Drugi początek

Drugi początek

Festiwal Filmowy w Gdyni był wielkim triumfem „Bogów”. Z reżyserem filmu o Zbigniewie Relidze, Łukaszem Palkowskim, rozmawia Krzysztof Kwiatkowski.

Rozbił pan bank. Złote Lwy, owacja na stojąco, entuzjazm publiczności. Ochłonął pan już po tym sukcesie?

Jeszcze nie wszystko do mnie dotarło. Minęło siedem lat od „Rezerwatu”, zapomniałem, jaki to wzruszający moment, kiedy ktoś płacze na twoim filmie. Na pierwszą projekcję „Bogów” wszedłem tylko sprawdzić dźwięk, kolory, jasność projektora. I zamurowało mnie. Zobaczyłem, że ludzie śmieją się, smutnieją, niektórym po policzkach ciekną łzy. Że te nasze filmowe puzzle działają. Piękna rzecz.

Opowiada pan historię pierwszych transplantacji serca przeprowadzonych przez Zbigniewa Religę w klinice w Zabrzu. Portretuje pan kardiochirurgów, którzy walczą o życie pacjentów, ale codziennie ocierają się o śmierć. Praca nad tym filmem była trudna?

Przed zdjęciami niewiele wiedziałem o Relidze, większość faktów poznałem ze scenariusza. Zacząłem „Bogów” ujęciem otwartej klatki piersiowej, bo sam, w czasie przygotowań, tak wszedłem w ten świat. Obserwowałem operację wszczepienia by-passów i zastawki mitralnej. Za mną stała pani, która miała mnie łapać, gdybym zemdlał. Po wejściu do sali zobaczyłem głowę zaintubowanego pacjenta i przepierzenie na wysokości szyi. Później uda, łydki, stopy: chirurdzy pobierali właśnie żyłę z lewej nogi – rozerżniętej od kostki po pachwinę. A w końcu – pole operacyjne i otwartą klatkę piersiową. W odległości 50 cm od mojej twarzy. Podszedłem, spojrzałem i zostałem w tej pozycji cztery godziny.

Co tak pana zafascynowało?

Najpierw zdziwiło mnie, że w sali nie ma żadnego zapachu. W trakcie otwierania klatki czuje się woń palonej laserem albo piłowanej kości. Potem ta woń ulatuje. Dopiero później uderzyło mnie coś znacznie ważniejszego: patrzyłem na twarz pacjenta, na jego wyłączone serce i płuca, za które pracuje pompa. I nie dostrzegłem człowieka. Samo ciało, organy, mięso. Jeśli kiedyś odczułem istnienie duszy, to właśnie w tym momencie. Kiedy ona jakby na chwilę uleciała. Ten haczyk wziął mnie za gębę i pociągnął przez cały film.

Jak zachowywali się przy panu lekarze?

Normalnie. Opowiadali kawały, żartowali, puszczali muzykę. Pytali, czy przywiozę im Katarzynę Cichopek, śmiali się, żeby tylko nie zagrał ich Borys Szyc. Chirurdzy w czasie operacji przypominają mechaników nad otwartą maską samochodu. To profesjonaliści. I tylko, jak twierdzą, jeden moment nigdy nie powszednieje: kiedy po przeszczepie rusza nowe serce. Bo wtedy dotyka się tajemnicy. Zobaczyłem w ich pracy pasję, ryzyko, odpowiedzialność. Jedna z instrumentariuszek Religi wspomniała, że ich rekord to 36-godzinna operacja. A ruch źle wykonany ze zmęczenia może zabić. Po takich długich zabiegach byli wrakami. Pytałem ich o Religę. Także o jego codzienność. Gdzie się upił, co robił, jak uciekał od problemów. To był facet z wielką klasą i fantazją.

Było coś, co zmieniło pana sposób patrzenia na niego?

Jego relacja z profesorem Wacławem Sitkowskim. Nie rozumiałem niechęci tego starszego kardiologa do przeszczepów. Ale Sitkowski widział kilka razy cud: kiedy ktoś, wbrew naturze, budził się ze śmierci mózgowej. Dlatego on nie potrafił w zgodzie ze sobą orzec, że czyjś mózg już na pewno nie pracuje. Dostrzegłem konflikt pomiędzy nimi i lepiej zrozumiałem ich obu. Także Religę. Człowieka, który też zdawał sobie sprawę, że ułamek procenta ludzi się wybudza. Ale potrafił wziąć na siebie odpowiedzialność i podjąć decyzję.

