Co warto kupić w Polsce, a co za granicą
Współczesnym rynkiem sztuki rządzi kilka zasad, które pozwalają na określenie miejsc okazyjnych zakupów. - Najbardziej ogólna jest taka, że w danym kraju warto kupować te przedmioty, z których słynął on w przeszłości - mówi Juliusz Windorbski, prezes Desy Unicum.
Nie dotyczy to jedynie dawnego malarstwa Włoch, Holandii i Flandrii oraz w mniejszym stopniu Francji. Kraje te słyną jednak również z innych dziedzin.
- Belgia i Holandia z mebli skórzanych i rzemiosła artystycznego. Czesi z produkcji szkła, warto więc szukać u nich wybitnych wyrobów, zwłaszcza XIX-wiecznych. W Anglii na tzw. wyprzedażach garażowych można okazyjnie kupić porcelanę. Natomiast na prowincji Francji dobrze jest zainteresować się malarstwem francuskim, a we Włoszech szukać atrakcyjnej cenowo rzeźby rodzimego artysty - tłumaczy prezes Desy Unicum. Włochy są też krajem stale penetrowanym przez pracowników największych domów aukcyjnych, takich jak Sotheby’s, którzy liczą na odnalezienie tam cennych starożytności.
Nie zawsze jednak trzeba jechać tak daleko. Na atrakcyjne przedmioty można trafić tuż za zachodnią granicą. - Niemcy są zagłębiem porcelanowym. Warto poszukać tam filiżanek Rosenthala lub innych niemieckich wytwórców. Średnie ceny tych wyrobów kształtują się wprawdzie na poziomie zbliżonym do polskich, ale czasami udaje się zawrzeć okazyjną transakcję, zwłaszcza na bazarach - zapewnia Juliusz Windorbski. Wielbicielom sztuki charakterystycznej dla danego kraju poleca on poszukiwanie perełek u źródeł. - W każdym miejscu na świecie jest coś specyficznego, co de facto najbardziej opłaca się kupić w tym właśnie miejscu. Np. w Szwecji można znaleźć po okazyjnej cenie meble dekorowane motywami roślinnymi, charakterystyczne dla sztuki ludowej tego kraju, a jednocześnie mające określoną wartość kolekcjonerską - zapewnia prezes.
Bazar czy antique show
- Trzeba pamiętać, że na Zachodzie handlarze i kolekcjonerzy dużą wagę przywiązują do rzeczywistej wartości przedmiotów. Kwitnie więc handel przedmiotami rzadkimi, najlepszych projektantów i najlepszych wytwórni. Tanie jest tylko anonimowe rzemiosło - mówi Zuzanna Sokalska z galerii New Art Media. - Polscy antykwariusze przywożą meble, zegary, porcelanę, lampy... z Francji, Belgii, Holandii. Kupują je tam na bazarach przypominających warszawski na Kole za niewielkie pieniądze, zwłaszcza tak modne u nas art deco.
Nic dziwnego, że na aukcjach pojawia się wiele przedmiotów, których pochodzenie jest trudne do określenia, ale w cenach już bardzo wysokich.
- Okazje trafiają się głównie na małych targach, bazarach i lokalnych aukcjach. Często okazja wynika z braku wiedzy sprzedającego o przedmiocie, choć można się również natknąć na przedmioty wysoko wycenione, a wątpliwej wartości - uprzedza Juliusz Windorbski.
- Na antykach trzeba się znać i kupować je jak najtaniej od zaprzyjaźnionych handlarzy. Jest to jedyna możliwość zarobku w krótkim czasie, bo zakupy w znanych domach aukcyjnych dają wprawdzie pewność autentyczności, przynajmniej w większości wypadków, ale lata miną, zanim na takiej transakcji da się zarobić - mówi Thomas Jankun, kolekcjoner mieszkający w USA. Sam również poszukuje okazji. - Po świecie podróżuję, aby oglądać zasoby muzealne lub odwiedzać warsztaty, gdzie do dzisiaj kontynuuje się tradycje, np. miecznictwa w Japonii. Przyznaje jednak, że zakupy robi przede wszystkim na targach antyków.
