Rozmowa z prezesem Bumaru Romanem Baczyńskim
Bumar ostatnio nie ma dobrej prasy. Gazety na całym świecie piszą o zdezelowanym sprzęcie, który dostarczacie do Iraku. Dlaczego Pana firma się nie broni?
Dziwią mnie te artykuły. Na całym świecie obowiązuje lokalny patriotyzm i media bronią firm krajowych. W Polsce jest odwrotnie. U nas bije się swojego.
Polskie gazety wspierają Bumar!
Nie wszystkie. Ostatnio Rzeczpospolita cytowała bzdurne doniesienia angielskiej prasy na nasz temat. To zadziwiające. Niedawno odwiedził nas dziennikarz z Los Angeles Times, który pisze artykuł o dostawach broni do Iraku. On w przeciwieństwie do polskich kolegów pofatygował się do nas, aby sprawdzić, ile prawdy jest w doniesieniach o słabej jakości naszego sprzętu, i przekonał się, że my mówimy prawdę.
Jeśli macie problemy z prasą, dlaczego nie wynajęliście firmy public relations?
Dobry rzecznik prasowy nam wystarcza. To, co u nas dzieje się wokół handlu bronią, jest nienormalne. Kiedy zachodnie firmy podpisują kontrakt, w tamtejszych gazetach pojawiają się o tym kilkuzdaniowe wzmianki. Polska prasa szczegółowo rozpisuje się o każdej naszej nowej umowie. To bardzo przeszkadza.
Irakijczycy zapłacili za sprzęt, a teraz nie chcą go odebrać. Będziecie musieli oddać pieniądze?
Zgodnie z kontraktem, sprzęt mamy dostarczyć - albo samolotami do Bagdadu, albo drogą morską do portów. Na trzy tygodnie przed wysyłką musimy powiadomić stronę iracką o gotowości towaru do odbioru. Jeżeli w ciągu trzech tygodni nie przyjedzie żadna komisja, mamy prawo załadować go do samolotów albo na statki i wysłać, powiadamiając o tym fakcie Irakijczyków. Taki jest kontrakt i my go realizujemy. Do maja Irak przysyłał do nas komisje, które sprawdzały jakość sprzętu, i muszę powiedzieć, że ani razu nie zgłaszano zastrzeżeń. Potem kontakty się urwały. Odlot jednego transportu opóźniliśmy o tydzień, czekając na odbiór techniczny, chociaż to były dla nas dodatkowe koszty, bo wynajęcie wielkiego transportowego Iła kosztuje kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Ostatecznie powołaliśmy własną komisję, która przygotowuje towar do wysyłki i dokonuje odbioru.
Odbieracie towar sami od siebie?
Można tak powiedzieć, bo strona iracka nie korzysta ze swoich uprawnień.
Irakijczycy nie muszą tego kwitować?
Kwitują na miejscu, bo towar trafia do ich magazynów.
Jaka część kontraktu została do tej pory zrealizowana?
Około 25 proc. Wysłaliśmy sprzęt za 90 mln USD.
Może Pan zagwarantować, że polska broń nie trafia w ręce terrorystów, co sugerował wiceminister obrony Iraku?
My odpowiadamy za moment dostawy. Co się dzieje dalej? Myślę, że sprzęt trafia do armii irackiej.
Skąd w takim razie krytyczne oświadczenia irackich władz?
To celowe działania, które mają zdyskredytować polską broń. Element gry konkurencyjnej. Jak inaczej nazwać wystąpienie ministra finansów, który pokazał dziennikarzom zdjęcia zdezelowanych śmigłowców z Bumaru, skoro my nie wysłaliśmy do Iraku ani jednego helikoptera? Wszystkie czekają na wysyłkę w zakładzie w Petersburgu, gdzie przeszły remonty kapitalne.
Wygląda na to, że Bumar wypadł z gry o kolejne kontrakty w Iraku.
Nie sądzę. Nasze problemy oceniam jako przejściowe. Wrócimy do Iraku.
Jaka część przychodów Bumaru pochodzi z eksportu?
Około 70 proc. Jeszcze kilka lat temu proporcje były odwrotne.
To dzięki wojnie w Iraku?
Nie tylko. Nasz portfel zamówień eksportowych jest wart 1,2 mld USD, z czego tylko 30 proc. to kontrakty z Bagdadem.
