Wojna Francji i USA o polskie helikoptery

Wojna Francji i USA o polskie helikoptery

Jedyne, co dziś kołuje nad naszymi głowami, to lobbyści i politycy rozgrywający największy w Polsce kontrakt na helikoptery dla armii. Dawno nie prowadziliśmy tak misternej gry z obcymi państwami.

O kontrakt na 70 śmigłowców wielozadaniowych starają się: francuskie konsorcjum z Airbusem na czele, PZL Świdnik, którego właścicielem jest włoska AgustaWestland, oraz amerykański Sikorsky Company z PZL w Mielcu. Stawka szacowana jest na 10 mld zł. Przetarg wszedł w decydującą fazę. W ostatni czwartek wiceminister gospodarki Arkadiusz Bąk poinformował posłów, że wszystkie oferty spełniają kryteria przetargowe, w tym programy offsetowe. Na koniec wiceminister wyraźnie podkreślił, że oferta z Mielca i Świdnika wzmacnia potencjał przemysłu zbrojeniowego w tym regionie i jest korzystna dla Łodzi. A oferta Airbusa koncentruje się tylko na Łodzi. Dla branży to klarowny sygnał, że teraz zdecydują względy polityczne, a nie wojskowe.

Rzecz w tym, że tych politycznych względów jest tyle i tak bardzo się ze sobą zazębiają, że nikt już nie liczy na proste rozwiązanie. Branża rozplotkowana jest jak rzadko kiedy, choć oczywiście żaden z naszych rozmówców nie zgadza się na podanie nazwiska. Przetarg powinien zostać rozstrzygnięty w ciągu kilku tygodni. Bardzo prawdopodobne jest, że ogłoszenie zwycięzcy zostanie opóźnione. Prezydent chce, żeby decyzję ogłosić dopiero po ewentualnej drugiej turze wyborów. To, że przegrani złożą odwołania, nikogo nie zdziwi, gorzej, że w konsorcjach znalazły się polskie firmy, polskie miejsca pracy. Gdyby przetarg okazał się niekorzystny dla ich firm, związkowcy ze Świdnika i z Mielca gotowi są ruszyć na Warszawę. To ostatnie, czego potrzebuje smętna kampania wyborcza prezydenta.

ZOBOWIĄZANIA WOBEC FRANCUZÓW

Decyzje o zakupach podejmowane są w bardzo wąskim gronie. Premier Ewa Kopacz zostawia ten temat Ministerstwu Obrony. Tomasz Siemoniak zawdzięcza fotel wicepremiera Bronisławowi Komorowskiemu i – jak twierdzą nasi rozmówcy – polega we wszystkim na wiceministrze Czesławie Mroczku, do którego zaufanie ma prezydent. W początkowym okresie sporo do powiedzenia mieli jeszcze dowódcy poszczególnych sił zbrojnych, składający listy zamówień. Ale dziś ostateczne decyzje są już wyłącznie wypadkową politycznych uwarunkowań. Według naszych informacji nad wszystkim czuwa prezydent i ma on nadrzędną pozycję przy podejmowaniu decyzji zbrojeniowych. Po mediach sporo krąży szef BBN gen. Stanisław Koziej, ale w codziennych rozgrywkach o helikopter więcej mają do powiedzenia szefowie odpowiedzialni za wywiad wojskowy.

Kto zwycięży? Które konsorcjum przedstawiło najlepszą ofertę? To wcale nie musi być oferta najlepsza. Prezydent ma zobowiązania wobec prezydenta Francji, którego osobiście miał poprosić o wsparcie kandydatur całej ekipy Tuska chcącej przenieść się do Brukseli. Czy za poparcie Francji dla byłego premiera mieliśmy obiecać dostawę śmigłowców dla wojska? Według naszych źródeł polskie zobowiązania względem Francji są daleko idące. Ale Paryż nie zasypia gruszek w popiele. Do swoich działań lobbingowych najął znaczące postaci z dawnego wywiadu wojskowego. Podczas ostatniej wizyty prezydent Francji dodatkowo zapewnił polską stronę, że jeżeli uda im się w Polsce podpisać jakiś znaczący kontrakt, to ostatecznie nie dowiozą mistrali do Rosji. Mistrale to nowoczesne okręty desantowe. Francja zawiesiła kontrakt z Rosjanami z powodu wojny na Ukrainie.

WSPÓŁPRACA WOJSKOWA Z AMERYKĄ

Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że wygrana Francuzów jest przesądzona, tylko nikt nie wiedział, jak to sprzedać opinii publicznej. Amerykanie dawali do zrozumienia, że mogą poświęcić kontrakt na helikoptery w zamian za obietnice kontraktu na system obrony rakietowej. Centrala Sikorsky’ego miała się podporządkować globalnym interesom United Technologies UTC, do którego należy również bardzo dochodowa spółka Pratt & Whitney. 41 proc. sprzedaży Pratt & Whitney idzie do Airbusa. UTC bał się, że te relacje mogą ucierpieć, jeżeli Francja straci helikoptery. Nastrój się jednak zmienił, dziś Amerykanie walczą o kontrakt na helikoptery.

