Z bunclokiem na Chybotku

Z bunclokiem na Chybotku

Nad purpurowym jeziorem, niedaleko królewskiego pałacu stała kołyska dla olbrzyma… Nie, to nie początek bajki, ale atrakcje Dolnego Śląska. Największą z nich jest jednak atmosfera – nie do podrobienia.

Niech nie zmyli państwa brak słówka „zdrój” w nazwie Szklarskiej Poręby. O uzdrowiskowym charakterze miejscowości można przekonać się zaraz po przyjeździe, biorąc głęboki oddech – powietrze jest tu krystalicznie czyste, rześkie i świeże. Nic dziwnego, że okolice te były modne już w połowie XIX w. Wśród przyjezdnych prym wiedli artyści – malarze, pisarze, poeci – których można było spotkać na szklarskich ulicach przez cały rok.

A skąd wzięło się w nazwie „szkło”? Otóż, przez wieki charakter miejscowości wyznaczali nie kuracjusze, lecz działające tu huty szkła. Ślad tych czasów pozostał w nazwie miejscowości. Bogate pokłady kwarcu i gęstwina lasów, z których czerpano opał, przyciągały hutników już w XIV w. Dorzucając bukowe drwa do pieców, wydmuchiwali z kwarcowych drobinek szklane cuda. Z czasem mobilne wspólnoty rzemieślnicze, przemieszczające się wraz z karczowaniem lasu, zostały zastąpione przez fabryki z prawdziwego zdarzenia. Dziś to już jednak przeszłość. Po prężnie działających zakładach pozostały tylko ruiny i wspomnienie, które próbują podtrzymać nieliczni.

Jednym z nich jest mistrz Henryk Łubkowski, prowadzący Leśną Hutę. W niewielkiej fabryczce wytwarza szklaną masę, gotując ją w temperaturze 1200 st. C, by za pomocą stalowych szczypców formować z niej wymyślne wazony, misy, ptaki i konie. Stosuje przy tym tradycyjne narzędzia, wierząc, że raz opracowane i wielokrotnie sprawdzone metody przynoszą najlepsze rezultaty. Bilet wstępu, umożliwiający przyjrzenie się jego pracy, kosztuje 8 zł. Kto od rzemieślniczej biegłości bardziej ceni sobie naturę, niech podąży niebieskim szlakiem. Dotrze nim do atrakcji, która cieszyła się popularnością wśród turystów już w XIX w. W bukowym lesie kryje się skupisko leżących na sobie głazów. Szczytowy blok, mający średnicę czterech metrów, wsparty jest jedynie w dwóch miejscach, co sprawia, że – wchodząc na niego – da się go rozkołysać. Ta naturalna bujanka, zwana Chybotkiem lub Misą Cukru, jest przy tym całkowicie bezpieczna. Ułożenie i ciężar kamieni uniemożliwiają bowiem ich runięcie, choć ruch Chybotka jest całkiem spory.

Gąbką po kamionce

Tradycjami rzemieślniczymi – choć nie szklarskimi – oddycha też Bolesławiec. Olbrzymie dzbanki wychylają się z zakamarków ulic i skwerów, nie pozostawiając wątpliwości, że miasto garncarstwem stoi. Miejscowość, przecięta malowniczo nurtem Bobru, mogłaby bez kompleksów stawać w szranki o miano najładniejszych polskich miasteczek. Przetrwała w niemal nienaruszonym stanie wojnę, a później udało się jej uniknąć typowej dla architektów minionej epoki tendencji do kształtowania rzeczywistości od nowa. Centrum Bolesławca zachowało średniowieczny układ ulic, otaczające rynek kamienice zostały odremontowane. Miasto zwyciężyło zresztą w 2011 r. w konkursie Towarzystwa Urbanistów Polskich na najlepiej zagospodarowaną przestrzeń publiczną w Polsce.

Tradycje garncarskie sięgają w Bolesławcu czasów neolitu, Bóbr dostarcza bowiem świetnego surowca w postaci szarej glinki. Przez tysiące lat miejscowi rzemieślnicy doszli w swej pracy do perfekcji. Przez większość czasu produkowali jednak całkiem użyteczne, ale jednak dość nieciekawe naczynia, bez zdobień i kolorowych wzorów. Dopiero w XIX w., gdy bolesławieccy mistrzowie opracowali słynny stempelkowy deseń nakładany gąbeczką na wstępnie wypaloną kamionkę, tutejsza ceramika zrobiła furorę. Zdobione w ten sposób naczynia – zwane, od niemieckiej nazwy miasta Bunzlau, bunclokami – stały się znakiem rozpoznawczym miejscowości. Po II wojnie światowej, dzięki staraniom Bronisława Wolanina, projektanta „Cepelii”, wzory uwspółcześniono, a wieść o nich dotarła do Japonii i USA, podbijając serca tamtejszych klientów.

