Inflacja jest zjawiskiem bardzo dziwnym. W znacznej mierze zależy od naszych własnych oczekiwań
Kiedy czyta się teksty dotyczące zagrożenia inflacją w USA, nie sposób nie zadać pytania: czy powrót inflacji nie grozi również Polsce? Najwyższa inflacja, której doświadczyły w ciągu ostatniego półwiecza Stany Zjednoczone, wynosiła 13,5 proc. (w 1980 r.). Polska ma jeszcze stosunkowo świeżo w pamięci inflację lat 1989-90, która tylko w ciągu jednego miesiąca - stycznia 1990 r. - wyniosła 80 proc., czyli tyle, ile skumulowana inflacja w Niemczech w ciągu ostatnich 24 lat.
Dziś inflacja jest w Polsce niska, oscyluje między 1 a 2 proc. Narodowy Bank Polski oskarżany jest niekiedy o nadmiernie ostrą politykę antyinflacyjną, hamującą dynamikę wzrostu gospodarczego. To nieporozumienie. Do NBP można mieć pretensję o to, że proces ograniczania inflacji przeprowadził zbyt szybko - szybciej, niż sam się spodziewał. Jeśli jednak udało się doprowadzić do tego, że inflacja jest niska, nieco niższa niż w krajach strefy euro, trzeba się z tego cieszyć i zrobić wszystko, aby pozostała pod kontrolą.
Co mogłoby doprowadzić do wyraźnego jej wzrostu? Po pierwsze, wydarzenia znajdujące się poza naszą kontrolą. Gdyby np. na świecie doszło do gwałtownego wzrostu cen surowców, zwłaszcza ropy naftowej (a w ślad za tym i gazu), taka inflacja przeniosłaby się również na Polskę. Takiego scenariusza nie można wykluczyć tak długo, jak długo Bliski Wschód pozostaje beczką prochu. Presja inflacyjna może pojawić się również i przy mniej dramatycznym scenariuszu. Dynamiczny rozwój chińskiego importu już powoduje wyraźne przyspieszenie światowego wzrostu cen surowców i półproduktów, m.in. stali - o prawie 40 proc. Gdyby inflacja przyspieszyła w USA i strefie euro, z pewnością stanie się to i w Polsce.
Po drugie, w grę może wchodzić wzrost presji inflacyjnej w kraju związany bądź z nadmiernie silnym zwiększeniem się popytu, bądź z błędami polityki gospodarczej. Obserwując obecny niski poziom inflacji, zapomina się często, że realizuje się ona w warunkach powolnego wzrostu popytu krajowego, co nie pozwala firmom na podnoszenie cen sprzedaży, dodajmy - jest to sytuacja nienormalna. Mamy bowiem do czynienia z inflacją nienaturalnie niską, która z pewnością wzrośnie, jeśli tylko ruszy krajowy popyt. Na pytanie, czy przy "normalnym" tempie wzrostu popytu, rzędu 5-6 proc., a nie obecnym 2-proc., inflacja w Polsce ukształtuje się na poziomie 2,5-
-3 proc. (wg NBP), czy też wzrośnie np. do 4-5 proc., nikt nie potrafi na razie odpowiedzieć.
Na normalnych mechanizmach rozwojowych odbić się też mogą błędy ludzi. Nadmierna emisja pieniądza zawsze - choć z kilkumiesięcznym opóźnieniem - prowadzi do wzrostu dynamiki cen, tak jak nadmierny wzrost płac, wymuszony np. strajkami. Największe ryzyko związane jest jednak ze zmiennością kursu walutowego. Jeśli na skutek gwałtownego odpływu kapitału z Polski, związanego np. z odrzuceniem przez Sejm projektów ograniczenia wydatków i deficytu budżetowego, złoty uległby gwałtownemu osłabieniu, z pewnością znajdzie to odbicie we wzroście cen. Jak do tej pory nie ma jednak powodów do obaw, choć politykę rządu i NBP trzeba uważnie śledzić, bo błędy mogą się zdarzyć.
Najgroźniejsze jest jednak niebezpieczeństwo trzecie: ewentualny wzrost oczekiwań inflacyjnych. Inflacja jest zjawiskiem bardzo dziwnym. W znacznej mierze zależy od naszych własnych oczekiwań: jeśli uważamy, że ceny wzrosną, konsumenci i firmy dostosowują do tego swoje działania - ceny rzeczywiście rosną. I odwrotnie, powszechne oczekiwania spadku dynamiki cen powodują jej bezbolesne obniżenie. Cud taki zdarzył się w krajach Unii przystępujących do strefy euro, zwłaszcza tych, od lat przyzwyczajonych do wysokiej inflacji - Grecji, Portugalii i Włoch. Im bardziej prawdopodobne było spełnienie przez rząd kryteriów budżetowych członkostwa w strefie euro, tym bardziej wszyscy wierzyli w to, że inflacja na trwałe spadnie do poziomu takiego jak w Niemczech - i tak się rzeczywiście stało. W Polsce oczekuje się, że w ciągu kilku lat przyjmiemy euro, więc oczekiwania odnośnie dewaluacji kursu walutowego, stóp procentowych i inflacji są na niskim poziomie. Jeśli jednak to zaufanie, z różnych przyczyn, zniknie - inflacja powróci.