I na dowód tego chcą w najbliższym czasie wyłożyć nowe karty na stół. Źródła w Waszyngtonie donoszą nam, że sekretarz stanu John Kerry w najbliższym czasie ma wystosować list do polskiego rządu, na ręce premier Kopacz, określający ramy dalszej współpracy z Polską. To może być krytyczny list nie tylko dla naszych decyzji zbrojeniowych, lecz także polsko-amerykańskich relacji. Polska ma usłyszeć dokładnie to, na czym zależy nam najbardziej. Kerry ma zaproponować wielopoziomową współpracę, list będzie dotyczył offsetu, możliwego wsparcia amerykańskiego rządu, deklaracji o łączących nas wyjątkowych relacjach, ale najważniejsze zdanie będzie dotyczyło propozycji kompatybilności polskiego uzbrojenia z amerykańskim.

W prywatnych rozmowach amerykańscy dyplomaci i wojskowi deprecjonują znaczenie ofert innych państw, mówiąc, że w razie konfliktu naprawdę wartościowe są te, które mają pokrycie w czynach i we współpracy poszczególnych państw. Amerykańskie wojska znajdują się już na terytorium Polski i będą konieczne do obsługi zakupionego sprzętu. Francuzi w razie konfliktu zaczną się drapać po głowie i zastanawiać, czy to dla nich dobry interes. Stąd też dobrym pomysłem byłaby pełna kompatybilność dwóch zaprzyjaźnionych armii. To coś więcej niż kompatybilność z wojskami NATO. Ten sam sprzęt, to samo wyszkolenie, zaplecze, części zamienne. To już nie tylko kwestia wspólnych systemów rozpoznawalności swój-wróg. To coś więcej, przede wszystkim możliwość płynnego przestawiania się żołnierzy amerykańskich na polskie warunki. Amerykanie już w każdej chwili mogą lądować na polskich lotniskach przystosowanych do F-16. Zeszłotygodniowe manewry 14 amerykańskich F-16 przy granicy z Rosją były częścią pokazu, jak na naszym terytorium może szybko zaistnieć amerykańska armia. Teraz – tłumaczy nam Pentagon – dobrze byłoby, żeby Polska miała podobne zaplecze helikopterowe, czołgowe i rakietowe. W każdej chwili gotowe na przyjęcie amerykańskich żołnierzy. Gdyby tak się stało, to jeszcze przed jesiennymi wyborami do parlamentu można to byłoby sprzedać w Polsce jako spory sukces polityczny.

Cały tekst w najnowszym wydaniu "Wprost", które jest dostępne w formie e-wydania na www.ewydanie.wprost.pl i w kioskach oraz salonach prasowych na terenie całego kraju.

"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchania.
Tygodnik "Wprost" można zakupić także za pośrednictwem E-kiosku
Oraz na  AppleStore GooglePlay


