Życie PO politycznej śmierci

Życie PO politycznej śmierci

PO przez osiem lat rządów osierociła wielu polityków. Przedstawiamy sylwetki pięciu z nich, którzy w różnych okolicznościach trafili lub właśnie trafiają na polityczny margines.

Ich losy są różne. Jedni odnaleźli się w innej rzeczywistości, inni próbują wrócić do czynnej polityki. Jednak życie wszystkich świadczy o tym, że polityka uzależnia na zawsze. Żaden z opisywanych polityków – a jest ich pięciu: Bronisław Komorowski, Radosław Sikorski, Mirosław Drzewiecki, Zbigniew Chlebowski i Sławomir Nowak – nie miał z góry zaplanowanego planu B. Dlatego jedni – jak Drzewiecki – łudzą się powrotem na listy wyborcze PO, inni – jak Sikorski – marzą o karierze międzynarodowej, a jeszcze inni – jak Komorowski – muszą ochłonąć po politycznej klęsce.

Ich losy – poza osobistą porażką – pokazują w dużej mierze słabość polskiej klasy politycznej. Ludzie, którzy pełnili przecież najważniejsze funkcje w państwie, nie są rozchwytywani na rynku pracy, nie wracają też do poprzednich zajęć – z wyjątkiem Drzewieckiego, który ma duży, prywatny majątek. Całe swoje życie zawodowe związali z partią. To posiadanie legitymacji było gwarantem zajmowania kolejnych posad, awansów i znacznych dochodów. Gdy partia zdjęła z nich parasol ochronny, ich życie staje się puste. Nie posiadają dorobku naukowego, nie są ekspertami w żadnej innej dziedzinie poza gabinetowymi rozgrywkami i tworzeniem koterii.

Bronisław Komorowski Prezydent zakłada fundację

Bronisław Komorowski, który 6 sierpnia zakończy urzędowanie, wyraźnie waha się, czy pozostać czynnym politykiem, czy poświęcić się innego rodzaju aktywności publicznej. – O tym, co Bronisław Komorowski będzie robił po zakończeniu kadencji, poinformujemy po 6 sierpnia – mówi Joanna Trzaska-Wieczorek, rzeczniczka głowy państwa. Były prezydent obok emerytury w wysokości 75 proc. podstawowych poborów głowy państwa (9200 zł brutto) dostaje też pieniądze na utrzymanie biura. Przez trzy miesiące po zakończeniu kadencji będzie pobierał pensję z dodatkami, czyli razem ok. 20 tys. zł miesięcznie.

Niezależnie od tego Bronisław Komorowski zapowiedział utworzenie instytutu swojego imienia, który będzie się zajmował m.in. sprawami polsko-ukraińskimi. W ten sposób chce pójść w ślady Lecha Wałęsy, który stworzył fundację Instytut Lecha Wałęsy, oraz Aleksandra Kwaśniewskiego z fundacją Amicus Europae, której głównym celem jest popieranie integracji europejskiej.

Z nieoficjalnych informacji wynika jednak, że zaraz po zakończeniu kadencji Bronisław Komorowski na parę miesięcy wyjedzie do Budy Ruskiej, gdzie ma dom. Na razie nie może wrócić do swojego warszawskiego mieszkania, ponieważ – według „Faktu” – wynajął je na dwie kadencje kancelarii prawnej. – Przynajmniej dopóki nie opadnie kurz po wyborach parlamentarnych – mówi polityk zaprzyjaźniony z rodziną głowy państwa. Bo w PO można usłyszeć, że ustępujący prezydent ciągle nie otrząsnął się z szoku po przegranych wyborach.

– Bronisławowi Komorowskiemu odpowiadała rola głowy państwa, bo nie lubił nigdy politycznych zwarć, jako prezydent czuł się na swoim miejscu i dlatego tak trudno przyjąć mu do wiadomości, że 6 sierpnia będzie musiał na nowo zorganizować sobie życie – mówi polityk z jego środowiska. Sama organizacja życia na nowo, przejście od roli głowy państwa, mieszkającej w Belwederze, wożonej przez ochronę i korzystającej ze zwykłej obsługi przysługującej prezydentowi, do roli byłego prezydenta, z jednym ochroniarzem i jednym małym biurem, jest trudne. Aleksandrowi Kwaśniewskiemu – jak twierdzą jego znajomi – zajęło rok przyzwyczajanie się do nowych warunków. A przecież nie przegrał wyborów.

