Autorytety twierdzą, że demokracja jest albo jej nie ma. To nieprawda. Wedle Freedom House są różne formy demokracji. W Turkmenistanie demokracja jest słaba, w Polsce - na krawędzi.
Zastanówmy się. Słabość turkmeńskiej demokracji polega pewnie na tym, że jest ona jedną z najgorszych i najbardziej ab-surdalnych satrapii na świecie. W dodatku kompletnie odciętych od świata. Życie przeciętnego Turkmena to ciągłe mierzenie się z rzeczywistością dożywotniego prezydenta Saparmurada Nijazowa alias Turkmenbaszy - "ojca wszystkich Turkmenów". To on po-zmieniał daty i nazwy ulic, uporządkował, kto młody kto stary, a nawet jakie zęby powinien mieć każdy Turkmen (nie wolno mieć złotych). Jego Rada Ludowa zadekretowała, że "obywatel, który kwestionuje słuszność polityki Turkmenbaszy, zostanie ogłoszony pasożytem i ukarany". W demokracji prawo jest święte więc i Ra-da Ludowa słowa dotrzymuje. Imieniem Turkmenbaszy nazywają się ulice, place i całe miasta. Jego potężny pomnik w stolicy w ciągu dnia porusza się, by ojciec Turkmenów wpatrzony był w słońce. W Turkmenistanie - co słusznie zauważa Freedom House - są pewne braki w demokracji.
Polska niewątpliwie podąża drogą Turkmenistanu. To rządy Kaczyńskich sprawiły, że nagle wyrosła nam pod nogami czarna dziura brunatnej dyktatury. W mediach szaleje cenzura. Zamyka-ne są kolejne nieposłuszne dzienniki. Telewizja została wzięta. Sądy kupione, a na załatwienie najprostszych urzędowych spraw jest oficjalny cennik łapówek. Co gorsza niedługo w Warszawie postawią ruchomy pomnik Kaczyńskich.
Freedom House do różnych demokracji używa tych samych pojęć. A powinno być odwrotnie. Różne terminy opisują kraj de-mokratyczny i niedemokratyczne. Z wolnością - którą Freedom House ma w swojej nazwie - jest podobnie. Albo jest, albo jej nie ma.
Grzegorz Sadowski