W ostatnim czasie do gry znowu weszło USA. Ale amerykańska dyplomacja nie odegrała kluczowej roli. USA udało się utwierdzić ich europejskich sojuszników w przekonaniu, że czas, by Iranem zajęła się Rada Bezpieczeństwa. Do Rady Bezpieczeństwa zaprowadził się sam Achmadinedżad, który swoimi radykalnymi wypowiedziami i groźbami, że wstrzyma sprzedaż surowców, scementował jedność Europejczyków i ich determinację. I tu znajduje się klucz do rozwiązania problemu irańskiego.
Achmadinedżad dlatego, że jest wariatem, będzie popełniał błędy. Amerykanie muszą utrzymać jedność świata Zachodu i w ten sposób przekonać umiarkowaną większość irańskiego społeczeństwa i ich przedstawicieli politycznych, że tą drogą irańskie władze dążą do konfrontacji z całym Zachodem. W ten sposób Achmadinedżad podetnie sobie gałąź, na której siedzi. Dlatego należy zachować ostrożność w wprowadzaniu sankcji wobec Teheranu. Ewentualne straty gospodarcze, które rykoszetem uderzą także w kraje Zachodu, mogą rozbić jego wspólny front. W razie kolejnych gróźb Achmadinedżada i jego ofensywnej postawy należałoby się zastanowić (cały czas mówimy o kilkuletniej perspektywie rozwiązania kryzysu), czy Izrael nie powinien wstąpić do NATO. Obecny antyirański sojusz zyskałby ramy instytucjonalne, a jego zadania przesunęłyby się w kierunki konfliktu, który toczy obecnie cywilizacja zachodnia, czyli wojny z terrorem.
Grzegorz Sadowski