Wojna polsko-polska pod unjną flagą

Wojna polsko-polska pod unjną flagą

Dodano: 
Jeśli sprawdzą się prognozy, to Polska będzie się mogła pochwalić rekordowo niską frekwencją w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Niby nieważne jak o nas piszą, ważne, że z nazwy - no ale, czy faktycznie? 10 proc. frekwencja bardziej zaszkodziłaby wizerunkowi Polski zagranicą niż co najmniej połowa ekscesów polityków wszystkich najbardziej rozrywkowych frakcji.
Wiem, że narażę się na zarzut europropagandy, ale zgrzytam zębami z wściekłości na tak marne zainteresowanie tymi wyborami (a jako, że się wreszcie pozbyłam aparatu ortodontycznego! może mieć to zgubne skutki dla uzębienia). Bo taki totalny brak zainteresowania to naprawdę wstyd. Rozumiem, że część Polaków jest sfrustrowana własną ciężką sytuacją finansową i ma dość polityków i polityki. Ale fakt, że nie pójdziemy na wybory nie znaczy, że politycy znikną. To logika w stylu na złość mamie odmrożę sobie uszy. Jak my nie zagłosujemy, to ktoś zagłosuje za nas. I wtedy złość jeszcze większa.
Niestety prawdą jest, że w sporej części winę za to lekceważenie wyborów do PE ponoszą media. Jeżeli epatujemy czytelników/widzów/słuchaczy informacjami o haniebnie wysokich zarobkach eurodeputowanych, okraszając je aferami i skandalami z udziałem europosłów to nic dziwnego, że przeciętny wyborca widzi w każdym eurodeputowanym opływającego w luksusy lesera, nieuka i darmozjada. W marginalnych przypadkach jest to skądinąd prawidłowy obraz, dla większości posłów wielce jednak krzywdzący.
Innym błędem jest sprowadzanie dyskusji do wewnętrznej walki między poszczególnymi partiami i pyskówka na tematy stricte polskie, abstrahujące od debaty europejskiej. Czyli taka wojna polsko-polska pod unijną flagą.
Nie będę Państwa zanudzać informacjami o kompetencjach PE i tym, czym ta instytucja jest - zainteresowanych odsyłam do następnego wydania Wprost i mojej diagnozy na ten temat. Ale jedno tylko warto pamiętać - Parlament to jedyna instytucja unijna wybierana w demokratycznych wyborach przez obywateli.
Zdarza mi się prowadzić debaty przedwyborcze i są one okazją do wysłuchania nie tylko kandydatów, ale i wyborców.
W środę w krakowskim klubie Pod Jaszczurami rozmawiałam z Januszem Onyszkiewiczem (PdP), Bogusławem Sonikiem (PO), Andrzejem Szejną (SLD) i Mariuszem Andrzejewskim (PiS). Dyskusja była rzeczowa, poświęcona najważniejszym bieżącym kwestiom: traktatowi lizbońskiemu, sposobom na wychodzenie z kryzysu finansowego, dacie i sposobach wchodzenia do strefy euro czy też relacjom z Niemcami (w kontekście m.in. artykułu w Spieglu).
Ludzie, którzy przyszli do Jaszczurów zdawali sobie sprawę, że te wybory nie są dla nas pozbawione znaczenia. Ale dla ilu osób PE jest w dalszym stopniu jakąś totalnie abstrakcyjną jednostką, która w żaden sposób nie wpływa na nasze życie? Kiedy rozmawiam ze znajomymi w Krakowie na ten temat czasem słyszę, że ja na to inaczej patrzę, bo jestem w Brukseli. W dużej mierze jest to prawda, bo zanim sama nie zajęłam się tematyką europejską byłam o wiele mniej zainteresowana i mniej poinformowana niż teraz. Bo  żeby coś zrozumieć, trzeba się przyjrzeć temu z bliska.
Przez całe lata Polacy lubili powtarzać "nic o nas bez nas". Dziwi więc, że teraz pozwalamy, by ktoś inny wypowiadał się w naszym imieniu. Bo do tego się właśnie sprowadza ignorowanie wyborów.

Czytaj także

Czytaj także