Niestety na tym właśnie polega istota al-Kaidy i tej wojny. Baza nie ma jednolitej struktury; jest zlepkiem małych, często kilkuosobowych organizacji terrorystycznych. Dlatego ta wojna - mimo jasno nakreślonego wroga, czyli terroryzmu - jest tak beznadziejnie trudna. Stare kierownictwo Bazy już od dawna jest tylko jej przywództwem symbolicznym, jedynie od czasu do czasu zagrzewającym do walki. Od kilku lat ukrywa się gdzieś w górach na pograniczu Afganistanu i Pakistanu, co jakiś czas wydając oświadczenia publikowane w arabskich mediach. Pierwszą flankę w tej wojnie - w sposób naturalny - przejęły ugrupowania powstające naprędce w Iraku, czy to do porywania zakładników, czy też do wysadzania się w powietrze. Stąd zresztą kariera Zarkawiego, który na początku przecież nie miał najlepszych relacji z bin Ladenem. Dopiero jego "sukcesy" sprawiły, że został namaszczony na szefa al-Kaidy w Iraku.
Oczywiście to bardzo dobrze, że w międzyczasie Amerykanom udało się pojmać Nr. 3 w organizacji. Pytanie tylko, na ile jest to czynna postać, będąca w stanie kierować dżihadem i na ile jego schwytanie jest wynikiem "układów" wewnątrz pakistańskiego wywiadu. Wielu ekspertów jest przekonanych, że gdyby ów wywiad chciał, dawno złapałby liderów al-Kaidy.
Faktem niezaprzeczalnym jest także to, że od zaprzysiężenia irackiego rządu w zamachach zginęło 200 osób. To oznacza, że albo należy zmienić strategię wojny, albo stworzyć strategię wyjścia.
Grzegorz Sadowski