Prócz tego pozostaje kwestia aktywności publicznej. Bronisław Komorowski w wywiadzie dla tygodnika „Polityka” powiedział, że nie wyklucza możliwości startu do Senatu, ale jako kandydat bezpartyjny. W nieoficjalnych rozmowach można usłyszeć, że jeżeli PO mocno przegra jesienne wybory parlamentarne, to były prezydent może stanąć na czele ruchu odnowy partii, bo Ewa Kopacz nie da sobie rady z tą sytuacją. Niewykluczone też, że Bronisław Komorowski zostałby patronem szerszego porozumienia różnych środowisk. Już dzisiaj mówi o froncie obrony demokracji. Przegrana PO mogłaby być częścią tego frontu. Jednak ta działalność zależy od tego, jak ukształtuje się scena polityczna po jesiennych wyborach parlamentarnych.

Radosław Sikorski. Ambicje oderwane od rzeczywistości

Radosław Sikorski po rezygnacji z fotela marszałka Sejmu nie potrafi napisać scenariusza na swoje życie. Zdaniem naszych rozmówców z Platformy zajął się za to pisaniem scenariusza spektaklu teatralnego i książki o ostatnich ośmiu latach rządów jego partii. – To jest właśnie spin Platformy. Zaczęli go wysyłać na polityczną emeryturę. Teraz będą rozpowiadać, że Sikorski będzie siedział i pisał – mówi „Wprost” Paweł Piskorski, który twierdzi, że w partii nie ma ani jednej osoby, która żałowałaby byłego marszałka Sejmu. I przywołuje scenę, która miała się rozegrać wśród wierchuszki Platformy zaraz po tym, jak Donald Tusk wyjechał do Brukseli, by objąć tam stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. – „ Po co nam jest Sikorski? Po co był Donaldowi, to wiemy, był dla niego straszakiem na PiS” – takie pytania w wewnętrznym gronie zadawali sobie Kopacz, Grabarczyk, Biernat, Schetyna – twierdzi Piskorski. Radosław Sikorski w Platformie zawsze był traktowany jak „ PiS-owskie ciało obce”, „polityczny singiel”, a jego pozycja była uzależniona tylko od Donalda Tuska. I dopóki on był szefem PO, były marszałek Sejmu mógł snuć wielkie plany.

– Radek był kandydatem na szefa NATO, kandydatem na kandydata na prezydenta, spekulowało się, że na premiera. Dziś jest kompletnie nikim – mówi jego znajomy z Platformy. Ogromne ambicje Radosława Sikorskiego szły w parze z coraz większym oderwaniem polityka od rzeczywistości. Lata na stanowisku ministra spraw zagranicznych, a szczególnie moment jego zaangażowania w rozwiązywanie konfliktu na Ukrainie w 2014 r., przyniosły mu uznanie ze strony Donalda Tuska, ale i zagranicznych mediów, w których brylował. Radosław Sikorski miał wtedy poczucie, że odniósł życiowy sukces. Miał na siebie plan. Nie chciał być dłużej szefem MSZ. Chciał dostać się do struktur NATO, to jednak przepadło. Zaczął więc starać się o stanowisko w Unii Europejskiej. I to się nie udało. Zresztą to nie była jego największa ambicja. Radosław Sikorski pragnął dwóch funkcji, które miały być zwieńczeniem jego kariery. Chciał zostać premierem lub prezydentem. Stanowisko marszałka Sejmu, które dostał po rekonstrukcji rządu dokonanej przez Ewę Kopacz, miało być dla niego trampoliną do tego, by w przypadku niepowodzenia premier zająć jej miejsce w fotelu szefa rządu.