Proces produkcji bolesławieckiej ceramiki najłatwiej podejrzeć w zakładach „Ceramiki Artystycznej”. W trakcie bezpłatnego zwiedzania możemy zajrzeć przez ramię dekoratorom odciskającym na naczyniach wzory, poczekać, aż w ogromnym piecu ceramika uzyska kolor indygo, a w końcu poznać tajniki nakładania na nią glazury. Krótki spacer na północny-zachód miasteczka zaprowadzi nas do atrakcji zadziwiająco często pomijanej przez przyjezdnych: kamiennego wiaduktu kolejowego. To jedna z najbardziej spektakularnych budowli miejskich w Polsce. Monumentalny zabytek, łączący brzegi Bobru, ma 490 m długości i 26 m wysokości, co czyni z niego jedną z najdłuższych tego typu konstrukcji w Europie. Wsparty na 35 przęsłach most narodził się na desce kreślarskiej pruskiego architekta Fryderyka Engelhardta Gansela, a jego budowę rozpoczęto w 1844 r. Dziś, podobnie jak całe miasto, wiadukt jest gruntownie odnowiony, a trakcja kolejowa umożliwia pociągom gnanie z prędkością 160 km/h. Wieczorem ich ruch, w połączeniu z 58 projektorami oświetlającymi wiadukt, zapewnia niesamowity barwny spektakl.


Dolina królów

Kotlina Jeleniogórska, między Karkonoszami, Rudawami Janowickimi i Górami Kaczawskimi, nie bez powodu porównywana jest z Doliną Loary. Na powierzchni 100 km kw. rozsianych jest blisko 30 zabytkowych kompleksów, prezentujących niemal pełen przekrój stylów architektonicznych: od gotyku, poprzez barok, renesans i klasycyzm, na eklektyzmie skończywszy. Do obejrzenia są zarówno średniowieczne zamki, w tym ruiny Chojnika i warowni Bolczów, jak i odrestaurowane, imponujące rozmachem pałace, zmieniające na przestrzeni wieków właścicieli. Szczyt popularności tego miejsca przypadł na XIX w., gdy dolinę na miejsce spędzania wakacji wybrała sobie pruska rodzina królewska. W pałacu w Mysłakowicach rezydował latem król Fryderyk Wilhelm III, pałac w Karpikach upodobał sobie książę Wilhelm Pruski, a pałac w Wojanowie królewska córka Luiza Niderlandzka. Dziś budynek ten jest jednym z największych historycznych hoteli w Polsce. Zamieszkały od niemal 400 lat, kusi luksusowymi apartamentami oraz dostępnymi dla wszystkich ogrodami, w których wszystko zdaje się być zaplanowane od linijki.

Do Doliny Pałaców i Ogrodów, bo tak w turystycznej nomenklaturze nazywa się ten region, można wjechać od kilku stron, podążając za wskazówkami brązowych tablic. Później najlepiej porzucić główne drogi na rzecz leśnych i nadrzecznych ścieżek, dobrym pomysłem jest więc rower lub terenowe auto. Dokładny plan jest zbyteczny, zagęszczenie posiadłości sprawia bowiem, że nie da się ich przegapić. Niedaleko stąd do Rudaw Janowickich i niezwykłych kolorowych jeziorek. W 1773 r. pruski przedsiębiorca Christian Preller pozyskiwał w okolicach wsi Wieściszowice piryt, potrzebny do produkcji kwasu siarkowego. Po wyeksploatowaniu złóż wyrobiska porzucono, a natura dopełniła reszty, zalewając je wodą. Cztery powstałe w ten sposób jeziorka nabrały od siarki i miedzi spektakularnych barw. Mamy więc akwen purpurowy, błękitny, żółty i zielony, z tym że te dwa ostatnie często wysychają.

W słońcu jeziorka sprawiają wrażenie, jakby były dziełem grafika próbującego poprawić świat za pomocą Photoshopa. Wokół tego mariażu natury i przemysłu wyrosła dziś turystyczna infrastruktura (w sezonie kemping 30 zł, parking 10 zł, stanowisko do grillowania 10 zł), miejscu udało się jednak zachować stosunkowo kameralny charakter.

WOLNO, CORAZ WOLNIEJ

Przypadłości turystycznej popularności ominęły też śląskie Bardo, maciupeńką miejscowość mającą ponad 900 lat i zaledwie 3 tys. mieszkańców, leżącą w Górach Bardzkich. To świetne miejsce na nicnierobienie, przesiadywanie na ławce na ryneczku lub leniwe spacery po brukowanych uliczkach. Nad miejscowością góruje kościół Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny, do którego wiernych przyciąga figurka Matki Boskiej Bardzkiej, najstarsza drewniana rzeźba na Dolnym Śląsku (datowana na XII w.). Mająca niecałe pół metra wysokości, polichromowana figurka powstała prawdopodobnie w Nadrenii, jej autor pozostaje jednak nieznany. Potem można przejść się po kamiennym moście z XV w. spinającym brzegi Nysy Kłodzkiej. Lub powłóczyć się po uliczkach. I choć ta miejscowość także nie ma w nazwie słówka „zdrój”, wizyta w Bardzie uzdrawia – nawet jeśli nie ciało, to z pewnością nastrój przybysza. ■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 32/2015
Więcej możesz przeczytać w 32/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0