No tak. Jest jeszcze kontrakt z Malezją - czołgi za olej palmowy.
To nie tak. Czołgi będziemy dostarczać za gotówkę. Ale w Malezji oprócz offsetu obowiązuje zasada counter trade. Strona, która sprzedała coś Malezyjczykom, musi kupić określone towary ze specjalnej listy. Wybraliśmy olej i od razu znaleźliśmy na niego zbyt. Nie będzie z tym problemu. Zresztą kontrakt na olej to tylko 25 proc. wartości umowy na czołgi.
Czy Bumar musi tak mocno walczyć o rynki zagraniczne? Macie zamówienia na 2,5 roku, a 70 proc. polskiego sprzętu wojskowego pamięta czasy ZSRR. Na uzbrojenie MON wyda w tym roku 3 mld zł. Wygląda na to, że nie musi się Pan martwić o przyszłość.
Wartość zamówień polskiej armii w tym roku wzrosła do 500-600 mln zł. Rok wcześniej było to 320 mln zł. Ale zamówień nie dostajemy za darmo. Musimy konkurować w przetargach.
Wasz eksport to 70 proc. obrotów. Przychody z kontraktów krajowych wyniosą ponad 500 mln zł. Szykują się więc rekordowe wyniki.
Przychody przekroczą 1,5 mld zł.
Czy efektywność rośnie razem z wynikami? Pytam o przychód na pracownika.
Tak, ale bardzo ciężko to zmierzyć, bo w ostatnich latach grupa powiększała się o nowe spółki. W tej chwili zatrudniamy 15 tys. osób. W ciągu ostatniego roku zwiększyliśmy zatrudnienie o 700 nowych pracowników. W tym czasie przychody wzrosły o kilkaset milionów złotych. A tak na marginesie - mamy poważne problemy ze znalezieniem ludzi chętnych do pracy. Zwłaszcza w Skarżysku-Kamiennej i w Łabędach.
Czy marża na sprzęt dla polskiej armii jest wyższa niż w wypadku eksportu?
Jest odwrotnie. Mamy bardzo niskie marże dla polskiego wojska. Przez wiele lat nasze zakłady brały udział w przetargach, oferując ceny na granicy opłacalności. Byle przetrwać. Teraz to się odbija, bo wojsko nie chce płacić więcej. Marże eksportowe też nie są rewelacyjne.
Nie obawia się Pan, że konkurencyjność firmy opiera się wyłącznie na niskich cenach i jeśli nie zaczniecie inwestować w nowe technologie, za trzy lata nikt nie kupi waszej broni?
Zdajemy sobie z tego sprawę. Trzy lata temu wartość inwestycji w nowe technologie w Bumarze wynosiła prawie zero. Teraz to 3 proc. naszych przychodów, a będzie więcej. Wystąpiliśmy z wnios-kiem do ministra skarbu i do ministra gospodarki o przyłączenie do grupy trzech ośrodków badawczych.
No właśnie. Przemysłowy Instytut Telekomunikacji, który chce Pan przejąć, działa samodzielnie, inwestuje w badania i ma takie wyniki finansowe, o których Bumar może tylko pomarzyć. Wygląda na to, że można działać na komercyjnych zasadach i dużo wydawać na badania.
Pan chce mnie sprowokować. Ośrodki badawczo-rozwojowe nie płacą podatków. My w takich warunkach też mielibyśmy rewelacyjne wyniki. Chcemy przyłączyć PIT, bo bardzo nam zależy na ich kadrze naukowej. Na bazie instytutu zamierzamy stworzyć centrum badawcze zajmujące się opracowywaniem technologii dla całej grupy Bumar. Myś-limy o stworzeniu amunicji inteligentnej, nowych rakietach, noktowizorach. Potrzebujemy jednak inżynierów. Nie ma sensu, aby Bumar, firma państwowa, tworzył od postaw instytut konkurencyjny dla PIT, który też należy do państwa. Jeśli jednak rząd nie zgodzi się na naszą propozycję, jeszcze w tym roku rozpoczniemy tworzenie własnego ośrodka.
Ile będzie to kosztować?
Sam sprzęt i oprogramowanie - 80 mln zł. Większym problemem są jednak ludzie. Będziemy ich sobie podkupywać.
