BusinessWeek przygotował ranking największych szpitali w Polsce. To duże przedsiębiorstwa o przychodach przekraczających 150 mln złotych. Mają długi, bo nie są w stanie dostosować zatrudnienia do przychodów. Ale nie tylko dlatego.
Im więcej wydajemy na służbę zdrowia, tym gorsza jest kondycja szpitali
Wbrew obiegowej opinii Narodowy Fundusz Zdrowia nie może narzekać na brak pieniędzy. W I kwartale tego roku zarobił na czysto 193 mln zł, a między 2001 i 2003 rokiem publiczne wydatki na służbę zdrowia zwiększyły się o prawie 2 mld zł - do 32,6 mld zł. Wszystko to dzięki wyższej o 0,25 punktu procentowego składce na ubezpieczenie. Jak wygląda praktyka? Dyrektorzy szpitali wyliczają, że po czterech miesiącach 2004 roku ich placówki otrzymały z NFZ o 15-30 proc. mniej pieniędzy niż w tym samym okresie rok temu.
- Taki mamy kontrakt. Aby szpital zarobił tyle, ile w 2003 roku, musiałby pracować o 30 proc. wydajniej - mówi Jan Czeczot, pełnomocnik ds. finansowych dyrektora Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie, przy ulicy Szaserów.
Placówka ta nie należy do szpitali, którym kasy chorych skąpiły pieniędzy. Ubiegłoroczny kontrakt ze względu na wyższe niż gdzie indziej stawki wzbudził sprzeciw szefów pozostałych mazowieckich szpitali. Placówka - jako jedna z nielicznych - jest na plusie. Rok 2003 zakończyła niewielkim zyskiem i - jak wynika z naszego rankingu - z przychodami na poziomie 223 mln zł była drugim pod tym względem szpitalem w kraju.
Szukanie winnego
Skandaliczne - jak to określają dyrektorzy szpitali - stawki kontraktów NFZ tłumaczy brakiem środków. Skąd w takim razie nadwyżka w budżecie funduszu i gdzie podziały się pieniądze z rosnących składek?
Marek Mazur, wiceprezes NFZ ds. finansowych, twierdzi, że fundusz chce utrzymać kontrakty na poziomie z 2003 roku, ale wprowadzone od 1 stycznia 2004 roku nowe zasady ich rozliczania mogą to uniemożliwić. Jego zdaniem, część szpitali nie będzie w stanie wykonać wszystkich zapisanych w umowach procedur i zarobi mniej niż rok temu. Fundusz już pracuje nad poprawą tego systemu.
Niższe kontrakty to problem szpitali w całym kraju. Ewa Smolewicz, szef finansów Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, twierdzi, że od pięciu lat z roku na rok jej szpital dostaje coraz mniej publicznych pieniędzy. Tomasz Walasek, zastępca dyrektora ds. ekonomicznych Szpitala Wojewódzkiego w Koszalinie, uważa, że wartość kontraktów dla szpitali spada w tempie kilku procent rocznie. Np. łódzki oddział funduszu zaproponował szpitalom tak niskie stawki na 2004 rok, że po kilku miesiącach 19 placówek powiatowych wypowiedziało umowy.
Przedstawiciele NFZ twierdzą, że sytuację szpitali pogarszają rosnące koszty leczenia. To fakt. Szpitale przyznają, że wprowadzają nowe procedury medyczne - bardziej skuteczne, ale i droższe. Tyle tylko, że droższe metody nijak się mają do narzucanych przez NFZ kontraktów. Fundusz nie finansuje inwestycji w sprzęt, a koszty procedur nie zwiększyły się przecież o 20 proc. w ciągu roku. Poza tym szpitale inwestują właśnie po to, by oszczędzać - na przykład na płaceniu za badania konkurencji. Podobnie jest z lekami.
- W 1999 roku szpitale wydawały na leki 11 proc. przychodów. Teraz już ok. 20 proc. - wyjaśnia Marek Kokoszka, dyrektor wydziału świadczeń zdrowotnych Regionalnego Oddziału NFZ w Rzeszowie. Dyrektorzy uważają jednak, że wzrost cen leków powinien przekładać się na podnoszenie wysokości kontraktów, a tak się nie dzieje.
Bez głowy
Szpitale narzekają na fundusz, ale same nie pozostają bez winy - ich słabą stroną jest niska wydajność.
- Różnice w efektywności między oddziałami kardiochirurgicznymi dochodzą do 100 proc. - twierdzi Marek Mazur.
