Lakshmi Mittal chce zarobić, więc stał się wrogiem polskich związkowców
Zaczęło się niewinnie, teraz został tylko krok do skandalu dyplomatycznego. Związkowcy z Mittal Steel Poland poszli rozwiązywać konflikt z zarządem spółki z transparentem o "indyjskiej zarazie" w rękach. Spór o realizację umowy prywatyzacyjnej z miejsca zamienił się w pole bitwy szowinistów z globalistami. Dlatego trudno się spodziewać szybkiego zakończenia protestu, tym bardziej, że jego rzeczywiste powody mają raczej niewiele wspólnego z oficjalnymi.
Awantura zaczęła się dwa tygodnie temu - 3 marca na 10. piętro siedziby koncernu w Katowicach weszło dziesięciu związkowców z "Solidarności" i ogłosiło, że zamierza zostać tam tak długo, aż zarząd odpowie na ich zarzuty. Lider protestujących Władysław Molęcki zarzucił władzom MSP nierealizowanie zobowiązań z umowy prywatyzacyjnej. To poważny zarzut, bo obietnica wartej 2,4 mld zł modernizacji hut była jednym z głównych argumentów, dla których skarb państwa zgodził się odstąpić polskie huty Lakshmiemu Mittalowi. Jeszcze tego samego dnia wiceprezes koncernu Jerzy Podsiadło oświadczył, że związkowcy nie mają racji. Umowy na budowę linii powlekania blach w oddziale w Świętochłowicach i modernizację walcowni w Sosnowcu - obie warte 130 mln zł - podpisano już w grudniu 2004 roku. Opóźniają się jedynie prace przy walcowni w Krakowie, bo zamiast modernizować starą, zarząd chce postawić nową.
W rzeczywistości związkowcom najbardziej przeszkadza co innego - redukcja kosztów. Nowy właściciel nie zamierza tolerować ani przerostów zatrudnienia, ani marnotrawstwa w peerelowskim stylu. Większość załogi odbiera to jako przemyślany plan destrukcji firmy. Szczególnie pokrzywdzeni czują się pracownicy 130 spółek zależnych koncernu
- w większości oszczędzanie już się zaczęło. - Obniżki kosztów remontów dokonywane są po porównaniu z podobnymi wydatkami w innych zakładach grupy, żeby zapewnić konkurencyjność spółki - tłumaczył podczas spotkania z dziennikarzami wiceprezes Podsiadło.
Do poniedziałku 14 marca wielogodzinne rozmowy nie przyniosły rezultatów. - Intencją zarządu nadal jest gnębienie spółek, a w konsekwencji doprowadzenie w nich do zwolnień i utraty uprawnień pracowniczych - stwierdzili związkowcy w wypowiedzi dla PAP.
Konflikt w MSP doskonale obrazuje klimat, jaki w ciągu ostatnich kilku miesięcy powstał na Śląsku. Mittal stał się ucieleśnieniem obcego inwestora, który kupił za bezcen, natychmiast zwalnia i rozkrada, a interesuje go tylko zysk. I tylko nad sprzecznością dwóch ostatnich zarzutów nikt się nie zastanawia. Wedle związkowców, zakłady przemysłowe są po to, by zatrudniać ludzi, a nie by przynosić zyski. Tak rozumują np. związkowcy z koksowni Przyjaźń, którym nazwisko Mittal mrozi krew w żyłach. Hindus może kupić od PKP udziały w spółce. Koksownicy nie chcą do tego dopuścić.
Nazwisko Mittal niczym mantrę powtarzano nad urnami podczas niedawnego referendum prywatyzacyjnego w kopalniach. Górnicy prywatyzacji hut przyglądali się z uwagą. To była pierwsza tak wielka transakcja własnościowa w polskim przemyśle ciężkim. Hutnicy dostali hojny pakiet socjalny, więc zaakceptowali zmiany. Górnicy byli sceptyczni. Teraz rzucają: - A nie mówiliśmy?! My do siebie obcych nie wpuścimy.
Hutnicy też żałują, bo nowe rządy bardzo im się nie podobają. Hindus w pobliżu to potencjalny wróg. Doszło do tego, że rzecznik koncernu musiał wydawać idiotyczne komunikaty, iż wszyscy zatrudnieni Hindusi uczą się języka polskiego - jakby to właśnie miało decydować o ich kompetencjach.
Związkowcy nie ukrywają, że na ich humory wpływają też wydarzenia w sejmowej komisji śledczej. Ich zdaniem, obecność Dochnala wśród osób domykających transakcję przesądza, że była ona korupcyjnym szwindlem. Tu akurat związkowcy mogą mieć rację, ale dla przyszłości hut ważniejsza jest ich pozycja konkurencyjna, a nie to, czy ktoś wziął łapówkę.
Po wyborach to ostatnie powinno się zresztą wyjaśnić.