- W 2000 roku na Brimfield Antique Show pomiędzy rolniczymi narzędziami znalazłem lancę kawalerii amerykańskiej z 1863 roku. Leżała obok zamocowanego na długim kiju podbieraka do owoców i prawdopodobnie była używana w tym samym celu. Drewno sztyftu wprawdzie odzwierciedlało zmiany pogody, jednak grot i stopa były sygnowane. Po krótkim targu kupiłem ją za 80 dolarów. W ubiegłym roku wystawiłem na sprzedaż na aukcji w eBay i sprzedałem kolekcjonerowi za 3,6 tys. dolarów - daje przykład intratnej transakcji Thomas Jankun. Według niego, właśnie teraz, gdy dolar jest nisko notowany, szczególnie warto śledzić amerykański rynek sztuki.
- Najlepiej odwiedzać regularnie kilka dorocznych aukcji staroci. Warto też odwiedzać imprezy takie jak w Atlantic City czy London Fair. Natomiast kolekcjonerom broni polecałbym odwiedzenie Florida Token Kai. To mały, niereklamowany szeroko, doroczny show dobrych głowni japońskich. Bywają tam wtajemniczeni szukający cennych okazów i kontaktów - tłumaczy kolekcjoner.
Dealer na wagę złota
Kontakty dla kolekcjonerów są nie mniej ważne niż śledzenie rynku, a może nawet ważniejsze.
- Na Florydzie spotkałem znajomego amerykańskiego handlarza, z którym od pewnego czasu nie utrzymywałem kontaktu. Okazało się, że w listopadzie ubiegłego roku sprzedał on za grosze polską szablę darowaną w 1924 roku przez prezydenta Polski prymusowi Oficerskiej Szkoły Inżynierii w Warszawie. Tego typu szabel jest znanych tylko 15 i większość znajduje się w muzeach. To najlepszy dowód, że z dealerami trzeba być w ciągłym kontakcie, a czasami nawet przepłacać, aby mieć pewność, że będzie się pierwszą osobą na liście ich potencjalnych klientów - tłumaczy Thomas Jankun i śmieje się, że kiedyś musiał kupić 17 zegarków kieszonkowych, aby uwiarygodnić się i zdobyć szablę wzoru 1917. - Tak właśnie poznaje się dealerów i przekonuje ich, że jest się chętnym do zakupów - mówi.
- Gorzej zdobyć kontakty na Wschodzie. W sklepach z antykami, np. w Kaliningradzie, Wilnie i we Lwowie, nie widziałem nic ciekawego, a ceny np. ikon były wyższe niż w Polsce. Właściwie to nie dziwi, bo dzisiaj ikony kupuje się na Zachodzie i sprzedaje na Wschodzie - mówi Thomas Jankun. - Są osoby, które obserwują aukcje i rynki na całym świecie i kupują wszystko, co rosyjskie, żeby sprzedać to w Rosji - dodaje Zuzanna Sokalska.
A co można kupić okazyjnie na Wschodzie? - Krążą plotki, że na Ukrainie można kupić dobre elementy husarskiego uzbrojenia wycofywane z muzeów, na oficjalnym rynku jednak o nie trudno, bywa tylko drobnica - narzeka Jankun.
Thomas Jankun do polskiego rynku jest nastawiony dość sceptycznie.
- W Polsce nic bym nie kupował. Ceny są z księżyca, a czas załatwienia zezwoleń na wywóz i opłaty z tym związane nie są warte zachodu - mówi kolekcjoner.
Antykwariusze przyznają mu rację - malarstwo drugiej połowy XIX i początku XX wieku jest drogie, pojawiają się nawet głosy, że za drogie. Wciąż jednak warto kupować sztukę awangardy międzywojennej i powojennej. I niekoniecznie najbardziej znane nazwiska. Sztuka tego okresu nie kończy się na Witkacym czy Chwistku. O Henryku Włodarskim (Strengu) nie jest tak głośno, a ceny jego obrazów ze względu na sporą ostatnio podaż ze strony spadkobierców są niewygórowane. Znawcy są jednak pewni, że ich wartość będzie rosła.
Warto też się przekonać do dawnej sztuki obcej. Jej ceny stanowią na razie 60-70 proc. cen uzyskiwanych na Zachodzie. Wynika to z małego obycia ze starym malarstwem zagranicznym i niewielką jego znajomością. Ceny porównywalne z zachodnimi na polskich aukcjach osiąga jedynie malarstwo takich mistrzów jak David Teniers II. Był on bardzo płodnym artystą, jest więc rozpoznawalny, co ma duże znaczenie dla polskiego odbiorcy. Ze względu na dużą liczbę prac jego dzieła są dosyć tanie na Zachodzie. Podobnie jest z dziełami Jana van Goyena czy Esaiasa van de Veldego.