W powszechnej ocenie głównym grzechem szpitali jest socjalny system zatrudnienia. - W dobrze zarządzanym szpitalu na jedno łóżko powinno przypadać 1,2-1,4 pracownika - mówi Włodzimierz Pisarski, p.o. zastępcy dyrektora departamentu organizacji ochrony zdrowia.
Praktyka jest odmienna. W Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie na każde łóżko przypada 2,8 pracownika. W szpitalu w Płońsku 300 łóżek obsługuje 500-osobowa ekipa, a wynagrodzenia pochłaniają prawie połowę budżetu. Wojskowy Instytut Medyczny na pensje 2,2 tys. pracowników przeznacza 40 proc. swojego ponad 200-milionowego budżetu. Przerosty zatrudnienia odbijają się z kolei na płacach. W warszawskich szpitalach lekarze specjaliści z wieloletnim stażem zarabiają bez dyżurów do 2 tys. zł netto.
Dlaczego więc szpitale nie zwalniają pracowników? Andrzej Zięba, dyrektor krakowskiego Szpitala Uniwersyteckiego, utrzymuje, że w jego specjalistycznej placówce proporcja 2,8 pracownika na jedno łóżko to konieczność. Wiadomo jednak, że w służbie zdrowia wciąż wiele do powiedzenia mają związki zawodowe. W małym płońskim szpitalu działa ich aż sześć. W dodatku dyrektorzy nie podejmują ryzyka, bo nawet ostre cięcia nie zawsze przynoszą efekty.
Syzyfowe prace
Przekonał się o tym Marek Nowacki, który od czterech lat kieruje największym w kraju szpitalem onkologicznym - Centrum Onkologii w Warszawie. W 1999 roku szpital zanotował stratę netto w wysokości 30 mln zł. Nowacki ściągnął do centrum kanadyjskiego konsultanta (za pieniądze rządu Kanady), który wycenił wszystkie wykonywane w szpitalu zabiegi i pomógł przekonać do nich przedstawicieli kas chorych. Szpital wynegocjował podobno najniższe ceny leków w kraju, wprowadził motywacyjny system wynagrodzeń, do minimum skrócił czas leczenia.
Dwuletnia kuracja przyniosła efekt w postaci niewielkiego zysku netto w 2002 roku (112 tys. zł). Cóż z tego, skoro w 2003 roku Narodowy Fundusz Zdrowia nie zapłacił szpitalowi 17 mln zł za ponadlimitowe procedury. Z tego powodu zamiast zysku centrum ma 15 mln zł straty.
- Wprowadzanie limitów dla szpitala onkologicznego jest nieporozumieniem. My nie możemy odmówić leczenia. To jest poza dyskusją - podkreśla Marek Nowacki.
Sprawa należności za leczenie ponadlimitowe trafi do sądu. Postanowienie Sadu Najwyższego z 2003 roku nakazuje szpitalom przestrzegać kontraktów, obliguje jednak NFZ do płacenia za procedury ratujące życie. W praktyce oznacza to, że szpital może wyegzekwować od funduszu ok. 40 proc. należności. To, co zaoszczędzi na lekarzach, NFZ wyda na prawników. Do sądów trafiło już bowiem tysiąc spraw o sfinansowanie ponadlimitowych procedur oraz o zwrot kosztów tzw. ustawy 203.
To kolejny zapalny punkt. Otóż ustawa z grudnia 2001 roku obliguje szpitale do podwyżek wynagrodzeń personelu medycznego o 203 zł. Zapisy te respektuje mniej niż połowa szpitali. Dlaczego? Np. dla szpitala w Płońsku to ponad 2 mln zł dodatkowych wydatków rocznie.
- To tyle, ile wynosi nasz roczny deficyt - wyjaśnia dyrektor placówki Paweł Obermajer, który ją zrestrukturyzował (udało mu się m.in. namówić pracowników na kilka tygodni bezpłatnej pracy!) Jego zdaniem, gdyby nie ustawa, płoński szpital przynosiłby zyski.
Na boku
Niedofinansowane placówki służby zdrowia szukają alternatywnych dla NFZ źródeł przychodów. Szpital w Płońsku dorabia 5-10 proc. budżetu na dzierżawach i badaniach, a do prac gospodarczych zatrudnia więźniów z miejscowego aresztu.
Kontrakt z NFZ to ok. 90 proc. przychodów Wojskowego Instytutu Medycznego. Reszta to wpływy z badań dla Komitetu Badań Naukowych, MON i z działalności komercyjnej.
