Koguty pieją na trwogę

Koguty pieją na trwogę

Dodano:   /  Zmieniono: 
Hodowcy drobiu już liczą straty, natomiast producenci wieprzowiny i wołowiny zacierają ręce
Choć jeszcze nie padła nawet jedna sztuka spośród 450 mln sztuk hodowanego w polskich kurnikach drobiu, a 12 tysięcy ferm już liczy straty, Rajmund Paczkowski, prezes Izby Gospodarczej Producentów Drobiu, w rozmowie z BusinessWeekiem stwierdził, że popyt na mięso drobiowe w tym roku może spaść o 10-15 proc. Już po kilku dniach od alarmu podniesionego przez media wieszczące nadejście pandemii ceny skupu żywca drobiowego w ubojniach spadły z 3,20 zł do 2,70 zł za kilogram. Tymczasem średni koszt produkcji to 2,50-2,55 zł za kilogram.
Do prawdziwej kurzej hekatomby może dojść, jeśli i w Polsce pojawi się choć jedno ognisko ptasiej grypy. Wówczas, jak szacuje Paczkowski, likwidacja tylko jednego stada będzie się wiązała z wydatkiem ok. 100 tys. zł. Średniej wielkości stado brojlerów to 20 tys. sztuk, co odpowiada 40 tonom mięsa po 2,5 zł za kilogram. W sumie więc straty hodowców mogą sięgnąć co najmniej 1,2 mld zł, bo mamy w kraju 12 tys. ferm.
Rząd informuje, że na odszkodowania dla hodowców zarezerwował 300 mln zł. W dodatku ubezpieczyciele odmawiają wystawiania polis obejmujących ryzyko zachorowania stada na ptasią grypę, a stare umowy nie przewidują takiego wypadku.
Piotr Wysogląd, jeden z największych w Polsce dostawców jaj i piskląt do hodowli, obawia się, że panika może uruchomić klasyczny łańcuch zależności - konsumenci będą kupowali mniej kurcząt, sklepy ograniczą zamówienia, a ubojnie skup.
- Do mnie ta fala jeszcze nie dotarła, ale spodziewam się, że wkrótce ja także odczuję jej skutki - mówi z trwogą Wysogląd. Nasz rozmówca ocenia, że odbudowa zlikwidowanego stada to nie tylko wysokie koszty - około 50 tys. zł, ale też czas: trwa to co najmniej pół roku.
W Polsce produkuje się około miliona ton mięsa drobiowego rocznie. To aż jedna trzecia spożywanego tzw. mięsa kulinarnego. Reszta to wieprzowina i wołowina. Zdaniem dr. Grzegorza Dybowskiego, eksperta z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERiGŻ), już widać zmiany w strukturze produkcji. - Ceny wieprzowiny nie spadają, choć powinny, bo jesteśmy obecnie na tzw. górce produkcyjnej, a jeśli sytuacja się nie uspokoi, to za kilka miesięcy wzrosną nawet o 15-20 proc. - uważa Dybowski. Jego zdaniem, wołowina podrożeje o mniej więcej 5 proc.
Poważne zmiany czeka sam sektor handlu mięsem. Według szacunków eksperta IERiGŻ, Polska eksportowała 150 tys. ton mięsa drobiowego rocznie, importowała 30-40 tys. ton.
Od dwóch lat, tj. od 2003 roku, kiedy pierwsze przypadki ptasiej grypy pojawiły się w Niemczech, Holandii i Belgii i doszło tam do wybijania stad, polscy drobiarze korzystali na wyjątkowo dobrej koniunkturze. Eksport wzrósł o kilka procent, a ceny wysyłanego za granicę mięsa są o 20-30 proc. wyższe od krajowych.
- Pierwsza informacja o wykrytym przypadku ptasiej grypy w naszym kraju wyeliminuje Polskę jako dostawcę. Z dnia na dzień importerzy, a głównie ubojnie, mogą wówczas zacząć kupować drób od producentów amerykańskich lub brazylijskich - przewiduje Paczkowski.
Spadek popytu krajowego i wyeliminowanie eksportu może doprowadzić do masowej likwidacji ferm. Od lat jest to rynek bardzo trudny, z którego łatwo wypaść, a na który trudno powrócić. Niewielkie też są szanse przestawiania się drobiarzy na produkcję wieprzowiny czy wołowiny.
Hodowcy drobiu uchodzą za elitę polskich rolników ze względu na dochody, specyfikę drogiego, zwykle zachodniego wyposażenia ferm i wysokie kwalifikacje zawodowe. Teraz każde podejrzane pianie koguta budzi w nich trwogę. Z dnia na dzień mogą stracić wszystko.
Na razie polscy hodowcy korzystają z tego, że w Polsce nie odnotowano jeszcze przypadków ptasiej grypy. Eksportujemy drób na Białoruś, polskie filety z piersi kurczaków kupują Niemcy, Brytyjczycy, Skandynawowie, Irlandczycy i Holendrzy. Drobiarze wykorzystują też, że na te dostawy zostały podpisane długoterminowe kontrakty. Animex nadal sprzedaje do Niemiec gęsi, tak jak robi to od kilkudziesięciu lat.
Rykoszetem ptasia grypa trafiła jednak w kilkuset producentów pasz do tuczu drobiu. Na razie nie odczuwają oni spadku zamówień, jednak jeśli psychoza nie osłabnie, dojdzie do tego w ciągu najbliższych tygodni. Chodzi przede wszystkim o pasze oparte na kukurydzy i owsie.
Na razie ryzyko przedostania się wirusa do Polski z Rosji lub Ukrainy w wyniku importu drobiu jest zerowe. Nasz kraj od dawna nie sprowadza stamtąd ani żywych zwierząt, ani materiału genetycznego do ich hodowli.