Zanim jednak plan Radosława Sikorskiego mógł się dopełnić, polityk na fali afery taśmowej stracił funkcję marszałka Sejmu. Przypomnijmy, że na nagraniach opublikowanych przez „Wprost” rozmawiał z Jackiem Rostowskim międzyinnymi o tym, że sojusz polsko-amerykański to fikcja. – Fikcją to jest twierdzenie, że Kopacz zdymisjonowała go za taśmy. Od początku chciała się go pozbyć – twierdzi jeden z polityków. Inny przekonuje, że obecnie były marszałek Sejmu miota się z myślami, czy dobrze robi, wycofując się z polityki krajowej.

– Rozważa scenariusz, w którym startuje do Sejmu z byle jakiego miejsca, żeby tylko się dostać – mówi sympatyzujący z nim polityk Platformy. Jednak bardziej prawdopodobny plan Radosława Sikorskiego zakłada karierę międzynarodową. Bo były szef MSZ przez lata wypracował sobie setki kontaktów za granicą. – Zakładam, że w szukaniu pracy nie pomoże mu Grzegorz Schetyna. Ale może liczyć na Carla Bildta, byłego premiera Szwecji. Przyjaźnią się – mówi nasz rozmówca. Inny dorzuca: – Sikorski z głodu nie umrze. Zacznie wykładać. Na jakiś czas zamknie się w swoim oddzielonym od reszty świata dworku – mówi. I ironizuje: – Zawsze może zostać sołtysem dworku w Chobielinie. Wystarczy, że wygra głosowanie w rodzinie. Chociaż przy jego ciężkim charakterze to i o to będzie trudno.

Mirosław Drzewiecki. Polityka jak narkotyk

– Mirek jest niezdrowo uzależniony od polityki. Żyje w alternatywnej rzeczywistości – tak na pojawiające się informacje o możliwości startu Mirosława Drzewieckiego do Senatu z list Platformy zareagował jego dawny kolega. Powrót do polityki byłego ministra sportu jest jednym z tematów, którymi żyje łódzka PO. – Słyszałem o pomyśle startu Mirka do Sejmu, ale to było szaleństwo. Zaczął więc obstawać przy Senacie – mówi nam polityk Platformy. Sam Mirosław Drzewiecki w rozmowie z „Wprost” deklaruje, że z polityką pożegnał się na stałe. – Niech startują młodsi. Mnie pięć kadencji wystarczy – zapewnia. Na te słowa dobrze znający go politycy reagują uśmiechem. – Mirek po aferze hazardowej wystawał w hotelu sejmowym, żeby kogoś przydybać. Za wszelką cenę chciał podtrzymać relacje w Platformie. Prywatnie opowiadał, że a to spotkał się z Donaldem, a to z Ewą – opowiada nasz rozmówca.

Mirosław Drzewiecki o rozmowach z obecnym szefem Rady Europejskiej mówiłteż publicznie. W wywiadzie dla „Wprost” w kwietniu 2014 r. tak opowiadał o Donaldzie Tusku: – Czasem udaje nam się na chwilę spotkać w oderwaniu od polityki – oznajmił i zadeklarował, że bywa w kancelarii premiera i „czasami te spotkania bardzo się przedłużają”. Drzewiecki przychodził do szefa rządu z butelką czerwonego wina i rzeczywiście rozmowy zaliczały się do towarzyskich.

– Mirek zawsze manifestował uległość w stosunku do Tuska. Nie miał nigdy za sobą żadnej istotnej części środowiska Platformy. Był tylko członkiem dworu premiera – słyszymy na Wiejskiej. Teraz były minister sportu stał się członkiem grona komentatorów i recenzentów poczynań obecnej premier i Platformy. – Kiedy ostatnio zobaczyłem, jak w TVN24 Mirek, bohater afery hazardowej, komentuje aferę podsłuchową, to zdębiałem. On nie widzi, że to śmieszne? – dziwi się nasz rozmówca. Świat byłego ministra sportu rozsypał się 1 października 2009 r. Wtedy wybuchła afera hazardowa, a on musiał odejść w niesławie. „Rzeczpospolita” opublikowała stenogramy z rozmów dolnośląskich biznesmenów, którzy lobbowali m.in. u Zbigniewa Chlebowskiego i Mirosława Drzewieckiego za zmianami w ustawie hazardowej. Chodziło o likwidację dodatkowego podatku od hazardu. Państwo mogło na tym stracić prawie pół miliarda złotych.

