Z Rosjanami i Duchem Świętym

Z Rosjanami i Duchem Świętym

Waldemar Tomaszewski to jedyny na świecie polski parlamentarzysta wybierany poza Polską. Nie wiadomo, czy powinniśmy być z tego dumni, czy już się wstydzić.

Poseł urzęduje w Domu Polskim przy dawnej ulicy Nowogródzkiej, której przedwojenną nazwę pamiętają już tylko jego asystenci. Do jego gabinetu droga wiedzie przez restaurację Pan Tadeusz, wielki hol ze zdjęciami ostatnich walk toczonych na Ukrainie z rosyjskim okupantem i obok polskiej księgarni. Dalej podziemnymi korytarzami z mnóstwem drzwi, opatrzonych tabliczkami z nazwami patriotycznych organizacji, aż do pokoju z wiszącym nad biurkiem Jezusem Chrystusem zstępującym z niebios. Pod Jezusem siedzi uśmiechnięty 50-latek w sportowym polo, który częstuje mnie czekoladkami. To obrońca Polaków i polskości, pogromca litewskiego nacjonalizmu i największy przywódca od czasów Józefa Piłsudskiego, jak mówią o nim miejscowi rodacy. Wróg niepodległości, przywódca piątej kolumny rosyjskiej, agent Moskwy, rusofil putinista, jak nazywają go Litwini. Waldemar Tomaszewski niechętnie odpowiada na te zarzuty. – My, chrześcijanie, musimy lubić inne narody – mówi z kresowym akcentem. – Bo co my mamy do tej wojny na Ukrainie? Nic. Jedni oligarchowie zmienili drugich i zaczęła się wojna domowa. – To nie wojna domowa, tylko interwencja rosyjska – poprawiam.

– Ale zaczęło się od przemocy na Majdanie. Nie mamy o czym rozmawiać, tylko o Ukrainie i Majdanie? Mówi, że to nie wojna na Ukrainie zbliżyła na Litwie mieszkających tam Polaków i Rosjan. – Ludzie łączą się, gdy widzą zagrożenie, a nas połączyły zagrożenia ze strony litewskich polityków i ich działania antypolskie i antymniejszościowe – mówi. – To jakieś pomieszanie z poplątaniem, że ja, wolny człowiek, nie mogę wyrazić własnego zdania i jestem atakowany – denerwuje się poseł. – Powiedziałem tylko, że nie jestem zwolennikiem rewolucji, bo wiem, ile zła przyniosła rewolucja bolszewicka. I zdania nie zmienię. Uważam, że władze trzeba wybierać przy urnie, a nie rzucając butelkami z benzyną w milicjantów. Powiedziałem też, że rewolucja nic nie zmieni na Ukrainie, bo znam trochę te tereny, gdzie jest wielka korupcja i gdzie oligarchowie walczą ze sobą. Prosty człowiek nic z tego nie będzie miał.

HISTORIA RODZINNA

Tomaszewscy mieszkają na Wileńszczyźnie od co najmniej XVIII w. Jego stryjek wyzwalał z Armią Krajową Wilno w 1944 r. i patrolował z radzieckimi żołnierzami wileńskie ulice. Wtedy na baszcie Gedymina powiewała jeszcze biało-czerwona flaga. Potem Rosjanie wszystkich trzymali pod butem, aż do lat 80., gdy powstał Związek Polaków na Litwie, organizacja, która zaczęła się upominać o prawa dla Polaków.

Jego rodzice byli nauczycielami. Mama uczyła w polskiej szkole w Płocieniszkach, więc została pierwszą przewodniczącą podwileńskiego koła ZPL. Waldek, tak jak wielu Polaków, popierał walkę o niepodległość Litwy. W sierpniu 1989 r. (miał wtedy 24 lata) razem z bratem i dwoma milionami obywateli państw bałtyckich złapali się za ręce, tworząc 600-kilometrowy Łańcuch Bałtycki, by zaprotestować przeciwko paktowi Ribbentrop-Mołotow. – Moi dzisiejszy krytykanci wykładali wtedy jeszcze w partyjnych szkołach KPZR – uśmiecha się. W 1990 r. Litwa ogłosiła niepodległość. – Zamiast lepiej, zaczęło być dla nas gorzej, bo nowa władza ograniczyła prawa mniejszości – dodaje poseł Tomaszewski. Sam tego doświadczył, gdy kilka lat temu litewscy nacjonaliści domagali się odebrania mu poselskiego mandatu tylko dlatego, że przyjął Kartę Polaka.

