Zdzisław Montkiewicz, były prezes PZU znacznie przybliżył posłom wyjaśnienie zagadki. Jak łatwo było się zorientować, o pozostanie w PZU Eureko bardzo zabiegał obóz prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Nawet gdy Eureko chciało się wycofać - nie pozwolono mu. Po odwołaniu Montkiewicza prezydent przeforsował na stanowisko prezesa PZU Cezarego Stypułkowskiego. Szczyci się on rekordowymi zyskami w firmie, podczas gdy faktycznie są one znacznie niższe, niż mogłyby być przy normalnym zarządzaniu firmą. Stypułkowski zapłacił już dziesiątki milionów złotych za ekspertyzy, którymi PZU dawno dysponuje. Firma jest w defensywie i oddaje udziały w rynku konkurencji. Rosną tylko zyski z lokat.
To pokazuje dlaczego Montkiewicz musiał zostać odwołany. PZU to dojna krowa, na której mogą wyżywić się dziesiątki "krewnych i znajomych królika". Gdy firma jest państwowa wówczas konfitury są dostępne tylko przez kilka lat. Później przychodzi nowa ekipa i wymienia ludzi na swoich. Obóz prezydenta Kwaśniewskiego skupiony wokół partnera w inwestycji Eureko, banku postkomunistycznej nomenklatury - BIG Banku Gdańskiego (obecnie Banku Millennium) był prosty. Trzeba wybrać słabego inwestora, który będzie musiał zgodzić się na zatrudnianie wskazanych osób i dawanie kontraktów zaprzyjaźnionym firmom. Dlatego właśnie wybrano małe Eureko do kupna dużego PZU.
Montkiewicz chciał pozbyć się pasożyta, jakim niewątpliwie było Eureko w PZU. Skutek był taki, że zaatakowała go większość mediów. Pytanie dlaczego tak się stało i komu zależało, aby transakcja doszła do skutku jest retoryczne. Przypomnę tylko, że jeszcze kilka miesięcy temu te same media (głównie "Gazeta Wyborcza" i "Rzeczpospolita") głosiły, że należy podpisać ugodę, bo inaczej na początku roku przegramy proces przed sądem arbitrażowym, jaki wytoczyło Polsce Eureko. Okazało się to zwykłą bajką. Komisja powinna przypomnieć w swoim raporcie kto ją opowiadał.
Jan Piński