Jak wygląda realny scenariusz rozwoju Bumaru w ciągu kolejnych 10 lat?
Mamy opracowaną strategię. Przewiduje ona po pierwsze, umocnienie marketingowe, po drugie, większe wydatki na badania i rozwój, a po trzecie, wymianę przestarzałego parku technologicznego. Poza tym chcemy się przebić w Europie.
To akurat się przyda, bo jak na razie Bumarowi nie udało się wygrać żadnego kontraktu w Europie poza Polską.
Nie, ale kooperujemy z zagraniczymi koncernami. Musimy się zdecydować na zmiany organizacyjne. Albo wybierzemy strukturę holdingową, albo koncernową. Ta druga opcja byłaby lepsza, bo dałaby większe oszczędności. Trzy lata temu w każdym zakładzie mechanicznym mieliśmy odlewnię i galwanizernię. Każda z nich pracowała na 10 proc. możliwości. Teraz są dwa takie zakłady.
Ile można zaoszczędzić na konsolidacji?
Już udało się zmniejszyć koszty o 12-13 proc., a potencjał jest duży, podobnie jak możliwość zwiększania mocy produkcyjnych. Obecnie wykorzystujemy je w 55 procentach.
Gdzie tkwią rezerwy? W produkcji cywilnej?
Między innymi. Huta Stalowa Wola powinna zarabiać głównie na produkcji cywilnej.
Najpierw trzeba uratować ten zakład przed bankructwem.
Zwróciliśmy się do Ministerstwa Skarbu Państwa o jeszcze jedną niewielką pomoc dla huty w wysokości 40 mln zł. Mamy plan restrukturyzacji. Chcemy powtórzyć to, co udało się w Mesku, gdzie najpierw musieliśmy zwolnić ludzi po to, aby po później ponownie ich zatrudnić.
Ile wyniosła pomoc publiczna dla Bumaru w 2004 roku?
Niewiele ponad 20 mln zł. Pracujemy za swoje pieniądze.
Ale jesteście uzależnieni od rządu: żyjecie z rządowych kontraktów, umowę w Irakiem zawdzięczacie udziałowi polskich wojsk w interwencji, kontrakt z General Motors, który zainwestuje w Łabędach w linię do produkcji podzespołów do Opla Zafiry, to wynik offsetu. Bumar żyje na rządowym garnuszku.
Na całym świecie koncerny zbrojeniowe pracują na rzecz rządu. Handel bronią to element polityki i strategii państwa. Broń to nie ziemniaki albo rajstopy.
Nie obawia się Pan, że po wyborach dojdzie do zapowiadanej likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych i pozycja Bumaru ulegnie osłabieniu?
Co WSI ma wspólnego z Bumarem?
Handel bronią koordynują przecież służby specjalne.
Nie zgadzam się. Służby specjalne kontrolują handel bronią, a to zasadnicza różnica. Mają specjalne komórki, które śledzą, jaki jest przepływ broni, czy nie ma nielegalnego obrotu. Taka jest ich rola. Czego mamy się obawiać po wyborach? Wszystkie siły polityczne w Polsce mają podobne, bardzo pozytywne podejście do zbrojeniówki. Bumar nie ma włas-nych poligonów, na których mógłby urządzić pokazowe manewry dla klientów zza granicy. Można więc powiedzieć, że kontakty zagraniczne zawdzięczamy w dużej mierze MON, który takie prezentacje pomaga nam organizować. Zapraszamy oficerów zza granicy, aby poznali naszą broń, porozmawiali z jej użytkownikami. W trakcie takich spotkań zawsze jest jakiś bigos, porozmawia się, jest sympatyczna atmosfera...
To jest clou marketingu w tym biznesie?
Można tak powiedzieć. Żadnymi ogłoszeniami czy reklamą nie osiągnie się takich efektów. Na targach i wystawach broni jedynie zarzuca się wędkę.
A łowi się na poligonie?
Manewry to jest to, co tych ludzi ostatecznie przekonuje do zakupu.