OSTATNIA DESKA RATUNKU

Dla Litwinów Polacy są głównie agresorami i okupantami, dybiącymi, by połknąć Wileńszczyznę lub co najmniej ją spolonizować. W patriotycznej propagandzie jesteśmy przedstawiani jako barbarzyńcy, którzy wys sali z Litwy narodowe dziedzictwo, kulturę i język, stając się dzięki temu europejskim mocarstwem. Ekstremiści przekonują jeszcze, że współczesna Polska nigdy się nie pogodziła z utratą Litwy i jej odrodzeniem narodowym, i tylko czyha, aż miejscowi odrzucą swoją historię i tradycję narodową, by ich spolonizować. Przekonują, że dziś najważniejsza bitwa toczy się o język. Wygra ten, kto narzuci swój język przeciwnikowi. Dlatego na Litwie nie można używać polskich szyldów, nazw miejscowości, likwidowane są polskie szkoły i nazwiska. Więc Tomaszewski funkcjonuje tu jako Valdemar Tomasevski.

– Jak się wam nie podoba, to możecie wyjechać do Polski – mówią Polakom Litwini. Czesław Okińczyc, wileński prawnik, założyciel Związku Polaków na Litwie i doradca do spraw mniejszości dwóch prezydentów (Valdasa Adamkusa i Rolandasa Paksasa), swoją kancelarię ma przy dawnej ulicy Piłsudskiego, w sąsiedztwie wileńskiego Domu Towarowego Braci Jabłkowskich. – Kiedyś tę nadmierną drażliwość tłumaczyliśmy sobie młodą państwowością – mówi Okińczyc. – Myślałem, że wystarczy kilkanaście lat, by naród poczuł się pewniej i bezpiecznie. Z badań wynika, że Polacy są jedną z najbardziej nielubianych tu nacji (nieufność wobec nas wskazuje aż 80 proc. badanych). Polacy na Litwie stanowią prawie 7 proc. społeczeństwa i czują się szykanowani. Dla tych 200 tys. obywateli Waldemar Tomaszewski jest najważniejszym obrońcą ich języka i kultury oraz ostatnią deską ratunku.

WALKA Z PROGIEM

Gdy w latach 90. wprowadzono na Litwie pięcioprocentowe progi wyborcze, Akcja Wyborcza Polaków na Litwie zaczęła mieć problemy z ich przebiciem. – Waldemar wiedział, że musi zyskać sojusznika – opowiada Michał Dworczyk, związany z PiS znajomy Tomaszewskiego i współzałożyciel Fundacji Wolność i Demokracja. – Chciał współpracować z wszystkimi, także z Litwinami, ale nie udało się zrealizować tej strategii. Wtedy stanął przed trudnym wyborem: albo pozwolić na dalsze ograniczanie praw polskiej mniejszości, albo zacząć współpracować z największą po Polakach mniejszością, czyli z Rosjanami. Był przyparty do muru. Nie miał wyjścia.

Tomaszewski wokół AWPL zbudował blok mniejszości i zapewnił Polakom sukces. W 2012 r. wprowadził do sejmu w Wilnie aż ośmiu polskich posłów, cztery razy więcej niż w końcu lat 90., a sam Tomaszewski od dwóch kadencji jest europarlamentarzystą. – Jesteśmy jedyną polską mniejszością, która ma swoje przedstawicielstwo na wszystkich szczeblach władzy – mówi poseł Tomaszewski i twierdzi, że przyjeżdżają do niego Polonusi ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, a nawet Anglii, by podpatrzeć, jak im się to udało. Dzięki Tomaszewskiemu po raz pierwszy w historii niepodległej Litwy Polak Jarosław Niewierowicz został tam konstytucyjnym ministrem – w ministerstwie energetyki. Dworczyk twierdzi, że to jeden z najlepszych ministrów w rządzie premiera Algirdasa Butkevičiusa. – I najbardziej propaństwowy – dodaje. – To on rozpoczął budowę gazoportu, zmniejszając litewskie uzależnienie od Rosji, i wynegocjował niższe ceny gazu z Gazpromem. – Wiem, że dziś z Waldemara próbuje się robić lidera rosyjskiej piątej kolumny, a z Polaków postsowiecką masę wspierającą Putina, ale fakty temu przeczą – dodaje Dworczyk.

