Hodowcy zysków

Hodowcy zysków

Dodano:   /  Zmieniono: 
Spokojni, uśmiechnięci, wyluzowani. Umieją się bawić, co było widać podczas sesji zdjęciowej dla BusinessWeeka. Obserwując ich z boku, trudno się domyślić, że na co dzień wykonują stresującą pracę, pomnażając pieniądze osób, które uwierzyły w zarządzane przez nich fundusze, i oczywiście w nich samych. Oto jak pracują najlepsi.
Ryzyko czy odwaga
Nie pracują już po nocach jak jeszcze kilka lat temu. Nie myślą o milionach, którymi obracają.
- Nie przeliczam wyników na pieniądze. Staram się podchodzić do nich sportowo, zdobywać punkty - mówi Rafał Janczyk. Konrad Łapiński wspomina wprawdzie, że na początku zastanawiał się nad wielkością kwot, za które zawierał transakcje, ale potem się przyzwyczaił. Mimo to obaj zgodnie przyznają, że ich praca wymaga dużej odporności psychicznej. - Każdy moment podejmowania decyzji jest stresem, bo wiąże się z ryzykiem - przyznaje Bogdan Jacaszek. - Kto jednak nie ryzykuje, prawdopodobnie podejmuje złe decyzje - uśmiecha się.
Ryzykują więc, choć nie wszyscy uważają się za ryzykantów. Niektórzy boją się pejoratywnego wydźwięku tego określenia. Wolą mówić o odwadze. Bogdan Jacaszek do nich nie należy: - Tak, jestem ryzykantem - odpowiada pewnie.
- W pracy daje to z reguły dobry efekt. Zawsze inwestycje o większym ryzyku przynoszą w długim terminie wyższe zyski, nie trzeba o tym nikogo przekonywać - dodaje.
Konrad Łapiński: - Gdybym nie był ryzykantem, nie nadawałbym się do takiej pracy. Ryzyko musi być jednak kontrolowane. Inwestuje się przecież pieniądze klientów. Piotr Zagała uważa, że ryzyko jest kwestią względną. - Ryzykownie jeżdżę na nartach czy autem. Podejmowałem bardzo duże ryzyko, inwestując na własny rachunek w czasach, gdy nie pracowałem jeszcze w SEB. Przy zarządzaniu funduszem unikam jednak takich zachowań. Myślę, że czasem za bardzo. Mam jednak świadomość, że moje decyzje zaważą nie tylko na moim budżecie, ale wpłyną także na klientów i ich firmy. Czasem takie podejście przyczynia się niestety do osiągania mniejszych zysków - wyjaśnia Zagała.
Dariusz Lasek zastrzega, że nie jest ryzykantem. Uważa że, sukces można osiągnąć tylko dzięki konsekwencji i rozwadze. - Filozofia małych kroków przynosi lepszy efekt niż przypadkowy wyskok, nawet bardzo wysoki. I mniej grozi kontuzją. Stoicki spokój w pracy nadrabia po godzinach. Ulubioną jego rozrywką jest jazda sportowym samochodem.

To tylko pieniądze
Stresu uniknąć się nie da, więc go nie unikają. W niewielkich dawkach stres motywuje - twierdzą zgodnie. - Z czasem można się do tego przyzwyczaić, choć myślę, że za kilka lat trzeba będzie zmienić zawód na spokojniejszy - żartuje Konrad Łapiński.
Rafał Janczyk przyznaje, że bardziej męczy go wiele małych stresów niż jeden duży. Wynika to z zaangażowania. - Naprawdę dużo daję z siebie, przejmuję się tym, co robię - mówi. Swoją pracę żartobliwie określa jako dynamiczną wewnętrznie o wydźwięku emocjonalno-intelektualnym.
Dla Dariusza Laska największym obciążeniem psychicznym jest ciągły wyścig z benchmarkiem, konkurencją i samym sobą. - Cały czas chce się uzyskać jak najlepsze wyniki, a w kolejnym latach dąży się do tego, żeby je pobić - wzdycha.
Nie zawsze się to udaje, ale, jak zaznacza Konrad Łapiński, nie wolno się przejmować małymi niepowodzeniami. - Czasem sam sobie mówię: nie panikuj, to przecież tylko pieniądze! - śmieje się
Rafał Janczyk podkreśla jednak, że zna takich zarządzających, którzy podchodzą do pracy ze stoickim spokojem. - Mówimy o nich, że są indeksowi, bo bez emocji idą zgodnie z WIG.
Ale oni nie mają tak dobrych wyników.

