę dzieciaków. Zwyczajną młodą kobietę, która próbuje związać koniec z końcem i ułożyć sobie życie. Bo „Boyhood” to także portret pokolenia dzisiejszych czterdziestolatków. – W 2002 r. Richard tak mi streścił fabułę: twoja bohaterka przeniesie się do innego miasta, wyjdzie za mąż, rozstanie się, znajdzie pracę i znowu się przeniesie. Przekonał mnie – żartuje aktorka. Ale potem zarys akcji nieco się skomplikował. Olivia oczekuje od życia niewiele. Ale to niewiele okazuje się trudne do zdobycia. Dba o dzieci, pracuje, po godzinach dokształca się na wieczorowych kursach. Poznaje facetów, z którymi – jak to z facetami – wychodzi różnie. Czasem miota się, miewa dołki. Jednak bezwarunkowo kocha dzieci. Ma siłę, aby natychmiast zabrać syna i córkę i odejść, kiedy mężczyzna podnosi na któreś z nich rękę.

Nagle odkrywa, jak szybko przeleciało jej pół życia. Płacze, kiedy dzieci wyjeżdżają do college’u na studia i zostaje sama w domu: „Kiedy to wszystko minęło? Wiesz, co będzie dalej? Mój pogrzeb. Myślałam, że spotka mnie coś więcej”. Jest też ojciec, w którego wciela się stały współpracownik Linklatera – Ethan Hawke. Para była dla siebie stworzona. Ale nie wyszło. Kiedy młodemu, aspirującemy muzykowi urodziły się dzieci, nie umiał wziąć na siebie odpowiedzialności. Pojechał na Alaskę. Teraz próbuje nadrobić stracony czas. Chce być dobrym ojcem – przyjacielem, któremu zawsze można się zwierzyć. Stara się odpowiadać na dziecięce pytania, czy istnieją elfy, pozwolić, by córka pierwszy raz została na noc u koleżanki, zrozumieć gorycz odrzucenia nastoletniej miłości. Sam też dojrzewa, zapuszcza wąsy i trochę kapcanieje, zamieniając sportowego pontiaca na większe auto. I tylko czasem puszcza sobie w rodzinnym vanie piosenkę z dawnych lat.

AMERYKA

W intymnym, kameralnym filmie Linklater tworzy panoramę współczesnej Ameryki. Nie szokuje, nie szuka ekstremów. – Wielkie tragedie mnie nie interesowały – mówi. – Raczej średnia krajowa. To Ameryka rodzin patchworkowych. Ludzi ciągle w drodze, którzy szczęścia szukają w kolejnych miejscowościach, tam, gdzie jest praca. Imigrantów, którzy przełamują obraz homogenicznej prowincji i walczą o dostęp do edukacji i wyższych pozycji społecznych. Ale również dziadka Masona, który nie wyobraża sobie, by chłopak w 16. urodziny nie nauczył się strzelać z domowej fuzji. Reżyser nie wyłącza kamery w trudnych chwilach. „Pamiętam, jak miałam sześć lat.

Kłóciliście się, mama płakała, ty krzyczałeś” – wypomina córka ojcu. A kiedy na podjeździe domu rozmawia on z matką, dzieci wyglądają przez okno. „Myślisz, że dzisiaj zostanie na noc?” – pyta chłopiec. Wciąż zdarza się, że w krajobrazie amerykańskiej prowincji pokutuje obraz macho. Kolejny mąż Olivii, szanowany profesor, w domu zamienia się w autorytarnego, bezwzględnego tyrana. Czasem dochodzi do patologii. Ale te patologie też są zwyczajne, codzienne, takie, jakie kryje wiele przedmieść. To przemoc domowa, utajony alkoholizm. Do tego prywatnego świata polityka wdziera się niepostrzeżenie. Gdy w telewizorze zawieszonym nad torem w kręgielni w wiadomościach spiker donosi o wojnie w Iraku. Gdy dzieciaki pod okiem ojca wbijają w trawniki tabliczki „Głosuj na Obamę”, a stary jankes przepędza je z krzykiem „Czy ja wyglądam na zwolennika Baracka Husseina Obamy?”. Albo gdy w życiu matki pojawia się eksżołnierz wracający z irackiej misji z własnymi demonami.

Zmienia się też wygląd otoczenia. Design, domy, samochody. I, przede wszystkim, technologia. Z ekranu znika game boy, a nastolatki zamieniają poczciwy telefon stacjonarny na Skype’a w komórce. W odstawkę odchodzą dawni idole. Dziewczynka porzuca odtwarzane w sypialni układy z „Oops, I Did It Again” dla Lady Gagi oglądanej na iPhonie. Pop przełomu wieków zastępują też – łatwiej dostępne dzięki internetowi – dźwięki niezależnych kapel. To wszystko składa się na prawie trzygodzinny „Boyhood”. Świetny, wyważony, starannie zaplanowany film. Perfekcyjnie zagrany. Ciepły, pełen tolerancji, ale uczciwy. Richard Linklater obserwuje Amerykę jak wnikliwy socjolog. Nie patrzy wyłącznie na statystyki. Przeciwnie. Koncentruje się na emocjach pojedynczej rodziny, aby zaraz później oddalić kamerę i pokazać szerszy plan. Bo „Boyhood” nie jest światem wyłącznie Olivii, Masona, Samanthy. Także ich bliskich, przyjaciół, znajomych. Milionów ludzi, którzy na co dzień przeżywają dramaty i przy barbecue próbują łapać chwile radości. Ich zwyczajna, prywatna historia jest warta opowiedzenia. �

Okładka tygodnika WPROST: 35/2014
Więcej możesz przeczytać w 35/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także