Z ROSJANAMI…

Przeciwnicy zarzucają mu, że skupił w swoich rękach zbyt dużą władzę. – Stworzył partię wodzowską i nikogo nie dopuszcza – mówi Okińczyc. Przez wiele lat na flirt z Rosjanami polscy politycy przymykali oko. Liczyły się głosy i siła Polaków w litewskim sejmie. Dopiero po agresji Rosji na Ukrainę sprawa stała się kłopotliwa. Tomaszewski rok temu pojawił się na rosyjskich obchodach dnia zwycięstwa nad faszyzmem ze wstążką gieorgijewską, która od czasu rosyjskiej agresji na Ukrainę pełni też funkcję znaku rozpoznawczego separatystów. Bardzo źle ten gest został odebrany w Polsce. Potem było jeszcze gorzej. Tomaszewski mówił, że jest przeciwny rewolucji na Ukrainie, a jeden z posłów AWPL proponował, by NATO zbombardowało Kijów i w ten sposób wymusiło pokój na Ukrainie.

Ostatnio posłowie AWPL zagłosowali przeciw ustawie o służbie poborowej, co zostało odczytane jako cios w litewską państwowość. Nie brali udziału w głosowaniu nad rezolucją w sprawie uczczenia pamięci Borysa Niemcowa, zastrzelonego w Moskwie lidera opozycji antyputinowskiej. Zdobywają tym sympatię rosyjskojęzycznych Litwinów, ale tracą Litwinów i Polaków z kraju. Swoim krytykom Tomaszewski odpowiada podobnie: – Najważniejsze są głosy wyborców. – Nie zauważa, że jego działania zaczynają szkodzić Polakom na Litwie, nie pomagają rozwiązać ich problemów i wchodzą w konflikt z polską racją stanu – mówi Okińczyc.

– Nie możemy jednocześnie ubolewać nad łamaniem praw człowieka naszej mniejszości i przymykać oka na agresję na Ukrainie. To niedopuszczalne. Okińczyc mówi, że znów pojawiają się w Wilnie zarzuty, że Polacy są po niewłaściwej stronie. I nie wiadomo, gdzie kończy się taktyka wyborcza, a zaczyna nowa ideologia. – Niepokojące są te jego proputinowskie sympatie, bo prowadzą partię do katastrofy – mówi politolog prof. Andrzej Pukszto z Uniwersytetu Witolda Wielkiego w Kownie. – Bierze się to albo z głupoty, albo z krótkowzroczności. Z tą proputinowską retoryką duży kłopot mają też polscy politycy. W parlamencie europejskim Tomaszewski zasiada we frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów razem z posłami PiS, którzy starają się nie komentować wybryków kolegi. Senator PO Łukasz Abgarowicz mówi, że rząd i senat przez wiele lat wspierały finansowo polskie gazety, szkolnictwo, kulturę i wymianę młodzież. Niedopuszczalne wypowiedzi Tomaszewskiego mogą to wszystko popsuć. – On może doprowadzić do tego, że Polska odwróci się od Polaków na Litwie, przestanie ich wspierać i pogłębi jeszcze bardzie ich niełatwą sytuację. To dopiero byłaby prawdziwa tragedia.

...I DUCHEM ŚWIĘTYM

Posłowi Tomaszewskiemu na pewno nie można zarzucić, że odpuszcza sprawę polską. Przed rokiem, gdy kończyła się litewska prezydencja w Unii Europejskiej, wszedł na trybunę w Strasburgu i wytknął prezydent Dalii Grybauskaitė, że wypiera język mniejszości z przestrzeni publicznej. – Walka z językiem to przejaw skrajnego nacjonalizmu, którego nie powinno być w Unii Europejskiej. Nic to nie pomogło. – Okazuje się, że jeśli chodzi o Polaków, to nawet unijne prawo o mniejszościach nie działa na Litwie, więc ostatnią nadzieją jest już tylko prawo boże. Trudno jednak będzie na nim oprzeć ustawodawstwo państwowe, zauważam. – Ja wierzę, że Duch Święty nam pomoże i oświeci tych, którzy tworzą dyskredytujące Polaków ustawy. ■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 14/2015
Więcej możesz przeczytać w 14/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także