Z adrenaliną w tle
Momenty dramatyczne rzadko się zdarzają, ale niektórzy z zarządzających przyznają, że czasem mieli ochotę rwać włosy z głowy. Tak się dzieje, gdy zareagują za późno albo ulegają emocjom. - Zdarza się spółka, która okazuje się doskonałą inwestycją, a nie została przeze mnie odkryta w odpowiednim momencie. Tak było z LPP. Już na wstępnym etapie powinienem był dostrzec, że firma ta świetnie się rozwija, ma dobry model biznesowy. Niestety za późno podjąłem decyzję o zainwestowaniu - ubolewa Wojciech Rostworowski.
Dla Rafała Janczyka najbardziej frustrujące jest wyprowadzanie inwestorów w pole przez zarządy niektórych spółek. Zwłaszcza gdy, jak podkreśla, zmiana prognoz następuje z powodów nieobiektywnych. - To nabijanie akcjonariuszy w butelkę - denerwuje się na samą myśl o ich postępowaniu. Z tych samych powodów Wojciech Rostworowski chciałby mieć wpływ na to, co dzieje się w spółkach. - Jeżeli zarząd oszukuje, kłamie w żywe oczy, to wkurzam się - mówi wprost. - Denerwują mnie też oferty publiczne, po których widać, że są konstruowane przez urzędnika, a nie człowieka czującego rynek - wylicza zarządzający funduszami SEB.
Rafała Janczyka drażni siła zagranicznego kapitału, zwłaszcza w krótkich okresach. - Misterne myślenie bierze w łeb, kiedy zachodni inwestorzy wchodzą tylko w pięć największych spółek.
Zarządzanie funduszami dłużnymi jest zdecydowanie spokojniejsze, trudniej też o wpadki, choć się zdarzają. Piotr Zagała przyznaje, że miał moment zawahania i popełnił błąd, ulegając naciskom rynku. Było to wprawdzie dawno, ale wciąż pamięta. - W październiku 2000 r. byłem przekonany, że stopy procentowe powinny zacząć spadać. Rynek był jednak spanikowany. Rósł deficyt na rachunku obrotów bieżących, złoty tracił na wartości. Rada Polityki Pieniężnej podnosiła stopy procentowe. Miałem wówczas bardzo dużo obligacji w portfelu i tylko patrzyłem, jak spadają, a klienci uciekają z funduszu. Mówiłem wprawdzie wszystkim wokół, że dalej nie mogą tanieć, ale poddałem się, widząc masowe umorzenia jednostek. Sprzedałem więc znaczną część pozycji. Dzień później zaczęła się najdłuższa hossa na rynku obligacji w Polsce. Miałem więc rację, ale poddałem się naciskom klientów. Z czasem zarządzający musi się uodpornić na taką presję, choć nie jest to łatwe - mówi Piotr Zagała. - Rynek często przereagowuje, a zarządzający kupują lub sprzedają papiery w punkcie równowagi. Ciężko wtedy patrzeć, jak rynek idzie w inną stronę, i nie ma się na to żadnego wpływu - przyznaje Bogdan Jacaszek.