Rozmawiał Radosław Omachel
Bumar powyżej oczekiwań
Bumar rośnie w siłę. Polski holding awansował w ciągu roku o piętnaście miejsc w rankingu największych firm zbrojeniowych świata i zajmuje teraz 80. pozycję. Przychody Bumaru wzrosły w ubiegłym roku o 4,5 proc. W tym roku wzrosną o kilkanaście. To dużo, choć wielkie koncerny zbrojeniowe zaangażowane w wojnę w Iraku notują znacznie większą dynamikę. Amerykański Halliburton zwiększył w 2004 roku sprzedaż sprzętu wojskowego aż o 296 proc., do 8 mld USD, a przeciętna dynamika przychodów dla dziesięciu największych firm z branży sięga 20 proc. (dane miesięcznika Raport). Także pod względem efektywności Bumarowi sporo brakuje do najlepszych. Przychód na pracownika w polskiej firmie jest mniej więcej 10 razy niższy niż w Halliburton czy Lockheed Martin.
Mimo to Roman Baczyński może mieć powody do zadowolenia. Jeszcze kilka lat temu polskie firmy zbrojeniowe skazywano na bankructwo. Teraz Bumar ma zamówienia na 2,5 roku i nie zwalnia, tylko zatrudnia nowych pracowników. W tym czasie stawiane do niedawna za wzór największe czeskie zakłady wojskowe Aero Vodochody stoją na krawędzi bankructwa.
Grupa Bumar powstała jako część rządowej strategii ratowania zbrojeniówki. Ministerstwo Gospodarki skupiło w niej 19 spółek. W skład grupy weszły takie zakłady jak Mesko ze Skarżyska-Kamiennej (amunicja i rakiety), Radwar (radary) i Łucznik Radom (pistolety). Zatrudnienie wynosi 15 tys. osób. Grupa zapewnia także utrzymanie 30 tys. osobom pracującym w firmach kooperujących. Bumar jest spółką dominującą w grupie i odpowiada za konsolidację i kontakty handlowe całego holdingu.
Celem strategicznym Bumaru jest zbudowanie dominującego koncernu zbrojeniowego w Europie Środkowo-Wschodniej. Jednak polska broń (z małymi wyjątkami) nie zalicza się do nowoczesnej. Nie kupuje jej żadne europejskie państwo i wyroby trafiają głównie w ręce polskich żołnierzy.
Aby się rozwijać, firma musi więc wdrażać nowoczesne technologie. Środków na ten cel Bumar zamierza szukać na giełdzie. Jednak zanim to nastąpi, Bumar musi uporządkować strukturę i zrestrukturyzować swoje spółki.
Dziwią mnie te artykuły. Na całym świecie obowiązuje lokalny patriotyzm i media bronią firm krajowych. W Polsce jest odwrotnie. U nas bije się swojego.
Polskie gazety wspierają Bumar!
Nie wszystkie. Ostatnio Rzeczpospolita cytowała bzdurne doniesienia angielskiej prasy na nasz temat. To zadziwiające. Niedawno odwiedził nas dziennikarz z Los Angeles Times, który pisze artykuł o dostawach broni do Iraku. On w przeciwieństwie do polskich kolegów pofatygował się do nas, aby sprawdzić, ile prawdy jest w doniesieniach o słabej jakości naszego sprzętu, i przekonał się, że my mówimy prawdę.
Jeśli macie problemy z prasą, dlaczego nie wynajęliście firmy public relations?
Dobry rzecznik prasowy nam wystarcza. To, co u nas dzieje się wokół handlu bronią, jest nienormalne. Kiedy zachodnie firmy podpisują kontrakt, w tamtejszych gazetach pojawiają się o tym kilkuzdaniowe wzmianki. Polska prasa szczegółowo rozpisuje się o każdej naszej nowej umowie. To bardzo przeszkadza.
Irakijczycy zapłacili za sprzęt, a teraz nie chcą go odebrać. Będziecie musieli oddać pieniądze?
Zgodnie z kontraktem, sprzęt mamy dostarczyć - albo samolotami do Bagdadu, albo drogą morską do portów. Na trzy tygodnie przed wysyłką musimy powiadomić stronę iracką o gotowości towaru do odbioru. Jeżeli w ciągu trzech tygodni nie przyjedzie żadna komisja, mamy prawo załadować go do samolotów albo na statki i wysłać, powiadamiając o tym fakcie Irakijczyków. Taki jest kontrakt i my go realizujemy. Do maja Irak przysyłał do nas komisje, które sprawdzały jakość sprzętu, i muszę powiedzieć, że ani razu nie zgłaszano zastrzeżeń. Potem kontakty się urwały. Odlot jednego transportu opóźniliśmy o tydzień, czekając na odbiór techniczny, chociaż to były dla nas dodatkowe koszty, bo wynajęcie wielkiego transportowego Iła kosztuje kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Ostatecznie powołaliśmy własną komisję, która przygotowuje towar do wysyłki i dokonuje odbioru.
