Kryzys zamiast boomu

Kryzys zamiast boomu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Ceny mieszkań i ziemi rosną jak szalone", "Mało mieszkań, dużo chętnych", "Cudzoziemcy szukają mieszkań i biur" - krzyczą tytuły artykułów o rynku nieruchomości z ostatnich dni. Gazety donoszą o masowym wykupie mieszkań, rosnących cenach, a nawet o kolejkach po mieszkania. Powstaje wrażenie, że mamy do czynienia z boomem. Rzecz w tym, że go nie ma i na razie się na to nie zanosi. Ceny rosną, bo mało się buduje.
Agencje pośrednictwa obrotu nieruchomościami przyznają, że popyt na mieszkania wzrósł. To pozostaje poza dyskusją. Zasadne wydaje się jednak pytanie o przyczyny większego popytu. Wbrew pozorom nie jest ono banalne. Kredyty mieszkaniowe co prawda potaniały, ale przecież siła nabywcza Polaków ostatnio nie wzrosła.
Z opinii pracowników agencji wynika, że kupujący mieszkania kierują się obawą przed wzrostem cen. To dlatego w ciągu roku ceny nowych mieszkań w Warszawie podskoczyły o 12 proc. Sytuacja ta przypomina zmiany na rynku cukru w kwietniu ub.r. Obawa przed wejściem do Unii doprowadziła do podwyżek, nawet o 80 proc. Szybko się jednak okazało, że obawy były nieuzasadnione i wszystko wróciło do normy.
Wątpliwe jednak, aby ceny mieszkań za kilka miesięcy zachowały się podobnie, bo w Polsce ciągle buduje się zdecydowanie za mało. W całym kraju powstało w 2004 roku 108 tys. lokali. To o 30 proc. mniej niż rok wcześniej. W Warszawie, gdzie buduje się najwięcej, liczba oddawanych lokali spadła z 16 do 10 tys. rocznie. I dalej spada. Zamiast o boomie, pesymiści mówią o kryzysie. Optymiści wierzą w dalszy wzrost liczby i wartości kredytów hipotecznych oraz zauważają, że rok 2003 był nietypowy - zmiana przepisów wywołała masową rejestrację dawno już użytkowanych lokali. Dlatego też, zdaniem niektórych ekspertów spadek w 2004 był nieuchronny. Problem jednak w tym, że "naturalny" poziom budownictwa mieszkaniowego w naszym kraju nadal jest dramatycznie niski.
W Polsce w przeliczeniu na jednego mieszkańca wydaje się na budownictwo mieszkaniowe 530 euro rocznie. W Hiszpanii 3 tys. euro. Developerzy twierdzą, że mają środki finansowe i techniczne do tego, żeby budować trzy razy więcej. Problem w tym, że nie ma gdzie. To o tyle dziwne, że w większości miast nie brakuje terenów, które można wykorzystać do zabudowy mieszkaniowej, jednak urzędnicy samorządowi, zasłaniając się przepisami, wstrzymują sprzedaż miejskich gruntów. Obarczony biurokracją cykl inwestycyjny trwa latami.
Developerzy zorientowali się, że popyt rośnie mniej więcej rok temu, więc większego napływu nowych mieszkań na rynek można się spodziewać najwcześniej za dwa-trzy lata. Można byłoby mieć nadzieję, że wówczas rynek przynajmniej w pewnym stopniu zostanie zrównoważony, ale z kolei w 2008 roku stawka VAT na mieszkania ma wzrosnąć z 7 do 22 proc. I ceny znowu pójdą w górę.