Szpital Wojewódzki w Koszalinie do 52 mln zł z kontraktu dorabia 5 mln zł
- głównie na dzierżawach nieruchomości i komercyjnej działalności prowadzonej przez szpitalną spalarnię śmieci.
Centrum Onkologii w Warszawie myśli o wybudowaniu wraz ze Stoenem małej elektrociepłowni.
Zadłużonym szpitalom pomagają też właściciele. Warszawscy samorządowcy dofinansują w 2004 roku stołeczną służbę zdrowia kwotą 50-60 mln zł.
Niemożliwe jest możliwe
Rośnie liczba prywatnych klinik - jest ich już 113 (publicznych jest 700). Uruchomienie szpitala - w przeliczeniu na jedno łóżko - kosztuje od 50 tys. zł do nawet 1,5 mln zł w wypadku oddziału specjalistycznego. Horrendalnie drogi jest sprzęt - urządzenie do rezonansu magnetycznego to wydatek rzędu 25 mln zł. Wbrew opinii prywatne kliniki nie żyją z leczenia zamożnych pacjentów.
- Około 80 proc. ich przychodów pochodzi z NFZ - mówi Andrzej Sokołowski, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Szpitali Niepublicznych.
Prywatni są dochodowi, bo nastawiają się na leczenie czysto komercyjne - tanie, szybkie i w miarę bezpieczne zabiegi, np. usunięcia wyrostka robaczkowego. Dzięki specjalizacji i ograniczonym do minimum kosztom oferują funduszowi usługi po niższych cenach niż publiczna konkurencja - i kawałek po kawałku odbierają jej rynek. Tym między innymi NFZ uzasadnia wysokość stawek dla publicznych szpitali. Jednak prywatne kliniki - jak wynika z danych Ministerstwa Zdrowia - to ciągle margines rynku. To zaledwie 2 proc. spośród 270 tys. wszystkich łóżek szpitalnych.
Dyrektorzy szpitali zgodnie twierdzą, że przy obecnym poziomie finansowania, limitach i "ustawie 203" ich jednostki nie są w stanie funkcjonować. Niskiej efektywności i braku kontroli nad wydatkami nie zlikwidują jednak ani nowe ustawy, ani wyższe kontrakty.
Najwięcej na wynagrodzenia Wyniki szpitala w Płońsku (SPZZOZ) za 2003 rok:
Źródło: SPZOZ w Płońsku
Kolos
na glinianych nogach
Największą placówką leczniczą w Polsce jest krakowski Szpital Uniwersytecki (SU), w którego strukturach działają kliniki Collegium Medicum UJ. Mimo bardzo wysokich przychodów szpital podobnie jak zdecydowana większość największych placówek przynosi straty.
- Dziura w naszym budżecie wynika z rozliczeń z Narodowym Funduszem Zdrowia - wyjaśnia prof. Andrzej Zięba, dyrektor Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.
- Gdyby fundusz zapłacił za wszystkie ponadlimitowe procedury, nasze przychody byłyby wyższe o 22 mln zł.
Pozew przeciwko NFZ wkrótce trafi do sądu. Szpital chce, aby fundusz sfinansował te procedury. Wcześniej na tej samej drodze zażądano, aby NFZ zapłacił za podwyżki wynikające z tzw. ustawy 203. Podwyższone wynagrodzenia są w szpitalu częściowo wypłacane. Resztę środków szpital chce zdobyć, emitując obligacje. Popadająca w zadłużenie placówka praktycznie nie inwestuje. Pieniądze z NFZ wystarczają na pokrycie kosztów leczenia. Na zakup sprzętu i remonty już nie ma pieniędzy. - Niedawno dostaliśmy z Ministerstwa Zdrowia sprzęt wartości 190 tys. zł, ale biorąc pod uwagę wielkość naszej placówki, to tyle, co nic - mówi Andrzej Zięba. Dyrektor liczy na pieniądze z funduszy strukturalnych i szuka sposobów na wygospodarowanie wkładu własnego niezbędnego do pozyskania unijnego kapitału. Szpital myśli już o nowych usługach i dochodach po wprowadzeniu dodatkowych ubezpieczeń społecznych i podjęciu działalności komercyjnej.