Dziś trudno mu będzie znaleźć miejsce w ugrupowaniu targanym wewnętrznym kryzysem. – Wyobraża sobie pani sytuację, w której Ewa nie zgadza się, żeby do Sejmu startował Grabarczyk, a zgadza się na to, żeby na listach do Senatu znalazł się Drzewiecki? Spółdzielnia do tego nie dopuści – twierdzi nasz rozmówca. Ale ostateczne decyzje na temat kształtu list jeszcze nie zapadły. Dyskusja na ich temat odbędzie się w każdym regionie w pierwszej dekadzie lipca. Jak wynika z relacji polityków Platformy, Mirosław Drzewiecki rozmawiał w Łodzi z działaczami na temat swojego startu w wyborach. – Widocznie nadal aktualne jest sformułowanie, którego użył zaraz po odejściu z rządu: „Nazywam się Mirek Drzewiecki i będę robił, co będę chciał” – kwituje jeden z polityków.

Zbigniew Chlebowski. Wątpliwy sprawdzian w biznesie

Zbigniew Chlebowski, były szef klubu PO, na politycznej emeryturze jest już od 2009 r. To dużo czasu, by się jakoś urządzić, nawet po takiej historii jak afera hazardowa. Ci, którzy interesują się sceną polityczną, pamiętają konferencję prasową Chlebowskiego, po tym gdy sprawa wyszła na jaw. Poseł ocierał nieustannie pot z czoła i nie był w stanie składnie wyjaśnić tej historii. Jednak ostatecznie nie najgorzej sobie radził po odejściu z polityki. Na kilka lat zniknął z oczu opinii publicznej. W 2011 r. bez powodzenia ubiegał się o mandat senatora i to była jego ostatnia aktywność polityczna. W 2013 r. został prezesem Europejskiego Konsorcjum Kolejowego „Wagon” w Ostrowie Wielkopolskim, firmy niegdyś należącej do Skarbu Państwa, dziś w prywatnych rękach. Tę funkcję pełni do dzisiaj. Tak przynajmniej wynika ze strony internetowej. Jest co prawda na tej karierze jedna drobna rysa – firma, którą kieruje, realizująca zlecenia PKP Cargo, nie płaciła kooperantom.

Bezsilni kontrahenci, mając w ręku wyroki sądów, nie byli w stanie uzyskać płatności nawet przy pomocy komorników. Wiele razy próbowali sprawą zainteresować media, wysyłając do nich wiele informacji o sięgających setki tysięcy zaległościach Wagonu. – Od czerwca do połowy listopada 2014 r. wykonywaliśmy wagony dla PKP Cargo, 77 sztuk – opowiada przedstawiciel jednej z firm kooperujących z Wagonem. – Pracowało przy tym 50 ludzi, którym wypłaciliśmy wynagrodzenia, ale sami pieniędzy nie dostaliśmy, przez co popadliśmy w poważne kłopoty finansowe. Według niej PKP Cargo dostało dotacje unijne na wagony, więc nie było powodu, żeby pośrednik, czyli EKK „Wagon”, nie zapłacił wykonawcom. Ale na koncie tej firmy pieniędzy rzeczywiście nie było, co stwierdziło kilku komorników. – Nie było nawet czego zlicytować – mówi nasza rozmówczyni.

Ostatecznie pieniądze wpłynęły pod koniec ubiegłego tygodnia. Nie wiemy, skąd się wzięły zaległości. Ze Zbigniewem Chlebowskim mimo telefonów, e-maila i SMS-a nie udało nam się skontaktować. W jego byłej partii nikt go już nie wspomina.

Sławomir Nowak. Pan Tik-Tak, czyli zgubne namiętności

– Doradza potajemnie Ewie Kopacz, dostał posadę w Brukseli, robi korespondencyjnie MBA na jednej z brytyjskich uczelni, sprawdza się w biznesie – tak informowały media o aktywności Sławomira Nowaka po złożeniu przez niego mandatu parlamentarnego. Co z tego jest prawdą? Na pewno biznes i studia – jak twierdzą jego znajomi z PO. Ale niewykluczone, że doradzanie pani premier – również.