Trudne.

Cholernie. I tak to jest, że jak stale podejmuje się taką decyzje, a później wraca do pustego pokoju, gdzie nikt nie czeka – czasem sięga się po butelkę. Po prostu.

Nie chciał pan mocniej pokazać ceny, jaką za swoją pracę płacił sam Religa?

Nakręciłem więcej tych scen. Ale to była kwestia proporcji. Wydaje mi się, że w „Bogach” mamy świadomość tej ceny. Jest tu też dylemat etyczny. Ale nie chciałem robić filmu o problemie, lecz o człowieku. Opowiedzieć historię kogoś, kto upada właśnie po to, żeby się podnieść.

Widzowie tęsknią za takim bohaterem?

Myślę, że czekają na filmy, które niosą pozytywny wydźwięk, dają energię i nadzieję. Na bohatera, który wygrywa. Nasze kino to głównie portrety przegranych. Nie potrafimy się podnosić na duchu. Brakuje nam akceptacji siebie. Nasi rodzice mieli ten kompleks, mamy go i my. A przecież przeszliśmy długą drogę i jesteśmy w innym miejscu. Tyle lat wykuwaliśmy nasz los, że warto wreszcie poklepać się po plecach.

W „Bogach” pada kwestia „Polak Polakowi nawet porażki zazdrości”.

To prawdziwe zdanie, które wypowiedział profesor Jan Moll, kiedy w 1969 wieszano na nim psy za pierwszą, nieudaną próbę przeszczepu serca. Ono coś ważnego o nas mówi. W większości filmów, jakie znam, ta kwestia padłaby na końcu. My dajemy ją na początku, żeby pokazać, że można się od niej odbić.

Odbierając nagrodę, przyznał pan, że to był dla pana też osobisty film. Bo znajduje pan w nim własne upadki. Jak smakuje sukces po słabszym okresie?

Nie skaczę już ze szczęścia pod sufit, mam w sobie więcej melancholii niż euforii. „Bogowie” są dla mnie zamknięciem pewnego etapu. Zgraliśmy się tu z Tomkiem Kotem, odtwórcą roli Religi. On w 2005 za kreację Ryśka Riedla w „Skazanym na bluesa” dostał w Gdyni nagrodę za debiut aktorski, ja dwa lata później za reżyserski – za „Rezerwat”. Potem bywało różnie – wesoło i smutno. Ale potrzebowałem tych siedmiu chudych lat, żeby dojrzeć życiowo i artystycznie. W pracy nabrałem warsztatu i profesjonalizmu. Zrozumiałem, że muszę świadomie wybierać, jakie historie chcę opowiadać. A w życiu? Nauczyłem się, że trzeba określać sobie cel. Jakikolwiek. Byle nie wegetować z dnia na dzień. To były ważne lekcje. Może dzięki nim jeszcze kiedyś podskoczę.

Po świetnym debiucie wszyscy czekali na pana następny film. Co się stało, że nie poszedł pan za ciosem?

Zachłysnąłem się sukcesem, jeździłem półtora roku po festiwalach, bawiłem się świetnie. Ale nie miałem dobrego tekstu, który mógłbym zrealizować. Wylądowałem w kinie komercyjnym. Coś we mnie zaczęło zdychać. Dwa i pół roku przed „Bogami” nie pracowałem. Nie był to najweselszy okres. Ale cóż, może swoje kopy trzeba dostać.

Co jest takiego w tej polskiej komercji, że nie wychodzi? „Wojna męsko-żenska” nie była sukcesem.

Jedno wychodzi, inne nie. Są produkcje, na które wstyd patrzeć. Ale potem Mitja Okorn robi „Listy do M”, solidnie skonstruowany film, który przyjemnie się ogląda. To nie polskie kino komercyjne jest słabe, tylko ja nie umiałem go robić. Próbowałem celować wyżej, w groteskę, nie dogadałem się z producentami. Nie poradziłem sobie.

Powiedział pan, że przez dwa i pół roku nie wyjechał pan na plan. Jaki to czas dla reżysera?