Wbrew obiegowej opinii Narodowy Fundusz Zdrowia nie może narzekać na brak pieniędzy. W I kwartale tego roku zarobił na czysto 193 mln zł, a między 2001 i 2003 rokiem publiczne wydatki na służbę zdrowia zwiększyły się o prawie 2 mld zł - do 32,6 mld zł. Wszystko to dzięki wyższej o 0,25 punktu procentowego składce na ubezpieczenie. Jak wygląda praktyka? Dyrektorzy szpitali wyliczają, że po czterech miesiącach 2004 roku ich placówki otrzymały z NFZ o 15-30 proc. mniej pieniędzy niż w tym samym okresie rok temu.
- Taki mamy kontrakt. Aby szpital zarobił tyle, ile w 2003 roku, musiałby pracować o 30 proc. wydajniej - mówi Jan Czeczot, pełnomocnik ds. finansowych dyrektora Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie, przy ulicy Szaserów.
Placówka ta nie należy do szpitali, którym kasy chorych skąpiły pieniędzy. Ubiegłoroczny kontrakt ze względu na wyższe niż gdzie indziej stawki wzbudził sprzeciw szefów pozostałych mazowieckich szpitali. Placówka - jako jedna z nielicznych - jest na plusie. Rok 2003 zakończyła niewielkim zyskiem i - jak wynika z naszego rankingu - z przychodami na poziomie 223 mln zł była drugim pod tym względem szpitalem w kraju.
Szukanie winnego
Skandaliczne - jak to określają dyrektorzy szpitali - stawki kontraktów NFZ tłumaczy brakiem środków. Skąd w takim razie nadwyżka w budżecie funduszu i gdzie podziały się pieniądze z rosnących składek?
Marek Mazur, wiceprezes NFZ ds. finansowych, twierdzi, że fundusz chce utrzymać kontrakty na poziomie z 2003 roku, ale wprowadzone od 1 stycznia 2004 roku nowe zasady ich rozliczania mogą to uniemożliwić. Jego zdaniem, część szpitali nie będzie w stanie wykonać wszystkich zapisanych w umowach procedur i zarobi mniej niż rok temu. Fundusz już pracuje nad poprawą tego systemu.
Niższe kontrakty to problem szpitali w całym kraju. Ewa Smolewicz, szef finansów Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, twierdzi, że od pięciu lat z roku na rok jej szpital dostaje coraz mniej publicznych pieniędzy. Tomasz Walasek, zastępca dyrektora ds. ekonomicznych Szpitala Wojewódzkiego w Koszalinie, uważa, że wartość kontraktów dla szpitali spada w tempie kilku procent rocznie. Np. łódzki oddział funduszu zaproponował szpitalom tak niskie stawki na 2004 rok, że po kilku miesiącach 19 placówek powiatowych wypowiedziało umowy.
Przedstawiciele NFZ twierdzą, że sytuację szpitali pogarszają rosnące koszty leczenia. To fakt. Szpitale przyznają, że wprowadzają nowe procedury medyczne - bardziej skuteczne, ale i droższe. Tyle tylko, że droższe metody nijak się mają do narzucanych przez NFZ kontraktów. Fundusz nie finansuje inwestycji w sprzęt, a koszty procedur nie zwiększyły się przecież o 20 proc. w ciągu roku. Poza tym szpitale inwestują właśnie po to, by oszczędzać - na przykład na płaceniu za badania konkurencji. Podobnie jest z lekami.
- W 1999 roku szpitale wydawały na leki 11 proc. przychodów. Teraz już ok. 20 proc. - wyjaśnia Marek Kokoszka, dyrektor wydziału świadczeń zdrowotnych Regionalnego Oddziału NFZ w Rzeszowie. Dyrektorzy uważają jednak, że wzrost cen leków powinien przekładać się na podnoszenie wysokości kontraktów, a tak się nie dzieje.
Bez głowy
Szpitale narzekają na fundusz, ale same nie pozostają bez winy - ich słabą stroną jest niska wydajność.
- Różnice w efektywności między oddziałami kardiochirurgicznymi dochodzą do 100 proc. - twierdzi Marek Mazur.
W powszechnej ocenie głównym grzechem szpitali jest socjalny system zatrudnienia. - W dobrze zarządzanym szpitalu na jedno łóżko powinno przypadać 1,2-1,4 pracownika - mówi Włodzimierz Pisarski, p.o. zastępcy dyrektora departamentu organizacji ochrony zdrowia.
