Wong wiernie trzyma się wypracowanej przez siebie stylistyki. "2046" to dzieło niespieszne, w którym nastrój jest dużo ważniejszy od fabuły. Chiński reżyser dopieścił w filmie każdy kadr, ważne są w nim każdy szczegół, każde spojrzenie, czy półszeptem wypowiedziane słowo. Reżyser klimat buduje muzyką (dominują stare tanga), manieryczną pracą kamery, precyzyjnie wystudiowanymi wnętrzami.
Wong dobrze wie, że ma liczne grono oddanych fanów i wyraźnie do nich skierował ten film. Jeśli komuś nie spodobały się jego wcześniejsze produkcje, to w "2046" nie znajdzie nic dla siebie. Manieryczność tego dzieła jest męcząca, forma zbytnio dominuje nad treścią. Po raz kolejny okazuje się, że jesteśmy samotni w tłumie, a miłość w życiu to ułuda. Na to wszystko nakładają się skoki w przyszłość, które sprawiają, że wongowskie dusze tłuką się samotnie nie tylko w przestrzeni, ale także w czasie.
W "2046" jest sporo trafnych spostrzeżeń na temat życia, na pewno ten film ma swój niepowtarzalny klimat, który - nawet jeśli się nie spodoba - warto poznać. Ale całość trąci minimalizmem; egzystencjalna samotność to zbyt mało, aby wypełnić ponad dwugodzinną projekcję.
Agaton Koziński
"2046", reż. Wong Kar-Wai, Chiny/Francja/Niemcy, 2004