PKN Orlen od dłuższego czasu rozpaczliwie usiłuje udowodnić, że jest poważnym graczem co najmniej w Europie Środkowej i podmiotem, a nie przedmiotem procesów konsolidacyjnych. Rezultaty tych zabiegów są żenujące. Sieć blisko 500 stacji benzynowych w Niemczech, które płocki koncern kupił w 2003 r. (należą do spółki Orlen Deutschland), przynosi straty i co chwila krążą pogłoski o możliwej jej sprzedaży. Nie pomogły nawet "kiełbaski Orlenu", które do sklepów na stacjach wprowadził poprzedni prezes polskiego koncernu Zbigniew Wróbel. Zakup czeskiego Unipetrolu (Orlen wygrał przetarg prywatyzacyjny w 2004 r.) przebiegł w skandalicznych okolicznościach, a sprawę bada komisja śledcza czeskiego parlamentu. Wszystkie inne próby akwizycji w regionie skończyły się fiaskiem.
Przede wszystkim, głównymi mankamentami PKN Orlen, ale też Grupy Lotos, uniemożliwiającymi im odgrywanie większej roli w regionie, jest brak własnych źródeł ropy. Ani członkowie kolejnych zarządów polskich rafinerii, ani ich polityczni mocodawcy (początkowo właścicielem rafinerii był wyłącznie skarb państwa) przez ponad dekadę nie kiwnęli palcem, aby nabyć albo wydzierżawić gdzieś w świecie pola naftowe i mieć własny, czyli tańszy, surowiec. Zamiast tego menedżerowie rafinerii w Płocku i Gdańsku i politycy po 1989 r. zrobili co mogli, by uzależnić je wyłącznie od rosyjskiej ropy i to kupowanej przez J&S, zagadkowego pośrednika z Cypru, któremu podarowano w prezencie prawie cały polski rynek dostaw ropy i tym samym, możliwość życia z monopolu kosztem polskich kierowców. Wolny rynek w handlu ropą lub gotowymi paliwami to w Polsce totalna fikcja! Czy można dziwić się Litwinom, że tego korupcyjnego, drogiego i chorego układu nie chcą przenosić na własny grunt?
Krzysztof Trębski