Czytaj także

 27
  • specjalista   IP
    Karakal to przestarzały model.Oni sami kończą jego produkcję i chcą tego śmiecia komuś wcisnąć.Ten klamot sam ledwo odrywa się od ziemi.
    • Andrzej   IP
      Czy konieczny jest zakup Helikopterow z innych krajow skoro sami produkujemy dobre helikoptery? Mamy beznadziejny Rzad ktory bezmyslnie wydaje olbrzymie pienieniadze na niepotrzebny sprzet wojskowy.
      • Piotr Kraczkowski   IP
        "Amerykańskie wojska znajdują się już na terytorium Polski i będą konieczne do obsługi zakupionego sprzętu." - czyli mamy płacić za sprzęt żołnierzy USA.
        "Francuzi w razie konfliktu zaczną się drapać po głowie i zastanawiać, czy to dla nich dobry interes." - ___zupełnie inaczej niż USA, które obiecywały przed napaścią na Irak złote góry, prezydent Kwaśniewski opowiadał w wywiadach o "kapitalizacji decyzji politycznej" napaści na Irak, a potem firmy USA zgarnęły kontrakty za ponad bilion dolarów, a polskie nie dostały nic - tu USA nie musiały się nawet drapać po głowie, bo sprawa była dla nich jasna: coś innego mówi się przed, a coś innego po. (Co w sumie jest dobre dla Polski, bo przynajmniej nie ciągnęliśmy korzyści materialnych ze spowodowania śmierci i kalectwa tysięcy irackich dzieci i zniszczenia założonej przez samego Chrystusa, a chronionej przez Husseina, wspólnoty chrześcijan Iraku.)
        "Stąd też dobrym pomysłem byłaby pełna kompatybilność dwóch zaprzyjaźnionych armii. To coś więcej niż kompatybilność z wojskami NATO. Ten sam sprzęt, to samo wyszkolenie, zaplecze, części zamienne."
        ___I tylko zaprzyjaźnieni żołnierze z zach. UE są zwolnieni z wiz do USA, a żołnierze polskiej "zaprzyjaźnionej armii" nie są. No, ale Polacy zamiast "się drapać po głowie i zastanawiać, czy to dla nich dobry interes", "robią łaskę" za darmo. Tzn. ci, którzy jeszcze nie uciekli z Polski...
        • Piotr Kraczkowski   IP
          Jeśli USA podważają kraje zach. UE jako partnerów NATO, to po co USA wogóle są w NATO? Kraje zach. UE mają swoją broń także z uwagi na logistykę. W razie wojny w Europie USA mogą być tak zaangażowane wojną w Azji i na Bliskim Wschodzie, że możliwości dostaw na czas części zamiennych, amunicji, uzbrojenia, rakiet przeciwlotniczych itp. po prostu nie będzie z uwagi na odległość 10.000 km przez ocean. Magazyny i fabryki w Polsce zostaną zniszczone, powstanie wojskowo absolutna konieczność dostawy np. 300 rakiet dziś i 1000 rakiet jak najszybciej i to zapotrzebowanie zaspokoiłyby magazyny z zach. UE (przy broni z UE), ale na pewno nie z USA. Kupowanie broni z USA przy logistyce przez 10.000 oceanu jest totalną kompromitacją wojska, niekompetencją. Polska jest z zach. UE w jednym NATO i UE, zach. UE wie, że nikt nie napadnie na Polskę dla samej Polski, lecz że konfitury są w zach. UE, a więc każde planowanie wojskowych zach. UE (i NATO) przewiduje stoczenie wojny w obronie Polski - na terytorium Polski, aby nie bronić się na swoim terytorium. Dlatego nie będzie żadengo "drapania się po głowie", lecz natychmiastowa reakcja lotnictwa zach. UE oraz przyjazd do Polski dywizji z zach. UE. Temu służą też wspólne ćwiczenia. Wyjątek: jeśli Polska swoim awanturnictwem wojennym (jak ze zbrodnią nielegalnej napaści na Irak i torturami) znajdzie się w stanie wojny dobrowolnie, to zach. UE nie ma obowiązku z NATO i nie ma interesu własnego, bo wie, że atak na Polskę miałby wówczas chrakter karny, chrakter nauczki, jak w przypadku Gruzji i Ukrainy, charakter odwetowy za polskie awanturnictwo wojenne. Biorąc udział w wojnie dobrowolnie Polska zrzeka się gwarancji NATO i kraje zach. UE mają wówczas rację odmawiając pomocy w obronie np. Mazur i ograniczając się do stanowiska jak w/s Tybetu, Krymu, okupowanych Ziem Palestyńczyków, czy Kaszmiru. Wówczas faktycznie pomogą tylko USA tak jak w Wojnie Wietnamskiej, ale tego nie chcą Polacy.
          • Piotr Kraczkowski   IP
            W Polsce mogą być trzej producenci helikopterów, a Airbus zatrudni tak samo jak konkurenci. Zaletą Airbusa jest nie tylko najlepszy helikopter wielozadaniowy Caracal i najlepszy helikopter szturmowy "Tiger UH", ale i to, że poprzez Airbusa integrujemy się z przemysłem zach. UE. Black Hawk, to inwestycja bezpośrednia USA w Polsce i nie może spowodować wzrostu współpracy przemysłowej firm w USA z polskim przemysłem. Pozytywne skutki wyboru helikopterów Airbusa są zatem korzystne nie tylko lokalnie, tak jak w przypadku Black Hawka, ale i dla całej Polski, dla przemysłów niezwiązanych z helikopterami. Korzyści z oferty Airbusa są tak olbrzymie, że ta oferta opłacałaby się nawet wtedy, gdyby Black Hawk zamknął swą fabrykę w Polsce. Pracowników Black Hawka przejąłby po prostu Airbus (związkowcy popełniają błęd upierając się przy Black Hawku, bo wybór Airbusa da więcej miejsc pracy nawet gdyby Sikorski zamknął swą fabrykę). Sikorsky sprzedał dotąd bardzo mało helikopterów wyprodukowanych w Polsce, a więc ilości pracowników (pomijając dopłaty od UE) uzależnionych od Black Hawka są zawyżane. ____ Dodajmy, że droga Polski w kosmos wiedzie przez UE, ESA, i min. Francję, przez zbrojeniówkę min. Francji, a nie przez USA i NASA. Polska traci bardzo dużo kupując broń od USA - spokojne, obiektywne rozpatrzenie sprawy udowodni ponad wszelką wątpliwość, że kupując broń z USA tracimy wszyscy, miejsca pracy, podatki, szanse rozwojowe, wolniej rośnie nasza zamożność. Jednocześnie broń, którą potrzebujemy, jest jako kupiona z zach. UE i wojskowo lepsza, i tańsza niż broń z USA.