Odbieracie towar sami od siebie?
Można tak powiedzieć, bo strona iracka nie korzysta ze swoich uprawnień.
Irakijczycy nie muszą tego kwitować?
Kwitują na miejscu, bo towar trafia do ich magazynów.
Jaka część kontraktu została do tej pory zrealizowana?
Około 25 proc. Wysłaliśmy sprzęt za 90 mln USD.
Może Pan zagwarantować, że polska broń nie trafia w ręce terrorystów, co sugerował wiceminister obrony Iraku?
My odpowiadamy za moment dostawy. Co się dzieje dalej? Myślę, że sprzęt trafia do armii irackiej.
Skąd w takim razie krytyczne oświadczenia irackich władz?
To celowe działania, które mają zdyskredytować polską broń. Element gry konkurencyjnej. Jak inaczej nazwać wystąpienie ministra finansów, który pokazał dziennikarzom zdjęcia zdezelowanych śmigłowców z Bumaru, skoro my nie wysłaliśmy do Iraku ani jednego helikoptera? Wszystkie czekają na wysyłkę w zakładzie w Petersburgu, gdzie przeszły remonty kapitalne.
Wygląda na to, że Bumar wypadł z gry o kolejne kontrakty w Iraku.
Nie sądzę. Nasze problemy oceniam jako przejściowe. Wrócimy do Iraku.
Jaka część przychodów Bumaru pochodzi z eksportu?
Około 70 proc. Jeszcze kilka lat temu proporcje były odwrotne.
To dzięki wojnie w Iraku?
Nie tylko. Nasz portfel zamówień eksportowych jest wart 1,2 mld USD, z czego tylko 30 proc. to kontrakty z Bagdadem.
No tak. Jest jeszcze kontrakt z Malezją - czołgi za olej palmowy.
To nie tak. Czołgi będziemy dostarczać za gotówkę. Ale w Malezji oprócz offsetu obowiązuje zasada counter trade. Strona, która sprzedała coś Malezyjczykom, musi kupić określone towary ze specjalnej listy. Wybraliśmy olej i od razu znaleźliśmy na niego zbyt. Nie będzie z tym problemu. Zresztą kontrakt na olej to tylko 25 proc. wartości umowy na czołgi.
Czy Bumar musi tak mocno walczyć o rynki zagraniczne? Macie zamówienia na 2,5 roku, a 70 proc. polskiego sprzętu wojskowego pamięta czasy ZSRR. Na uzbrojenie MON wyda w tym roku 3 mld zł. Wygląda na to, że nie musi się Pan martwić o przyszłość.
Wartość zamówień polskiej armii w tym roku wzrosła do 500-600 mln zł. Rok wcześniej było to 320 mln zł. Ale zamówień nie dostajemy za darmo. Musimy konkurować w przetargach.
Wasz eksport to 70 proc. obrotów. Przychody z kontraktów krajowych wyniosą ponad 500 mln zł. Szykują się więc rekordowe wyniki.
Przychody przekroczą 1,5 mld zł.
Czy efektywność rośnie razem z wynikami? Pytam o przychód na pracownika.
Tak, ale bardzo ciężko to zmierzyć, bo w ostatnich latach grupa powiększała się o nowe spółki. W tej chwili zatrudniamy 15 tys. osób. W ciągu ostatniego roku zwiększyliśmy zatrudnienie o 700 nowych pracowników. W tym czasie przychody wzrosły o kilkaset milionów złotych. A tak na marginesie - mamy poważne problemy ze znalezieniem ludzi chętnych do pracy. Zwłaszcza w Skarżysku-Kamiennej i w Łabędach.
Czy marża na sprzęt dla polskiej armii jest wyższa niż w wypadku eksportu?
Jest odwrotnie. Mamy bardzo niskie marże dla polskiego wojska. Przez wiele lat nasze zakłady brały udział w przetargach, oferując ceny na granicy opłacalności. Byle przetrwać. Teraz to się odbija, bo wojsko nie chce płacić więcej. Marże eksportowe też nie są rewelacyjne.
