Powody, dla których doktor nauk medycznych Władysław Kosiniak Kamysz zapuścił brodę, gdy obejmował MON, a internet zalała świeża fala odkurzonych zdjęć Radosława Sikorskiego w pasztuńskim pakolu na głowie i z karabinem na ramieniu, są mniej więcej takie same: wojna zrobiła się sexy, a pozowanie na wojownika stało się nieodłącznym elementem politycznego teatru.
Nie jest to tylko polski fenomen. Jak bardzo zmieniło się nastawienie europejskich elit do wojny, najlepiej widać po ewolucji Ursuli von der Leyen. Kiedyś jako szefowa niemieckiego resortu obrony koncentrowała się na zwijaniu Bundeswehry, by pokazać jak bardzo Niemcy i Europa brzydzą się anachroniczną wojną. Dziś jako szefowa Komisji Europejskiej jest – przynajmniej w warstwie deklaratywnej – w awangardzie zmian, mających uczynić z UE siłę zdolną skutecznie stawić czoła ewentualnej rosyjskiej agresji.
Złośliwi powiedzą pewnie, że dla von der Leyen wojna jest tylko kolejnym pretekstem do forsowania federalizacji Europy. Jednak jeszcze kilka lat temu sama próba tłumaczenia wojną jakiejkolwiek inicjatywy politycznej w UE byłaby publicznym samobójstwem. Coś, co było przez ostatnie trzy dekady tabu, stało się dziś ulubionym tematem mainstreamu. Mówiąc kolokwialnie, gadanie o wojnie zwyczajnie „żre”, a więc żaden poważny polityk nie może sobie pozwolić na ignorowanie takiej szansy.
Dryf, ale na otwartych wodach
Pamiętacie, jak szydziliśmy kiedyś z prezydenta Francji, Emanuela Macrona? Nieformalny, bojowy styl ubioru Wołodymyra Zełenskiego tak mu zaimponował, że sam po powrocie z Kijowa zaczął paradować w dresie francuskich sił specjalnych. Śmiech śmiechem, ale czy to nie Macron jako pierwszy duży europejski gracz zrozumiał pożytki polityczne płynące z mówienia o wojnie?
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