Sens protestu w Katowicach może być jeszcze jeden. Może to być próba osłabienia pozycji Mittala w staraniach o przejęcie Huty Częstochowa. Nawet jeśli częstochowska spółka trafi w jego ręce, związkowcy spod Jasnej Góry będą mieli mocniejszą pozycję w rozmowach nt. pakietu socjalnego. To zaś może oznaczać straty skarbu państwa - by zadowolić związkowców, inwestorzy zmniejszą swą ofertę dla budżetu.
Awantura zaczęła się dwa tygodnie temu - 3 marca na 10. piętro siedziby koncernu w Katowicach weszło dziesięciu związkowców z "Solidarności" i ogłosiło, że zamierza zostać tam tak długo, aż zarząd odpowie na ich zarzuty. Lider protestujących Władysław Molęcki zarzucił władzom MSP nierealizowanie zobowiązań z umowy prywatyzacyjnej. To poważny zarzut, bo obietnica wartej 2,4 mld zł modernizacji hut była jednym z głównych argumentów, dla których skarb państwa zgodził się odstąpić polskie huty Lakshmiemu Mittalowi. Jeszcze tego samego dnia wiceprezes koncernu Jerzy Podsiadło oświadczył, że związkowcy nie mają racji. Umowy na budowę linii powlekania blach w oddziale w Świętochłowicach i modernizację walcowni w Sosnowcu - obie warte 130 mln zł - podpisano już w grudniu 2004 roku. Opóźniają się jedynie prace przy walcowni w Krakowie, bo zamiast modernizować starą, zarząd chce postawić nową.
W rzeczywistości związkowcom najbardziej przeszkadza co innego - redukcja kosztów. Nowy właściciel nie zamierza tolerować ani przerostów zatrudnienia, ani marnotrawstwa w peerelowskim stylu. Większość załogi odbiera to jako przemyślany plan destrukcji firmy. Szczególnie pokrzywdzeni czują się pracownicy 130 spółek zależnych koncernu
- w większości oszczędzanie już się zaczęło. - Obniżki kosztów remontów dokonywane są po porównaniu z podobnymi wydatkami w innych zakładach grupy, żeby zapewnić konkurencyjność spółki - tłumaczył podczas spotkania z dziennikarzami wiceprezes Podsiadło.
Do poniedziałku 14 marca wielogodzinne rozmowy nie przyniosły rezultatów. - Intencją zarządu nadal jest gnębienie spółek, a w konsekwencji doprowadzenie w nich do zwolnień i utraty uprawnień pracowniczych - stwierdzili związkowcy w wypowiedzi dla PAP.
Konflikt w MSP doskonale obrazuje klimat, jaki w ciągu ostatnich kilku miesięcy powstał na Śląsku. Mittal stał się ucieleśnieniem obcego inwestora, który kupił za bezcen, natychmiast zwalnia i rozkrada, a interesuje go tylko zysk. I tylko nad sprzecznością dwóch ostatnich zarzutów nikt się nie zastanawia. Wedle związkowców, zakłady przemysłowe są po to, by zatrudniać ludzi, a nie by przynosić zyski. Tak rozumują np. związkowcy z koksowni Przyjaźń, którym nazwisko Mittal mrozi krew w żyłach. Hindus może kupić od PKP udziały w spółce. Koksownicy nie chcą do tego dopuścić.
Nazwisko Mittal niczym mantrę powtarzano nad urnami podczas niedawnego referendum prywatyzacyjnego w kopalniach. Górnicy prywatyzacji hut przyglądali się z uwagą. To była pierwsza tak wielka transakcja własnościowa w polskim przemyśle ciężkim. Hutnicy dostali hojny pakiet socjalny, więc zaakceptowali zmiany. Górnicy byli sceptyczni. Teraz rzucają: - A nie mówiliśmy?! My do siebie obcych nie wpuścimy.
Hutnicy też żałują, bo nowe rządy bardzo im się nie podobają. Hindus w pobliżu to potencjalny wróg. Doszło do tego, że rzecznik koncernu musiał wydawać idiotyczne komunikaty, iż wszyscy zatrudnieni Hindusi uczą się języka polskiego - jakby to właśnie miało decydować o ich kompetencjach.
Związkowcy nie ukrywają, że na ich humory wpływają też wydarzenia w sejmowej komisji śledczej. Ich zdaniem, obecność Dochnala wśród osób domykających transakcję przesądza, że była ona korupcyjnym szwindlem. Tu akurat związkowcy mogą mieć rację, ale dla przyszłości hut ważniejsza jest ich pozycja konkurencyjna, a nie to, czy ktoś wziął łapówkę.
Po wyborach to ostatnie powinno się zresztą wyjaśnić.
Sens protestu w Katowicach może być jeszcze jeden. Może to być próba osłabienia pozycji Mittala w staraniach o przejęcie Huty Częstochowa. Nawet jeśli częstochowska spółka trafi w jego ręce, związkowcy spod Jasnej Góry będą mieli mocniejszą pozycję w rozmowach nt. pakietu socjalnego. To zaś może oznaczać straty skarbu państwa - by zadowolić związkowców, inwestorzy zmniejszą swą ofertę dla budżetu.