W poszukiwaniu korzeni
Sztuk obcą powinniśmy kupować w Polsce, natomiast polską, zwłaszcza dawną - na Zachodzie. Co do tego znawcy rynku są jednomyślni.
- Polska sztuka przedwojenna była wywożona przez emigrujących właścicieli. Ich kolekcje są prawdziwymi skarbami, związanymi z rodzinami o długiej kolekcjonerskiej tradycji. Można w nich znaleźć dzieła Malczewskiego, Brandta, Chełmońskiego, nie mówiąc już o Kossaku. Ale coraz trudniej kupić coś z takich zbiorów, a i kolekcjonerzy są coraz bardziej wybredni, rozpoznają już wartość dzieła, nie sugerują się tylko znanym nazwiskiem i formatem - mówi Zuzanna Sokalska.
- Polonica najlepiej kupować od zagranicznych dealerów, ponieważ nie mają oni do nich sentymentu, tym samym można je kupić 10 razy taniej niż u polskich handlarzy. Oczywiście są pewne wyjątki, np. obrazy Alfreda Wierusz-Kowalskiego kilkanaście lat temu można było kupić za 3 tys. dolarów, a dzisiaj nazwisko to jest tak znane w USA, że ceny urosły do dziesiątek tysięcy - zaznacza Thomas Jankun.
Modni stali się twórcy cole de Paris. Ich obrazy sprowadza się z Paryża do Polski, bo uzyskują tu bardzo wysokie ceny, a nawet - jak podkreślają znawcy - zbyt wysokie. Wciąż warto jednak się zainteresować sztuką powojenną, zwłaszcza z lat 50. i 60., która była bardzo ceniona poza granicami, a przy tym tańsza w porównaniu z zachodnią.
- Kupowali ją nie tylko kolekcjonerzy prywatni, ale i muzea. Artyści w czasach PRL dużo podróżowali, wyjeżdżali na stypendia, skąd na ogół nie przywozili swoich prac. Zostawały one w zagranicznych galeriach albo u zaprzyjaźnionych osób. Od pewnego czasu prace te wracają do kraju, bo ceny sztuki współczesnej w Polsce stały się na tyle wysokie, że opłaca się je tu sprzedawać - mówi Zuzanna Sokalska.
Kolekcjonerzy kupują dzieła polskich artystów również w zachodnich muzeach, które w przeciwieństwie do polskich mają prawo się ich pozbywać. Przykładem mogą być prace Wojciecha Fangora kupowane przez Wojciecha Fibaka w muzeum Guggenheima.
Natomiast coraz trudniej o okazje na aukcjach zagranicznych. - Dawniej można było tanio kupić polskie malarstwo, teraz ceny się unormowały, a chętnych, którzy uważnie obserwują, co polskiego i gdzie się pojawia, jest coraz więcej - zaznacza Zuzanna Sokalska.
Według Juliusza Windorbskiego, można jednak znaleźć rodzynki.
- Wciąż zdarzają się okazje; aby je wyłapać, trzeba jednak śledzić na bieżąco wszystkie imprezy i oferty galerii.
Prezes Desy przytacza przykład intratnej transakcji: w marcu 2000 roku Desa kupiła w Niemczech obraz Franza Roubauda Kozacy przekraczający bród za równowartość 24 tys. zł, który pół roku później sprzedała za
65 tys. zł. Dziś jest on wart 150 tys. zł.
Tanio nie zawsze oznacza jednak dobrze. - Przy okazyjnych zakupach warto zawsze sprawdzić, czy przedmiot nie jest uszkodzony, bo w takim wypadku nawet atrakcyjna cena może i tak być za wysoka - uprzedza Juliusz Windorbski. Według niego, należy uważać też na falsyfikaty.
- W Czechach jest sporo wyrobów imitujących stare szkło i tylko specjaliści są w stanie je odróżnić, a zdarza się nawet, że również oni mają z tym problemy. Liczne są też falsyfikaty malarstwa francuskiego - twierdzi prezes.
Powinno się też uważać na przedmioty sprowadzane z Rosji, bo jak twierdzą specjaliści, gdyby były coś warte, znalazłyby nabywców na tamtym, bardzo bogatym rynku. Trudno też liczyć na znalezienie okazji na Dalekim Wschodzie, śledząc ofertę tylko przez internet. W sklepach z antykami w Kathmandu czy Bangkoku nie brakuje ciekawych przedmiotów. Zainteresowani Orientem muszą sami się wybrać w podróż, zwłaszcza na prowincje tych krajów. Sztuki nie da się kupować przez telefon.
