Filmowi brakuje jednak pomysłu, "Zabić prezydenta" jest prostym powtórzeniem koncepcji z "Taksówkarza". Jedyna różnica polega na tym, że w filmie Scorsese główny bohater grany przez De Niro nie umie przystosować się do życia we współczesnej cywilizacji po traumie, jaką stała się dla niego walka na froncie w Wietnamie. Bohater Muellera, Bicke, popada we frustrację z powodu nieumiejętności odnalezienia się w rzeczywistości czasu wietnamskiej wojny w Ameryce. Poza tą różnicą oraz kilkoma drobnymi zmianami (De Niro jest taksówkarzem, Penn sprzedawcą mebli) oba filmy przebiegają w podobnym rytmie i oba zmierzają nieuchronnie do podobnego, tragicznego finału. Mueller odważył się nawet na kopię słynnej sceny z "Taksówkarza", w której De Niro przed lustrem wygraża rewolwerem wyimaginowanemu przeciwnikowi - w "Zabić prezydenta" Bicke ćwiczy przenoszenie broni przez bramkę na lotnisku.
"Taksówkarz" Scorsese był filmem, który wpisywał się w powstały w Europie nurt nowej fali. Była ona buntem przeciw istniejącemu kinu, formą odrzucenia istniejącego systemu producencko-gwiazdorskiego, próbą znalezienia nowego kształtu dla filmów. Jednak to, co sprawdzało się w latach 60. i 70., niekoniecznie musi sprawdzać się dziś. Nieznani wtedy aktorzy i reżyserzy są dziś gwiazdami pierwszej wielkości. Odgrzewanie tego nurtu nie ma żadnej wartości - poza sentymentalną. Dlatego "Zabić prezydenta" może spodobać się tylko widzom, którzy nie widzieli "Taksówkarza" - dla pozostałych będzie on tylko sequelem wybitnego dzieła Scorsese.
Agaton Koziński
"Zabić prezydenta" ("The Assassination of Richard Nixon"), reż. Niels Mueller, USA/Meksyk, 2004