Pewne jest jednak, że były minister transportu, złote dziecko Platformy Obywatelskiej, szef pomorskiego oddziału tej partii, o którym tamtejsi działacze mawiali „tak czy owak, zawsze Nowak”, na dobre zniknął z politycznego firmamentu. Gdy w maju ostatecznie zakończył się jego proces w sprawie niewpisania kosztownego zegarka do oświadczenia majątkowego, Nowak, niegdyś „ćwierkający” na potęgę, po raz ostatni zabrał głos na Twitterze, pisząc: „Walczyłem do końca, mam poczucie satysfakcji. Pewnych rzeczy i opinii to oczywiście już nie zmieni. Cieszę się tą chwilą – nie mylić z triumfem. Dziękuję wszystkim, którzy dziś i przez cały czas byli ze mną i mnie wspierali. Do polityki nie wracam”. Od tego czasu nie było już żadnych wpisów, tylko przekazywanie opinii innych osób.

Odejście Nowaka z polityki w zasadzie zostało wymuszone. Wspomniany werdykt był jedynie połowicznie korzystny dla byłego ministra. Został on uznany winnym niewpisania zegarka (co oznacza złamanie ustawy o posłach i senatorach), ale z powodu niewielkiej szkodliwości czynu postępowanie karne zostało warunkowo umorzone na rok. Dzięki temu Nowak nie musiał płacić 20 tys. zł grzywny, ale uniewinniony też nie został. To oznacza, że dla Platformy, która ciągle boryka się ze skutkami afery taśmowej, byłby balastem, a nie wartością dodaną. A gdyby nie namiętność do drogich zegarków (dzięki czemu zyskał przydomek „Pan Tik-Tak”) i wystawnych kolacji w Sowie i Przyjaciołach, mógłby być dzisiaj jedną z ważniejszych postaci w PO. Bliski współpracownik Donalda Tuska, weteran wielu k ampanii, z doświadczeniem w administracji, a na dodatek w wieku najbardziej dziś pożądanym na scenie politycznej, czyli ledwo po czterdziestce, mógłby rozwinąć skrzydła przy Ewie Kopacz.

Nowak uwielbiał formę – gorzej u niego było zawsze z treścią. To on wymyślił Pendolino, czyli szybką kolej, którą – jak twierdzą eksperci – można by zamówić w Polsce za dużo mniejsze pieniądze. Mimo fali krytyki ekspertów i drwin internautów zachował wówczas stanowisko. Stracił je potem z powodu upodobania do drogich zabawek, czyli przez drogi zegarek, którego nie wpisał do oświadczenia majątkowego i mętnie się tłumaczył z okoliczności jego nabycia. A ostatecznie zakończyła ją afera taśmowa, bo przy wykwintnych daniach w Sowie i Przyjaciołach Nowak zwierzał się Andrzejowi Parafianowiczowi, że izba skarbowa zamierza „trzepać” jego żonę i że mogą być problemy, gdy zaczną to „crossować z jego rachunkiem”. Przy tej rozmowie padła z ust Parafianowicza, byłego wiceministra finansów, sugestia, że on to zablokował. Prokuratura, która badała tę sprawę, nie dopatrzyła się nieprawidłowości. Jednak po tej historii Nowak stracił całą przychylność mediów.

– Chyba faktycznie nie ma zamiaru działać już publicznie – mówi w rozmowie z tygodnikiem „Wprost” Antoni Mężydło, poseł PO, który cenił Nowaka jako ministra transportu. – Spotkałem się z nim na pogrzebie Władysława Bartoszewskiego, mówił, że jest w biznesie i do polityki nie wraca. Jerzy Borowczak, gdański poseł PO, nie wie, co się dzieje z Nowakiem. Słyszał plotkę o pracy w Brukseli, ale nie może jej potwierdzić. – Nie mam z nim kontaktu, nie byliśmy bliskimi przyjaciółmi – mówi. – Żałuję jednak, że jego kariera się załamała. Przy Sławku nasza PO miała męską część ciała. On był zdecydowanym przywódcą, potrafił nas zmobilizować do działania i był bardzo kontaktowy. Teraz to wszystko jest nie tak, jak należy. Trudno będzie go zastąpić. ■

Okładka tygodnika WPROST: 28/2015
Więcej możesz przeczytać w 28/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także