Nie dotyczy to jedynie dawnego malarstwa Włoch, Holandii i Flandrii oraz w mniejszym stopniu Francji. Kraje te słyną jednak również z innych dziedzin.
- Belgia i Holandia z mebli skórzanych i rzemiosła artystycznego. Czesi z produkcji szkła, warto więc szukać u nich wybitnych wyrobów, zwłaszcza XIX-wiecznych. W Anglii na tzw. wyprzedażach garażowych można okazyjnie kupić porcelanę. Natomiast na prowincji Francji dobrze jest zainteresować się malarstwem francuskim, a we Włoszech szukać atrakcyjnej cenowo rzeźby rodzimego artysty - tłumaczy prezes Desy Unicum. Włochy są też krajem stale penetrowanym przez pracowników największych domów aukcyjnych, takich jak Sotheby’s, którzy liczą na odnalezienie tam cennych starożytności.
Nie zawsze jednak trzeba jechać tak daleko. Na atrakcyjne przedmioty można trafić tuż za zachodnią granicą. - Niemcy są zagłębiem porcelanowym. Warto poszukać tam filiżanek Rosenthala lub innych niemieckich wytwórców. Średnie ceny tych wyrobów kształtują się wprawdzie na poziomie zbliżonym do polskich, ale czasami udaje się zawrzeć okazyjną transakcję, zwłaszcza na bazarach - zapewnia Juliusz Windorbski. Wielbicielom sztuki charakterystycznej dla danego kraju poleca on poszukiwanie perełek u źródeł. - W każdym miejscu na świecie jest coś specyficznego, co de facto najbardziej opłaca się kupić w tym właśnie miejscu. Np. w Szwecji można znaleźć po okazyjnej cenie meble dekorowane motywami roślinnymi, charakterystyczne dla sztuki ludowej tego kraju, a jednocześnie mające określoną wartość kolekcjonerską - zapewnia prezes.
Bazar czy antique show
- Trzeba pamiętać, że na Zachodzie handlarze i kolekcjonerzy dużą wagę przywiązują do rzeczywistej wartości przedmiotów. Kwitnie więc handel przedmiotami rzadkimi, najlepszych projektantów i najlepszych wytwórni. Tanie jest tylko anonimowe rzemiosło - mówi Zuzanna Sokalska z galerii New Art Media. - Polscy antykwariusze przywożą meble, zegary, porcelanę, lampy... z Francji, Belgii, Holandii. Kupują je tam na bazarach przypominających warszawski na Kole za niewielkie pieniądze, zwłaszcza tak modne u nas art deco.
Nic dziwnego, że na aukcjach pojawia się wiele przedmiotów, których pochodzenie jest trudne do określenia, ale w cenach już bardzo wysokich.
- Okazje trafiają się głównie na małych targach, bazarach i lokalnych aukcjach. Często okazja wynika z braku wiedzy sprzedającego o przedmiocie, choć można się również natknąć na przedmioty wysoko wycenione, a wątpliwej wartości - uprzedza Juliusz Windorbski.
- Na antykach trzeba się znać i kupować je jak najtaniej od zaprzyjaźnionych handlarzy. Jest to jedyna możliwość zarobku w krótkim czasie, bo zakupy w znanych domach aukcyjnych dają wprawdzie pewność autentyczności, przynajmniej w większości wypadków, ale lata miną, zanim na takiej transakcji da się zarobić - mówi Thomas Jankun, kolekcjoner mieszkający w USA. Sam również poszukuje okazji. - Po świecie podróżuję, aby oglądać zasoby muzealne lub odwiedzać warsztaty, gdzie do dzisiaj kontynuuje się tradycje, np. miecznictwa w Japonii. Przyznaje jednak, że zakupy robi przede wszystkim na targach antyków.
- W 2000 roku na Brimfield Antique Show pomiędzy rolniczymi narzędziami znalazłem lancę kawalerii amerykańskiej z 1863 roku. Leżała obok zamocowanego na długim kiju podbieraka do owoców i prawdopodobnie była używana w tym samym celu. Drewno sztyftu wprawdzie odzwierciedlało zmiany pogody, jednak grot i stopa były sygnowane. Po krótkim targu kupiłem ją za 80 dolarów. W ubiegłym roku wystawiłem na sprzedaż na aukcji w eBay i sprzedałem kolekcjonerowi za 3,6 tys. dolarów - daje przykład intratnej transakcji Thomas Jankun. Według niego, właśnie teraz, gdy dolar jest nisko notowany, szczególnie warto śledzić amerykański rynek sztuki.
