Reżyser Thomas Bezucha umieszczając w centrum uwagi filmu ekscentryczną rodzinę Stone'ów mógł wrzucić do niego właściwie wszystko, co jeszcze do niedawno uchodziło za temat tabu, a ostatnio coraz częściej wychodzi na światło dzienne dzięki regułom politycznej poprawności. Mamy więc w "Rodzinnym domu wariatów" czarnych przyjaźniących się z białymi, homoseksualistów, okularników, łysych, chorych na raka, niepełnosprawnych. Aż dziw, że w licznej rodzinie Stone'ów nikt nie cierpi na chorobliwą otyłość - choć być może dlatego, że to plaga narodowa Amerykanów w XXI wieku i przestała być objęta programem politycznej poprawności.
Oczywiście, intencje Bezuchy są piękne, nigdy zbyt dużo apeli o traktowanie wszystkich tak samo - nawet jeśli różnią się od "średniej krajowej". Problem w tym, że nasycając film treściami ideowymi reżyser najwyraźniej zapomniał o naczelnym zadaniu każdego filmowca - obowiązku nakręcenia dzieła, które będzie się od początku do końca oglądało z przyjemnością. "Rodzinny dom wariatów" to obraz sztampowy, wtórny, powielający zużyte grepsy. W porównaniu z nim "Kevin sam w domu" to perełka oryginalności wśród komedii bożonarodzeniowych. A nawet najdalej posunięta polityczna poprawność nie zdoła przesłonić miernych dowcipów.
Agaton Koziński
"Rodzinny dom wariatów" ("The Family Stone"), reż. Thomas Bezucha, USA, 2005