Bezbarwny anioł

Dodano:   /  Zmieniono: 
Luc Besson to jedno z najgorętszych nazwisk współczesnego kina. Gdy reżyser z taką opinią kręci tak słaby film jak "Angel-A", boli to podwójnie.
Besson jest mistrzem prostych historii. Żaden jego wcześniejszy film nie miał skomplikowanej intrygi, ale każdy był świetnie opowiedziany. Głównie dzięki świetnie dobranej obsadzie. Besson prawie do każdego swojego filmu wynajdował nieopatrzonego wcześniej aktora, który ciągnął całą produkcję nadając jej oryginalny rys i wnosząc powiew świeżości (a przy okazji robiąc światową karierę). Tak było z Christophere Lambertem ("Metro" to jego druga duża rola), Jean-Markiem Barrem (grał w "Wielkim błękicie"), Natalie Portman (dzięki roli dziewczynki w "Leonie zawodowcu" przebiła się aż do "Gwiezdnych wojen"), czy Millą Jovovich (Leeloo w "Piątym elemencie"). Jean Reno nie byłby dziś jednym z najpopularniejszych aktorów francuskich, gdyby Besson nie dawał mu kolejnych dużych ról.

"Angel-A" po dramacie historycznym "Joanna D'Arc" to dla Bessona powrót do korzeni prostego kina. Ten film jest w dodatku bardzo skromny, wręcz subtelny. Ale nie robi takiego wrażenia jak wcześniejsze dzieła Francuza. Przede wszystkim ze swoją rolą nie radzi sobie Rie Rasmussen, która miała być, w zamyśle Bessona, powiewem świeżości ciągnącym film. Aktorce nie można odmówić urody, ale jej talentu aktorskiego skomplementować nie można. A gdy szwankuje obsada, a scenariusz jest sztucznie pompowany, to filmu nie ma co uratować.

Z tego wszystkiego najlepsze w "Angel-A" są czarno-białe zdjęcia Thierry'ego Arbogasta, stałego współpracownika Bessona. Problem tylko w tym, że ich jakość tak zdecydowanie przebija jakość całego filmu, że właściwie od połowy produkcji nie śledzi się akcji, lecz patrzy na cudowne ujęcia Paryża. A chyba ambicje reżyserskie Bessona sięgają dalej niż kręcenie folderów reklamowych na zamówienie urzędów miejskich.

Agaton Koziński

"Angel-A", reż. Luc Besson, Francja, 2005