- Najlepiej odwiedzać regularnie kilka dorocznych aukcji staroci. Warto też odwiedzać imprezy takie jak w Atlantic City czy London Fair. Natomiast kolekcjonerom broni polecałbym odwiedzenie Florida Token Kai. To mały, niereklamowany szeroko, doroczny show dobrych głowni japońskich. Bywają tam wtajemniczeni szukający cennych okazów i kontaktów - tłumaczy kolekcjoner.
Dealer na wagę złota
Kontakty dla kolekcjonerów są nie mniej ważne niż śledzenie rynku, a może nawet ważniejsze.
- Na Florydzie spotkałem znajomego amerykańskiego handlarza, z którym od pewnego czasu nie utrzymywałem kontaktu. Okazało się, że w listopadzie ubiegłego roku sprzedał on za grosze polską szablę darowaną w 1924 roku przez prezydenta Polski prymusowi Oficerskiej Szkoły Inżynierii w Warszawie. Tego typu szabel jest znanych tylko 15 i większość znajduje się w muzeach. To najlepszy dowód, że z dealerami trzeba być w ciągłym kontakcie, a czasami nawet przepłacać, aby mieć pewność, że będzie się pierwszą osobą na liście ich potencjalnych klientów - tłumaczy Thomas Jankun i śmieje się, że kiedyś musiał kupić 17 zegarków kieszonkowych, aby uwiarygodnić się i zdobyć szablę wzoru 1917. - Tak właśnie poznaje się dealerów i przekonuje ich, że jest się chętnym do zakupów - mówi.
- Gorzej zdobyć kontakty na Wschodzie. W sklepach z antykami, np. w Kaliningradzie, Wilnie i we Lwowie, nie widziałem nic ciekawego, a ceny np. ikon były wyższe niż w Polsce. Właściwie to nie dziwi, bo dzisiaj ikony kupuje się na Zachodzie i sprzedaje na Wschodzie - mówi Thomas Jankun. - Są osoby, które obserwują aukcje i rynki na całym świecie i kupują wszystko, co rosyjskie, żeby sprzedać to w Rosji - dodaje Zuzanna Sokalska.
A co można kupić okazyjnie na Wschodzie? - Krążą plotki, że na Ukrainie można kupić dobre elementy husarskiego uzbrojenia wycofywane z muzeów, na oficjalnym rynku jednak o nie trudno, bywa tylko drobnica - narzeka Jankun.
Thomas Jankun do polskiego rynku jest nastawiony dość sceptycznie.
- W Polsce nic bym nie kupował. Ceny są z księżyca, a czas załatwienia zezwoleń na wywóz i opłaty z tym związane nie są warte zachodu - mówi kolekcjoner.
Antykwariusze przyznają mu rację - malarstwo drugiej połowy XIX i początku XX wieku jest drogie, pojawiają się nawet głosy, że za drogie. Wciąż jednak warto kupować sztukę awangardy międzywojennej i powojennej. I niekoniecznie najbardziej znane nazwiska. Sztuka tego okresu nie kończy się na Witkacym czy Chwistku. O Henryku Włodarskim (Strengu) nie jest tak głośno, a ceny jego obrazów ze względu na sporą ostatnio podaż ze strony spadkobierców są niewygórowane. Znawcy są jednak pewni, że ich wartość będzie rosła.
Warto też się przekonać do dawnej sztuki obcej. Jej ceny stanowią na razie 60-70 proc. cen uzyskiwanych na Zachodzie. Wynika to z małego obycia ze starym malarstwem zagranicznym i niewielką jego znajomością. Ceny porównywalne z zachodnimi na polskich aukcjach osiąga jedynie malarstwo takich mistrzów jak David Teniers II. Był on bardzo płodnym artystą, jest więc rozpoznawalny, co ma duże znaczenie dla polskiego odbiorcy. Ze względu na dużą liczbę prac jego dzieła są dosyć tanie na Zachodzie. Podobnie jest z dziełami Jana van Goyena czy Esaiasa van de Veldego.
W poszukiwaniu korzeni
Sztuk obcą powinniśmy kupować w Polsce, natomiast polską, zwłaszcza dawną - na Zachodzie. Co do tego znawcy rynku są jednomyślni.
