Renty na sprzedaż

Renty na sprzedaż

Nie będzie weryfikacji rent. Rząd lekką ręką rezygnuje z 2 mld zł oszczędności.
150 tys. rencistów-oszustów odetchnęło z ulgą po tym,
jak rząd zrezygnował z weryfikacji ich świadczeń
Smutny koniec planu Hausnera to szczęśliwe zakończenie wielomiesięcznej batalii dla prawie dwuipółmilionowej rzeszy rencistów. Za sprawą zdeterminowanych w obronie wartości socjalnych posłów SdPl rząd definitywnie porzucił pomysł zweryfikowania świadczeń rentowych. Tym samym lekką ręką zrezygnował z setek milionów złotych oszczędności.
Według `zielonej księgi`, czyli opracowania z planami reformy publicznych finansów przygotowanego przez Ministerstwo Gospodarki i Pracy, kontrole rent z tytułu stałej niezdolności do pracy powinny przynieść budżetowi oszczędności od 523 mln zł w 2005 roku do 1,1 mld zł w 2007 roku. Można z tego wywnioskować, że autorzy `zielonej księgi` liczyli na to, iż w najbliższych latach pozbawi się świadczeń 150 tysięcy rencistów.
Jolanta Banach, wiceprzewodnicząca SdPl, nie ukrywa, że to jej partia utrąciła pomysł Hausnera. - To był nasz główny postulat - przyznaje posłanka. Jej zdaniem, rzeczywiste oszczędności byłyby niższe, bo znaczna część rencistów, którzy straciliby swoje uprawnienia, stanęłaby ponownie w kolejce po renty.
Poza tym w praktyce pomysł rządowy wyłączał z weryfikacji rencistów, którzy nabyli swoje uprawnienia przed reformą systemu przeprowadzoną w latach 1995--1997. Wprowadzone wtedy zasady zaostrzyły kryteria i znacznie ograniczyły liczbę nowo przyznawanych rent - twierdzi Jolanta Banach.
Rodzinny interes
Polska pozostanie więc jednym z najbardziej chorujących krajów Europy. Według danych ZUS, rentę z tytułu niezdolności do pracy otrzymuje w Polsce 2,3 mln osób. To oznacza, że co dziesiąty Polak w wieku produkcyjnym jest na utrzymaniu budżetu.
Piotr Szydłowski (53 lata), mieszkaniec starego, położonego tuż przy torach kolejowych osiedla wielkopłytowych bloków jednego z miast południowej Polski. Jego lokum przypomina scenografię do serialu Świat według Kiepskich. W jednym z podkarpackich zakładów Szydłowski przepracował 23 lata. Po przejęciu firmy przez amerykańskiego inwestora w 1997 roku stracił jednak pracę. Podobny los spotkał jego żonę Martę (49 lat). Szydłowski szybko zareagował na nową sytuację - od zaprzyjaźnionego lekarza dostał zaświadczenie o fikcyjnej chorobie swojej i żony. On choruje na nowotwór przełyku. Ona na chorobę wibracyjną i zespół Raynauda, czyli napadowe bolesne niedokrwienie rąk. Od siedmiu lat obydwoje są rencistami. Kiedyś nieźle zarabiali i ich renty też są stosunkowo wysokie - ok. 800 zł. Rencistką jest także ich 29-letnia córka. Kilkuletnia wnuczka korzysta z dodatku pielęgnacyjnego - cierpi na krótkowzroczność i astygmatyzm.
Mówiąc o zaświadczeniach lekarskich dla wnuczki, Szydłowski puszcza oko. Zupełnie mu nie przeszkadza to, że renta, którą otrzymuje, najzwyczajniej mu się nie należy i na dobrą sprawę powinien się nim zająć prokurator. Na swoje manipulacje ma własny pogląd.
- Niech prokuratura zajmie się aferzystami, którzy okradli państwo na dużo większe sumy - mówi.
Kontroli się nie boi. I tak co dwa lata musi przechodzić swoistą weryfikację. ZUS przyznał mu świadczenie na taki okres i dlatego co 24 miesiące Szydłowski musi się stawiać przed obliczem komisji lekarskiej. Oznacza to dla niego konieczność zaoszczędzenia 3 tys. zł. Tyle kosztują `formalności` związane z odnowieniem renty. 500 zł dla lekarza za wpisanie fikcyjnej choroby i 2,5 tys. zł dla orzecznika ZUS. Wizyta `na komisji` jest potem tylko formalnością. Inwestycja się opłaci, bo w ciągu kolejnych dwóch lat Szydłowski otrzyma blisko 25 tys. zł świadczeń. Nic dziwnego, że na wszystkie rodzaje rent Polska przeznacza co roku 4 proc. PKB. To najwyższy wskaźnik wśród krajów OECD.

