Czarny scenariusz zwolenników prawicy stał się faktem; w drugiej turze bezpardonowa walka między kandydatami do fotela prezydenckiego rozegra się między jej dwoma przedstawicielami - Donaldem Tuskiem i Lechem Kaczyńskim.
Taki scenariusz nie był zresztą od dłuższego czasu niespodzianką. Jeszcze przed wycofaniem się Włodzimierza Cimoszewicza stało się jasne, że do decydującego starcia staną właśnie ci dwaj kandydaci.
Wyniki I tury, które nie przyniosły Donaldowi Tuskowi znaczącej przewagi, mogą oznaczać tylko jedno: możemy zapomnieć o gentlemeńskiej walce na programy, choć apele o nią słychać było w wieczór wyborczy z obydwu obozów. Zaledwie jednocyfrowa różnica między Tuskiem a jego największym rywalem Lechem Kaczyńskim nie pozostawia wątpliwości, że w walce o elektoraty Andrzeja Leppera i Marka Borowskiego sztaby obydwu kandydatów pójdą na całość, by "wykosić" konkurencyjnego kandydata. I nie będzie tu miał znaczenia wspólny "solidarnościowy" rodowód obydwu konkurentów do prezydentury.
Któremu elektoratowi taki styl walki wyborczej bardziej przypadnie do gustu? Dotąd tracił na niej raczej Donald Tusk, choć na razie wynikające z sondaży kalkulacje dają mu w II turze niewielką przewagę.
Niezależnie od tego, kto wygra tę "bratobójczą" walkę, traci na niej cała prawica, która nie tylko zniechęca do siebie wielu wyborców, ale także utrudnia sobie rozmowy koalicyjne.
Wyniki I tury, które nie przyniosły Donaldowi Tuskowi znaczącej przewagi, mogą oznaczać tylko jedno: możemy zapomnieć o gentlemeńskiej walce na programy, choć apele o nią słychać było w wieczór wyborczy z obydwu obozów. Zaledwie jednocyfrowa różnica między Tuskiem a jego największym rywalem Lechem Kaczyńskim nie pozostawia wątpliwości, że w walce o elektoraty Andrzeja Leppera i Marka Borowskiego sztaby obydwu kandydatów pójdą na całość, by "wykosić" konkurencyjnego kandydata. I nie będzie tu miał znaczenia wspólny "solidarnościowy" rodowód obydwu konkurentów do prezydentury.
Któremu elektoratowi taki styl walki wyborczej bardziej przypadnie do gustu? Dotąd tracił na niej raczej Donald Tusk, choć na razie wynikające z sondaży kalkulacje dają mu w II turze niewielką przewagę.
Niezależnie od tego, kto wygra tę "bratobójczą" walkę, traci na niej cała prawica, która nie tylko zniechęca do siebie wielu wyborców, ale także utrudnia sobie rozmowy koalicyjne.
Elżbieta Majewska