Czas wydawania oszczędności.

Nie gorzknieje się? Nie kłuje człowieka w brzuchu, kiedy gratuluje kolegom projektów, samemu siedząc w domu?

Gorzknieje się. Bardzo. Ale zazdrości nie czułem. Cieszyłem się, jak pojawiali się nowi reżyserzy. Będzie co oglądać. Problemów szukam w sobie, nie w innych. W tym zawodzie, jak raz popełni się błąd, trudno wrócić. Ludzie przestają ufać, wypada się z giełdy. Gdyby nie znalazł się ktoś, kto zaproponował mi zrealizowanie filmu o Relidze, nie wiem, gdzie byłbym w tym momencie. „Bogowie” wyrwali mnie z marazmu. Zabawne zresztą, że zrobił to właśnie film o wytrwałości.

Ale pan nie zawsze dążył do reżyserii. Pierwszy pana zawodowy sukces to nie egzamin do filmówki, tylko giełda komputerowa. Handlował pan grami.

Nie, grami nigdy. Poszedłem w hardware. Sprzedawałem części i czyste dyskietki. Prowadziłem serwis. Od 1993 do 1997 r. Szło dobrze, było fajnie, komputery wydawały się niesamowitym misterium. Ale znudziło mi się. Chciałem robić coś innego.

Myślał pań kiedyś: „Gdybym w tym biznesie został, byłbym potentatem”?

Potentatem może nie, ale majętnym człowiekiem owszem. Bardziej majętnym niż jestem. Ale jeszcze później, jako grafik w agencjach reklamowych, zrozumiałem, że nie mam swobody ekspresji. Tę mogły zapewnić mi trzy drogi: pisanie, malowanie albo połączenie wszystkiego, czyli filmy.

Kiedy poczuł się pan reżyserem?

Przy pierwszych etiudach w Akademii Filmu i Telewizji. Kiedy tekst, który napisałem, nabrał ciała na planie. Ożył. A potem już poszło. Na coś się decydujesz, wciągasz kumpli, oni przyprowadzają swoich kumpli, pojawia się krąg ludzi o podobnych zainteresowaniach. Duża ich część stanowi trzon mojej ekipy do dzisiaj.

W „Bogach” pokazuje pan faceta, który zagłusza pustkę alkoholem. Sam pan opowiadał w wywiadach o alkoholu w swoim życiu. Zwykle pochlebnie.

Zdarzało się wyczynowe picie. Ale należy już do przeszłości. Prawda, były chwile, kiedy to szło w złym kierunku. Prywatnie ileś moich związków rozpadło się przez alkohol i zabawę. Ale dzisiaj na planie filmowym jest coraz mniej czasu na błędy. Każdy dzień kosztuje mnóstwo pieniędzy. I nie warto ryzykować. „Bogów” zrobiłem na trzeźwo. W ogóle staram się nie nadużywać. Zostawiam alkohol na uroczystości i świętowanie.

Powiedział pan, że „Bogowie” to dla pana koniec pewnego etapu. Co więc teraz będzie?

Jeszcze nie wiem. Ale nie pozwolę sobie, jak po „Rezerwacie”, na jeżdżenie i balowanie, nie mając w zanadrzu projektów. Już przygotowuję kilka, za chwilę zaczynam zdjęcia do serialu, dla dużej stacji telewizyjnej. Jest dobrze.

Rozumiem, że gdyby się cokolwiek, odpukać, stało, oddziały kardiologiczne są dla pana otwarte?

Myślę, że opiekę nad sercem mam zapewnioną. Resztą spróbuję się zająć sam.

„BOGOWIE” WEJDĄ DO KIN 10 PAŹDZIERNIKA. W GDYNI ZŁOTE LWY ZDOBYLI ŁUKASZ PALKOWSKI I PRODUCENT PIOTR WOŹNIAK-STARAK. NAGRODY: ZA ROLĘ MĘSKĄ – TOMASZ KOT, ZA SCENARIUSZ – KRZYSZTOF RAK, ZA SCENOGRAFIĘ – WOJCIECH ŻOGAŁA, ZA CHARAKTERYZACJĘ – AGNIESZKA HODO- WANA I ANETA BRZOZOWSKA

Okładka tygodnika WPROST: 40/2014
Więcej możesz przeczytać w 40/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0