Giełdowy instynkt
Dziś jest Łatwiej, ale nie wszyscy wygrywają. - Konkurencyjność funduszy krajowych jest ograniczona. Wszyscy mają taki sam dostęp do informacji i mogą inwestować w ograniczoną liczbę spółek - mówi Rafał Jacaszek. Jego zdaniem, o sukcesie przesądzają więc cechy osobiste. - Przede wszystkim zaangażowanie i zdolność do podejmowania decyzji. Nie wolno się bać rynku - tłumaczy.
Konrad Łapiński zaznacza, że przydaje się też pokora. - Rynek jest trudny sam w sobie i niepokornych zawsze ujarzmi - śmieje się. Z kolei Piotr Zagała do pożądanych cech zalicza odporność na stres, myślenie analityczne, dobrą intuicję i cierpliwość. - W długim terminie czekanie na okazje się sprawdza - mówi Wojciech Rostworowski. - Powinno się też mieć własne zdanie, ale umieć przyjmować argumenty strony przeciwnej. Nie warto bezsensownie się upierać - zaznacza Zagała.
Jeszcze niedawno nie wszyscy zarządzający przyznawali się do tego, jak ważna w ich pracy jest intuicja. Mówili, że to nieprofesjonalne. Dziś śmieją się, że jest niezbędna. - Intuicja, jeżeli ją traktować jako sumę doświadczeń ukrytą gdzieś w podświadomości, jest konieczna - uważa Bogdan Jacaszek. - Gdyby były reguły, które zawsze się sprawdzają, zastąpiłyby nas komputery, które grałyby według ściśle określonych zasad - dodaje Piotr Zagała. - Banki zatrudniają sztaby programistów, którzy konstruują modele służące do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Zdarza się, że systemy te generują sygnały, na podstawie których automatycznie są podejmowane decyzje. Nie słyszałem jednak, by przynosiły duże zyski - podkreśla. - Mistrz szachowy czy profesor ekonomii niekoniecznie odniesie sukces - zauważa z uśmiechem Rafał Janczyk.
Zarządzający często mówią o instynkcie giełdowym, który trzeba po prostu mieć. - To ważniejsze niż wykształcenie i inteligencja. Do dobrego zarządzania nie jest więc potrzebne bardzo wysokie IQ czy doktorat z ekonomii. Bardziej przyda się, obok zaangażowania i pracowitości, umiejętność wiązania strzępów informacji w całość - dodaje Rafał Janczyk.
Większość uważa więc, że wykształcenie poszerza horyzonty, studia są stylem życia, ale nie przesądzają o sukcesach. - Zbytnie wgłębianie się w rynek, analizowanie, budowanie skomplikowanych modeli ekonometrycznych na poziomie prac doktorskich może przynieść wręcz negatywne skutki - mówi Piotr Zagała.
- Same decyzje inwestycyjne nie zależą od cyferek. Bardzo istotna jest analiza nastrojów. - Ach, gdyby tylko liczby decydowały o wszystkim - marzy Konrad Łapiński - jakie byłoby to proste. Niestety, emocji nie da się wyłączyć, choć to nieprofesjonalne...

Błysk w oku
Dobry zarządzający może mieć wprawdzie dowolne wykształcenie, ale musi mieć pogodne usposobienie. - Optymizm to podstawa, tylko wtedy można liczyć na sukces. Znam takich, co są permanentnymi sceptykami, nie wierzą w trwały rozwój spółek i całej gospodarki, a to nie sprzyja wynikom inwestycyjnym. Zarabia się przecież na odkrywaniu perełek. Sceptycy nie mają tej radości - z zapałem tłumaczy Rafał Janczyk.
Błysku w oku nie brakuje też Konradowi Łapińskiemu. - Zawsze byłem optymistą, często nawet na wyrost. Teraz też, gdy podejmuję decyzję o kupnie akcji, myślę, że wzrosną o 300 proc. - śmieje się. I niewykluczone, że jest to dobra recepta na sukces.
- Dwa lata temu płynąłem małą łódeczką, dziś aktywa wzrosły mi 15-krotnie. Kieruję już stateczkiem - chwali się Łapiński. Jego praca też stała się łatwiejsza. Kiedyś pracował po kilkanaście godzin na dobę, codziennie monitorował około 200 amerykańskich spółek, sam musiał się ścigać z najlepszymi. Dziś jego załogą są analitycy - praca indywidualna przerodziła się w zespołową. Jednak ostateczną decyzję podejmuje, jak każdy kapitan, sam.
Żaden z najlepszych nie czuje się sprinterem. - Obserwując rynek w długim terminie, widać, że nie warto podejmować szybkich decyzji. Ważniejsza jest stała obserwacja rynku, trzeba wiedzieć, w którym jest się miejscu - mówi Bogdan Jacaszek. Podobnego zdania jest Dariusz Lasek. - Czasem wszystko zależy od szybkiego dostępu do informacji - dodaje. - Na szczęście w funduszach dłużnych to się zdarza rzadko.