Nie obawia się Pan, że konkurencyjność firmy opiera się wyłącznie na niskich cenach i jeśli nie zaczniecie inwestować w nowe technologie, za trzy lata nikt nie kupi waszej broni?
Zdajemy sobie z tego sprawę. Trzy lata temu wartość inwestycji w nowe technologie w Bumarze wynosiła prawie zero. Teraz to 3 proc. naszych przychodów, a będzie więcej. Wystąpiliśmy z wnios-kiem do ministra skarbu i do ministra gospodarki o przyłączenie do grupy trzech ośrodków badawczych.
No właśnie. Przemysłowy Instytut Telekomunikacji, który chce Pan przejąć, działa samodzielnie, inwestuje w badania i ma takie wyniki finansowe, o których Bumar może tylko pomarzyć. Wygląda na to, że można działać na komercyjnych zasadach i dużo wydawać na badania.
Pan chce mnie sprowokować. Ośrodki badawczo-rozwojowe nie płacą podatków. My w takich warunkach też mielibyśmy rewelacyjne wyniki. Chcemy przyłączyć PIT, bo bardzo nam zależy na ich kadrze naukowej. Na bazie instytutu zamierzamy stworzyć centrum badawcze zajmujące się opracowywaniem technologii dla całej grupy Bumar. Myś-limy o stworzeniu amunicji inteligentnej, nowych rakietach, noktowizorach. Potrzebujemy jednak inżynierów. Nie ma sensu, aby Bumar, firma państwowa, tworzył od postaw instytut konkurencyjny dla PIT, który też należy do państwa. Jeśli jednak rząd nie zgodzi się na naszą propozycję, jeszcze w tym roku rozpoczniemy tworzenie własnego ośrodka.
Ile będzie to kosztować?
Sam sprzęt i oprogramowanie - 80 mln zł. Większym problemem są jednak ludzie. Będziemy ich sobie podkupywać.
Jak wygląda realny scenariusz rozwoju Bumaru w ciągu kolejnych 10 lat?
Mamy opracowaną strategię. Przewiduje ona po pierwsze, umocnienie marketingowe, po drugie, większe wydatki na badania i rozwój, a po trzecie, wymianę przestarzałego parku technologicznego. Poza tym chcemy się przebić w Europie.
To akurat się przyda, bo jak na razie Bumarowi nie udało się wygrać żadnego kontraktu w Europie poza Polską.
Nie, ale kooperujemy z zagraniczymi koncernami. Musimy się zdecydować na zmiany organizacyjne. Albo wybierzemy strukturę holdingową, albo koncernową. Ta druga opcja byłaby lepsza, bo dałaby większe oszczędności. Trzy lata temu w każdym zakładzie mechanicznym mieliśmy odlewnię i galwanizernię. Każda z nich pracowała na 10 proc. możliwości. Teraz są dwa takie zakłady.
Ile można zaoszczędzić na konsolidacji?
Już udało się zmniejszyć koszty o 12-13 proc., a potencjał jest duży, podobnie jak możliwość zwiększania mocy produkcyjnych. Obecnie wykorzystujemy je w 55 procentach.
Gdzie tkwią rezerwy? W produkcji cywilnej?
Między innymi. Huta Stalowa Wola powinna zarabiać głównie na produkcji cywilnej.
Najpierw trzeba uratować ten zakład przed bankructwem.
Zwróciliśmy się do Ministerstwa Skarbu Państwa o jeszcze jedną niewielką pomoc dla huty w wysokości 40 mln zł. Mamy plan restrukturyzacji. Chcemy powtórzyć to, co udało się w Mesku, gdzie najpierw musieliśmy zwolnić ludzi po to, aby po później ponownie ich zatrudnić.
Ile wyniosła pomoc publiczna dla Bumaru w 2004 roku?
Niewiele ponad 20 mln zł. Pracujemy za swoje pieniądze.
Ale jesteście uzależnieni od rządu: żyjecie z rządowych kontraktów, umowę w Irakiem zawdzięczacie udziałowi polskich wojsk w interwencji, kontrakt z General Motors, który zainwestuje w Łabędach w linię do produkcji podzespołów do Opla Zafiry, to wynik offsetu. Bumar żyje na rządowym garnuszku.