Praktyka jest odmienna. W Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie na każde łóżko przypada 2,8 pracownika. W szpitalu w Płońsku 300 łóżek obsługuje 500-osobowa ekipa, a wynagrodzenia pochłaniają prawie połowę budżetu. Wojskowy Instytut Medyczny na pensje 2,2 tys. pracowników przeznacza 40 proc. swojego ponad 200-milionowego budżetu. Przerosty zatrudnienia odbijają się z kolei na płacach. W warszawskich szpitalach lekarze specjaliści z wieloletnim stażem zarabiają bez dyżurów do 2 tys. zł netto.
Dlaczego więc szpitale nie zwalniają pracowników? Andrzej Zięba, dyrektor krakowskiego Szpitala Uniwersyteckiego, utrzymuje, że w jego specjalistycznej placówce proporcja 2,8 pracownika na jedno łóżko to konieczność. Wiadomo jednak, że w służbie zdrowia wciąż wiele do powiedzenia mają związki zawodowe. W małym płońskim szpitalu działa ich aż sześć. W dodatku dyrektorzy nie podejmują ryzyka, bo nawet ostre cięcia nie zawsze przynoszą efekty.
Syzyfowe prace
Przekonał się o tym Marek Nowacki, który od czterech lat kieruje największym w kraju szpitalem onkologicznym - Centrum Onkologii w Warszawie. W 1999 roku szpital zanotował stratę netto w wysokości 30 mln zł. Nowacki ściągnął do centrum kanadyjskiego konsultanta (za pieniądze rządu Kanady), który wycenił wszystkie wykonywane w szpitalu zabiegi i pomógł przekonać do nich przedstawicieli kas chorych. Szpital wynegocjował podobno najniższe ceny leków w kraju, wprowadził motywacyjny system wynagrodzeń, do minimum skrócił czas leczenia.
Dwuletnia kuracja przyniosła efekt w postaci niewielkiego zysku netto w 2002 roku (112 tys. zł). Cóż z tego, skoro w 2003 roku Narodowy Fundusz Zdrowia nie zapłacił szpitalowi 17 mln zł za ponadlimitowe procedury. Z tego powodu zamiast zysku centrum ma 15 mln zł straty.
- Wprowadzanie limitów dla szpitala onkologicznego jest nieporozumieniem. My nie możemy odmówić leczenia. To jest poza dyskusją - podkreśla Marek Nowacki.
Sprawa należności za leczenie ponadlimitowe trafi do sądu. Postanowienie Sadu Najwyższego z 2003 roku nakazuje szpitalom przestrzegać kontraktów, obliguje jednak NFZ do płacenia za procedury ratujące życie. W praktyce oznacza to, że szpital może wyegzekwować od funduszu ok. 40 proc. należności. To, co zaoszczędzi na lekarzach, NFZ wyda na prawników. Do sądów trafiło już bowiem tysiąc spraw o sfinansowanie ponadlimitowych procedur oraz o zwrot kosztów tzw. ustawy 203.
To kolejny zapalny punkt. Otóż ustawa z grudnia 2001 roku obliguje szpitale do podwyżek wynagrodzeń personelu medycznego o 203 zł. Zapisy te respektuje mniej niż połowa szpitali. Dlaczego? Np. dla szpitala w Płońsku to ponad 2 mln zł dodatkowych wydatków rocznie.
- To tyle, ile wynosi nasz roczny deficyt - wyjaśnia dyrektor placówki Paweł Obermajer, który ją zrestrukturyzował (udało mu się m.in. namówić pracowników na kilka tygodni bezpłatnej pracy!) Jego zdaniem, gdyby nie ustawa, płoński szpital przynosiłby zyski.
Na boku
Niedofinansowane placówki służby zdrowia szukają alternatywnych dla NFZ źródeł przychodów. Szpital w Płońsku dorabia 5-10 proc. budżetu na dzierżawach i badaniach, a do prac gospodarczych zatrudnia więźniów z miejscowego aresztu.
Kontrakt z NFZ to ok. 90 proc. przychodów Wojskowego Instytutu Medycznego. Reszta to wpływy z badań dla Komitetu Badań Naukowych, MON i z działalności komercyjnej.
Szpital Wojewódzki w Koszalinie do 52 mln zł z kontraktu dorabia 5 mln zł
- głównie na dzierżawach nieruchomości i komercyjnej działalności prowadzonej przez szpitalną spalarnię śmieci.
Centrum Onkologii w Warszawie myśli o wybudowaniu wraz ze Stoenem małej elektrociepłowni.