Dziś inflacja jest w Polsce niska, oscyluje między 1 a 2 proc. Narodowy Bank Polski oskarżany jest niekiedy o nadmiernie ostrą politykę antyinflacyjną, hamującą dynamikę wzrostu gospodarczego. To nieporozumienie. Do NBP można mieć pretensję o to, że proces ograniczania inflacji przeprowadził zbyt szybko - szybciej, niż sam się spodziewał. Jeśli jednak udało się doprowadzić do tego, że inflacja jest niska, nieco niższa niż w krajach strefy euro, trzeba się z tego cieszyć i zrobić wszystko, aby pozostała pod kontrolą.
Co mogłoby doprowadzić do wyraźnego jej wzrostu? Po pierwsze, wydarzenia znajdujące się poza naszą kontrolą. Gdyby np. na świecie doszło do gwałtownego wzrostu cen surowców, zwłaszcza ropy naftowej (a w ślad za tym i gazu), taka inflacja przeniosłaby się również na Polskę. Takiego scenariusza nie można wykluczyć tak długo, jak długo Bliski Wschód pozostaje beczką prochu. Presja inflacyjna może pojawić się również i przy mniej dramatycznym scenariuszu. Dynamiczny rozwój chińskiego importu już powoduje wyraźne przyspieszenie światowego wzrostu cen surowców i półproduktów, m.in. stali - o prawie 40 proc. Gdyby inflacja przyspieszyła w USA i strefie euro, z pewnością stanie się to i w Polsce.
Po drugie, w grę może wchodzić wzrost presji inflacyjnej w kraju związany bądź z nadmiernie silnym zwiększeniem się popytu, bądź z błędami polityki gospodarczej. Obserwując obecny niski poziom inflacji, zapomina się często, że realizuje się ona w warunkach powolnego wzrostu popytu krajowego, co nie pozwala firmom na podnoszenie cen sprzedaży, dodajmy - jest to sytuacja nienormalna. Mamy bowiem do czynienia z inflacją nienaturalnie niską, która z pewnością wzrośnie, jeśli tylko ruszy krajowy popyt. Na pytanie, czy przy "normalnym" tempie wzrostu popytu, rzędu 5-6 proc., a nie obecnym 2-proc., inflacja w Polsce ukształtuje się na poziomie 2,5-
-3 proc. (wg NBP), czy też wzrośnie np. do 4-5 proc., nikt nie potrafi na razie odpowiedzieć.
Na normalnych mechanizmach rozwojowych odbić się też mogą błędy ludzi. Nadmierna emisja pieniądza zawsze - choć z kilkumiesięcznym opóźnieniem - prowadzi do wzrostu dynamiki cen, tak jak nadmierny wzrost płac, wymuszony np. strajkami. Największe ryzyko związane jest jednak ze zmiennością kursu walutowego. Jeśli na skutek gwałtownego odpływu kapitału z Polski, związanego np. z odrzuceniem przez Sejm projektów ograniczenia wydatków i deficytu budżetowego, złoty uległby gwałtownemu osłabieniu, z pewnością znajdzie to odbicie we wzroście cen. Jak do tej pory nie ma jednak powodów do obaw, choć politykę rządu i NBP trzeba uważnie śledzić, bo błędy mogą się zdarzyć.
Najgroźniejsze jest jednak niebezpieczeństwo trzecie: ewentualny wzrost oczekiwań inflacyjnych. Inflacja jest zjawiskiem bardzo dziwnym. W znacznej mierze zależy od naszych własnych oczekiwań: jeśli uważamy, że ceny wzrosną, konsumenci i firmy dostosowują do tego swoje działania - ceny rzeczywiście rosną. I odwrotnie, powszechne oczekiwania spadku dynamiki cen powodują jej bezbolesne obniżenie. Cud taki zdarzył się w krajach Unii przystępujących do strefy euro, zwłaszcza tych, od lat przyzwyczajonych do wysokiej inflacji - Grecji, Portugalii i Włoch. Im bardziej prawdopodobne było spełnienie przez rząd kryteriów budżetowych członkostwa w strefie euro, tym bardziej wszyscy wierzyli w to, że inflacja na trwałe spadnie do poziomu takiego jak w Niemczech - i tak się rzeczywiście stało. W Polsce oczekuje się, że w ciągu kilku lat przyjmiemy euro, więc oczekiwania odnośnie dewaluacji kursu walutowego, stóp procentowych i inflacji są na niskim poziomie. Jeśli jednak to zaufanie, z różnych przyczyn, zniknie - inflacja powróci.