Zawód z pasją
Zawodu nie wybrali przypadkiem, czasem tylko przypadkowi pomogli. Każdego pasjonowała giełda, próbowali więc inwestować na własny rachunek. A to zadecydowało o przyszłym życiu.
Konrad Łapiński chciał projektować domy, giełda wciągnęła go jednak już w szkole średniej. - Poszedłem więc nie na architekturę, ale na SGH - przyznaje.
Piotr Zagała wymarzył sobie pracę już w dzieciństwie. - Oglądałem serial Capital City i tak jak jego bohaterowie chciałem pracować jako makler w dużym londyńskim biurze maklerskim. Bogdana Jacaszka skusiły z kolei miraże dużych zysków. - W trakcie studiów wyjechałem za granicę i zarobiłem dużo pieniędzy - opowiada. - Po powrocie do Polski zastanawiałem się, jak je zainwestować. Kolega, którego się radziłem, śmiał się, że on zarobił w tym czasie na giełdzie trzy razy więcej niż ja, pijąc coca-colę. Był rok 1993, postanowiłem pójść w jego ślady. To było to!
Podobnie było z Wojciechem Rostworowskim, inżynierem mechanikiem ze specjalnością samoloty. To nie studia dodały mu skrzydeł, tylko inwestowanie na własny rachunek. Dariusz Lasek rynek papierów dłużnych wybrał na przekór innym. - Tych, którzy zajmowali się akcjami, było już wystarczająco dużo, a rynek obligacji jest równie ciekawy, a o ile większy! - mówi. - Wystarczy popatrzeć na aktywa funduszy.
Zafascynowanie pracą im nie mija mimo upływu lat. - Nie wyobrażam sobie, żebym mógł robić coś innego - zapewnia z błyskiem w oku Rafał Janczyk. Widać, że jest pasjonatem rynku, podobnie jak Konrad Łapiński, o którym mówi się żartobliwie, że to typowe giełdowe zwierzę.
Pytani o autorytety, najczęściej mówią: Warren Buff-ett. Dlaczego? - Bo on szuka wartości fundamentalnych - mówi Wojciech Rostworowski. - Jest najbardziej fundamentalny z fundamentalnych inwestorów - dodaje Konrad Łapiński. Bogdanowi Jacaszkowi najbardziej imponuje podejmowane przez Buffetta ryzyko.- Inwestuje, posiłkując się kredytem, ma więc wyższe stopy zwrotu - uzasadnia. Odmienne fascynacje ma jedynie Rafał Janczyk. Jego guru to od lat George Soros. Dziś sam zarządza pierwszym funduszem hedgingowym w Polsce i jest tym naprawdę zafascynowany.

Na stres daktyl
Zarządzający chętnie więc uprawiają sport, biegają, pływają, jeżdżą na rowerach - to pomaga odreagować stres.
- Oprócz ćwiczeń aerobowych dobre jest też jedzenie daktyli - owoców szczęścia - i czekolady, zwłaszcza gorzkiej, która zawiera dużo magnezu - śmieje się Piotr Zagała. Nietypowo, jak na zarządzającego najlepszym w Polsce funduszem rynku pieniężnego, odpoczywa Dariusz Lasek - gra na gitarze elektrycznej. Jego koledzy wolą podróżować. Rafał Janczyk jest, jak sam się chwali, mistrzem wyszukiwania promocji w międzykontynentalnych podróżach lotniczych. Wojciech Rostworowski jest z kolei zapalonym żeglarzem.
Najprostszy sposób na stres ma Konrad Łapiński: - Nie siedzieć długo w pracy. To naprawdę działa! - przekonuje. I jak widać, przynosi efekty.
 0

Czytaj także