Dużo, ale mało
O uszczelnienie systemu rentowego powinien zadbać także najbardziej zainteresowany, czyli ZUS. Statystyka Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wskazuje na to, że liczba nowo przyznawanych rent od kilku kwartałów jest w miarę stabilna. Przypadek rodziny Szydłowskiego i jemu podobnych udowadniają jednak, że w zakresie walki z korupcją wśród lekarzy orzeczników sporo jest jeszcze do zrobienia.
To, że wyłudzone renty trzeba odebrać, wydaje się oczywiste. Także dlatego, że zaoszczędzone pieniądze mogłyby się przełożyć na wyższe świadczenia dla rzeczywiście potrzebujących. Okazuje się jednak, że niekoniecznie. Andrzej Sadowski, ekspert Centrum im. Adama Smitha, ma co do tego wątpliwości. Jego zdaniem, koszty takiej operacji mogłyby być wyższe niż potencjalnych oszczędności.
Takie ryzyko rzeczywiście istnieje. Potwierdza to raport prof. Stanisławy Golinowskiej z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. Tak stało się we Włoszech, gdzie koszty kontroli były wyższe niż sumy zaoszczędzone na odebraniu nieuprawnionych świadczeń.
- Wejście do systemu rentowego w wielu wypadkach było ucieczką przed bezrobociem - mówi Andrzej Sadowski. I dodaje: - Jeżeli ludzie stracą dotychczasowe świadczenia, prawdopodobnie i tak pozostaną na utrzymaniu budżetu, bo nie będą w stanie znaleźć pracy.
Do skutków ubocznych weryfikacji eksperci zaliczają prawdopodobny wzrost przestępczości wśród osób, dla których utrata renty byłaby równoznaczna z utratą głównego źródła utrzymania. Tyle tylko, że w podobny sposób można podważyć sens jakichkolwiek reform zmierzających do ograniczenia socjalnych obciążeń dla budżetu.
Prawo do weryfikowania rent ma ZUS - każda decyzja lekarza orzecznika podlega kontroli głównego lekarza danego oddziału. Jednak przykład Szydłowskiego pokazuje, że ZUS nie jest w stanie zapanować na tym, co robią jego pracownicy. Może liczy na to, że wyręczą go policja i ABW? Tak było między innymi na Kielecczyźnie, gdzie funkcjonariusze organów ścigania zatrzymali 10 osób podejrzanych o wyłudzanie rent na podstawie sfałszowanej dokumentacji lekarskiej. Śledztwo prowadzi prokuratura, a straty ZUS szacuje się na miliony złotych. Ciekawe, jak długo rząd będzie przymykał oko na to zjawisko.

Renty dla cierpliwych
Katarzyna Daniłowska, referent ubezpieczeń społecznych w warszawskim oddziale ZUS:
Procedura przyznawania renty trwa około dwóch miesięcy. Najpierw w ZUS trzeba złożyć wniosek i opinię lekarza. Do tego dołączyć świadectwa pracy i dane o wynagrodzeniu. Warunkiem uzyskania renty jest przepracowanie w ostatnich dziesięciu latach minimum pięciu lat (dla osób, które z racji młodego wieku nie były w stanie przepracować tego okresu, ZUS ma odrębne warunki).
Po wstępnym zakwalifikowaniu petent kierowany jest do ZUS-owskiego lekarza orzecznika. Od jego decyzji zależy, czy zostanie zakwalifikowany do grupy rencistów. Jeżeli orzeczenie będzie dla wnioskodawcy pomyślne, wyliczeniem jego renty zajmie się ZUS.

Czytaj także

 0