"Angel-A" po dramacie historycznym "Joanna D'Arc" to dla Bessona powrót do korzeni prostego kina. Ten film jest w dodatku bardzo skromny, wręcz subtelny. Ale nie robi takiego wrażenia jak wcześniejsze dzieła Francuza. Przede wszystkim ze swoją rolą nie radzi sobie Rie Rasmussen, która miała być, w zamyśle Bessona, powiewem świeżości ciągnącym film. Aktorce nie można odmówić urody, ale jej talentu aktorskiego skomplementować nie można. A gdy szwankuje obsada, a scenariusz jest sztucznie pompowany, to filmu nie ma co uratować.
Z tego wszystkiego najlepsze w "Angel-A" są czarno-białe zdjęcia Thierry'ego Arbogasta, stałego współpracownika Bessona. Problem tylko w tym, że ich jakość tak zdecydowanie przebija jakość całego filmu, że właściwie od połowy produkcji nie śledzi się akcji, lecz patrzy na cudowne ujęcia Paryża. A chyba ambicje reżyserskie Bessona sięgają dalej niż kręcenie folderów reklamowych na zamówienie urzędów miejskich.
Agaton Koziński
"Angel-A", reż. Luc Besson, Francja, 2005