- Polska sztuka przedwojenna była wywożona przez emigrujących właścicieli. Ich kolekcje są prawdziwymi skarbami, związanymi z rodzinami o długiej kolekcjonerskiej tradycji. Można w nich znaleźć dzieła Malczewskiego, Brandta, Chełmońskiego, nie mówiąc już o Kossaku. Ale coraz trudniej kupić coś z takich zbiorów, a i kolekcjonerzy są coraz bardziej wybredni, rozpoznają już wartość dzieła, nie sugerują się tylko znanym nazwiskiem i formatem - mówi Zuzanna Sokalska.
- Polonica najlepiej kupować od zagranicznych dealerów, ponieważ nie mają oni do nich sentymentu, tym samym można je kupić 10 razy taniej niż u polskich handlarzy. Oczywiście są pewne wyjątki, np. obrazy Alfreda Wierusz-Kowalskiego kilkanaście lat temu można było kupić za 3 tys. dolarów, a dzisiaj nazwisko to jest tak znane w USA, że ceny urosły do dziesiątek tysięcy - zaznacza Thomas Jankun.
Modni stali się twórcy cole de Paris. Ich obrazy sprowadza się z Paryża do Polski, bo uzyskują tu bardzo wysokie ceny, a nawet - jak podkreślają znawcy - zbyt wysokie. Wciąż warto jednak się zainteresować sztuką powojenną, zwłaszcza z lat 50. i 60., która była bardzo ceniona poza granicami, a przy tym tańsza w porównaniu z zachodnią.
- Kupowali ją nie tylko kolekcjonerzy prywatni, ale i muzea. Artyści w czasach PRL dużo podróżowali, wyjeżdżali na stypendia, skąd na ogół nie przywozili swoich prac. Zostawały one w zagranicznych galeriach albo u zaprzyjaźnionych osób. Od pewnego czasu prace te wracają do kraju, bo ceny sztuki współczesnej w Polsce stały się na tyle wysokie, że opłaca się je tu sprzedawać - mówi Zuzanna Sokalska.
Kolekcjonerzy kupują dzieła polskich artystów również w zachodnich muzeach, które w przeciwieństwie do polskich mają prawo się ich pozbywać. Przykładem mogą być prace Wojciecha Fangora kupowane przez Wojciecha Fibaka w muzeum Guggenheima.
Natomiast coraz trudniej o okazje na aukcjach zagranicznych. - Dawniej można było tanio kupić polskie malarstwo, teraz ceny się unormowały, a chętnych, którzy uważnie obserwują, co polskiego i gdzie się pojawia, jest coraz więcej - zaznacza Zuzanna Sokalska.
Według Juliusza Windorbskiego, można jednak znaleźć rodzynki.
- Wciąż zdarzają się okazje; aby je wyłapać, trzeba jednak śledzić na bieżąco wszystkie imprezy i oferty galerii.
Prezes Desy przytacza przykład intratnej transakcji: w marcu 2000 roku Desa kupiła w Niemczech obraz Franza Roubauda Kozacy przekraczający bród za równowartość 24 tys. zł, który pół roku później sprzedała za
65 tys. zł. Dziś jest on wart 150 tys. zł.
Tanio nie zawsze oznacza jednak dobrze. - Przy okazyjnych zakupach warto zawsze sprawdzić, czy przedmiot nie jest uszkodzony, bo w takim wypadku nawet atrakcyjna cena może i tak być za wysoka - uprzedza Juliusz Windorbski. Według niego, należy uważać też na falsyfikaty.
- W Czechach jest sporo wyrobów imitujących stare szkło i tylko specjaliści są w stanie je odróżnić, a zdarza się nawet, że również oni mają z tym problemy. Liczne są też falsyfikaty malarstwa francuskiego - twierdzi prezes.
Powinno się też uważać na przedmioty sprowadzane z Rosji, bo jak twierdzą specjaliści, gdyby były coś warte, znalazłyby nabywców na tamtym, bardzo bogatym rynku. Trudno też liczyć na znalezienie okazji na Dalekim Wschodzie, śledząc ofertę tylko przez internet. W sklepach z antykami w Kathmandu czy Bangkoku nie brakuje ciekawych przedmiotów. Zainteresowani Orientem muszą sami się wybrać w podróż, zwłaszcza na prowincje tych krajów. Sztuki nie da się kupować przez telefon.