Zadłużonym szpitalom pomagają też właściciele. Warszawscy samorządowcy dofinansują w 2004 roku stołeczną służbę zdrowia kwotą 50-60 mln zł.
Niemożliwe jest możliwe
Rośnie liczba prywatnych klinik - jest ich już 113 (publicznych jest 700). Uruchomienie szpitala - w przeliczeniu na jedno łóżko - kosztuje od 50 tys. zł do nawet 1,5 mln zł w wypadku oddziału specjalistycznego. Horrendalnie drogi jest sprzęt - urządzenie do rezonansu magnetycznego to wydatek rzędu 25 mln zł. Wbrew opinii prywatne kliniki nie żyją z leczenia zamożnych pacjentów.
- Około 80 proc. ich przychodów pochodzi z NFZ - mówi Andrzej Sokołowski, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Szpitali Niepublicznych.
Prywatni są dochodowi, bo nastawiają się na leczenie czysto komercyjne - tanie, szybkie i w miarę bezpieczne zabiegi, np. usunięcia wyrostka robaczkowego. Dzięki specjalizacji i ograniczonym do minimum kosztom oferują funduszowi usługi po niższych cenach niż publiczna konkurencja - i kawałek po kawałku odbierają jej rynek. Tym między innymi NFZ uzasadnia wysokość stawek dla publicznych szpitali. Jednak prywatne kliniki - jak wynika z danych Ministerstwa Zdrowia - to ciągle margines rynku. To zaledwie 2 proc. spośród 270 tys. wszystkich łóżek szpitalnych.
Dyrektorzy szpitali zgodnie twierdzą, że przy obecnym poziomie finansowania, limitach i "ustawie 203" ich jednostki nie są w stanie funkcjonować. Niskiej efektywności i braku kontroli nad wydatkami nie zlikwidują jednak ani nowe ustawy, ani wyższe kontrakty.
Najwięcej na wynagrodzenia Wyniki szpitala w Płońsku (SPZZOZ) za 2003 rok:
| przychody | 23,6 mln zł | |
| koszty usług medycznych | 24,8 mln zł | |
| w tym: | ||
| wynagrodzenia | 12,40 mln zł |   50,0% |
| leki | 2,30 mln zł |    9,2% |
| pozostałe materiały | 2,30 mln zł |    9,2% |
| usługi obce | 2,80 mln zł |   11,2% |
| pozostałe | 2,80 mln zł |   11,2% |
| koszt "ustawy 203" | 2,30 mln zł |    9,2% |
| koszty ogółem | 25,60 mln zł | |
| wynik netto | -1,99 mln zł | |
| liczba łóżek | 300 | |
| liczba pracowników: | 500 |
Źródło: SPZOZ w Płońsku
Kolos
na glinianych nogach
Największą placówką leczniczą w Polsce jest krakowski Szpital Uniwersytecki (SU), w którego strukturach działają kliniki Collegium Medicum UJ. Mimo bardzo wysokich przychodów szpital podobnie jak zdecydowana większość największych placówek przynosi straty.
- Dziura w naszym budżecie wynika z rozliczeń z Narodowym Funduszem Zdrowia - wyjaśnia prof. Andrzej Zięba, dyrektor Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.
- Gdyby fundusz zapłacił za wszystkie ponadlimitowe procedury, nasze przychody byłyby wyższe o 22 mln zł.
Pozew przeciwko NFZ wkrótce trafi do sądu. Szpital chce, aby fundusz sfinansował te procedury. Wcześniej na tej samej drodze zażądano, aby NFZ zapłacił za podwyżki wynikające z tzw. ustawy 203. Podwyższone wynagrodzenia są w szpitalu częściowo wypłacane. Resztę środków szpital chce zdobyć, emitując obligacje. Popadająca w zadłużenie placówka praktycznie nie inwestuje. Pieniądze z NFZ wystarczają na pokrycie kosztów leczenia. Na zakup sprzętu i remonty już nie ma pieniędzy. - Niedawno dostaliśmy z Ministerstwa Zdrowia sprzęt wartości 190 tys. zł, ale biorąc pod uwagę wielkość naszej placówki, to tyle, co nic - mówi Andrzej Zięba. Dyrektor liczy na pieniądze z funduszy strukturalnych i szuka sposobów na wygospodarowanie wkładu własnego niezbędnego do pozyskania unijnego kapitału. Szpital myśli już o nowych usługach i dochodach po wprowadzeniu dodatkowych ubezpieczeń społecznych i podjęciu działalności komercyjnej.