Na całym świecie koncerny zbrojeniowe pracują na rzecz rządu. Handel bronią to element polityki i strategii państwa. Broń to nie ziemniaki albo rajstopy.
Nie obawia się Pan, że po wyborach dojdzie do zapowiadanej likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych i pozycja Bumaru ulegnie osłabieniu?
Co WSI ma wspólnego z Bumarem?
Handel bronią koordynują przecież służby specjalne.
Nie zgadzam się. Służby specjalne kontrolują handel bronią, a to zasadnicza różnica. Mają specjalne komórki, które śledzą, jaki jest przepływ broni, czy nie ma nielegalnego obrotu. Taka jest ich rola. Czego mamy się obawiać po wyborach? Wszystkie siły polityczne w Polsce mają podobne, bardzo pozytywne podejście do zbrojeniówki. Bumar nie ma włas-nych poligonów, na których mógłby urządzić pokazowe manewry dla klientów zza granicy. Można więc powiedzieć, że kontakty zagraniczne zawdzięczamy w dużej mierze MON, który takie prezentacje pomaga nam organizować. Zapraszamy oficerów zza granicy, aby poznali naszą broń, porozmawiali z jej użytkownikami. W trakcie takich spotkań zawsze jest jakiś bigos, porozmawia się, jest sympatyczna atmosfera...
To jest clou marketingu w tym biznesie?
Można tak powiedzieć. Żadnymi ogłoszeniami czy reklamą nie osiągnie się takich efektów. Na targach i wystawach broni jedynie zarzuca się wędkę.
A łowi się na poligonie?
Manewry to jest to, co tych ludzi ostatecznie przekonuje do zakupu.
Rozmawiał Radosław Omachel
Bumar powyżej oczekiwań
Bumar rośnie w siłę. Polski holding awansował w ciągu roku o piętnaście miejsc w rankingu największych firm zbrojeniowych świata i zajmuje teraz 80. pozycję. Przychody Bumaru wzrosły w ubiegłym roku o 4,5 proc. W tym roku wzrosną o kilkanaście. To dużo, choć wielkie koncerny zbrojeniowe zaangażowane w wojnę w Iraku notują znacznie większą dynamikę. Amerykański Halliburton zwiększył w 2004 roku sprzedaż sprzętu wojskowego aż o 296 proc., do 8 mld USD, a przeciętna dynamika przychodów dla dziesięciu największych firm z branży sięga 20 proc. (dane miesięcznika Raport). Także pod względem efektywności Bumarowi sporo brakuje do najlepszych. Przychód na pracownika w polskiej firmie jest mniej więcej 10 razy niższy niż w Halliburton czy Lockheed Martin.
Mimo to Roman Baczyński może mieć powody do zadowolenia. Jeszcze kilka lat temu polskie firmy zbrojeniowe skazywano na bankructwo. Teraz Bumar ma zamówienia na 2,5 roku i nie zwalnia, tylko zatrudnia nowych pracowników. W tym czasie stawiane do niedawna za wzór największe czeskie zakłady wojskowe Aero Vodochody stoją na krawędzi bankructwa.
Grupa Bumar powstała jako część rządowej strategii ratowania zbrojeniówki. Ministerstwo Gospodarki skupiło w niej 19 spółek. W skład grupy weszły takie zakłady jak Mesko ze Skarżyska-Kamiennej (amunicja i rakiety), Radwar (radary) i Łucznik Radom (pistolety). Zatrudnienie wynosi 15 tys. osób. Grupa zapewnia także utrzymanie 30 tys. osobom pracującym w firmach kooperujących. Bumar jest spółką dominującą w grupie i odpowiada za konsolidację i kontakty handlowe całego holdingu.
Celem strategicznym Bumaru jest zbudowanie dominującego koncernu zbrojeniowego w Europie Środkowo-Wschodniej. Jednak polska broń (z małymi wyjątkami) nie zalicza się do nowoczesnej. Nie kupuje jej żadne europejskie państwo i wyroby trafiają głównie w ręce polskich żołnierzy.
Aby się rozwijać, firma musi więc wdrażać nowoczesne technologie. Środków na ten cel Bumar zamierza szukać na giełdzie. Jednak zanim to nastąpi, Bumar musi uporządkować strukturę i zrestrukturyzować swoje spółki.